EN

29.04.2024, 11:32 Wersja do druku

Czy ta śmierć była konieczna?

„Turandot” Giacomo Pucciniego Lwowskiej Opery Narodowej na XXX Bydgoskim Festiwalu Operowym. Pisze Barbara Mielcarek-Krzyżanowska.

fot. Rusłan Łytwyn/mat. organizatrora

Przyzwyczajeni jesteśmy do rozmaitych „operacji” na „organizmach” dzieł operowych – realizatorzy dość często ingerują bowiem w libretta zmieniając miejsce lub czas akcji, bądź reinterpretując przedstawione wydarzenia, a kierownicy muzyczni dokonują cięć mniej spektakularnych fragmentów partytur… Biuro promocji Opery Nova spektakl Turandot w wykonaniu Lwowskiej Opery Narodowej anonsowało dość enigmatycznie: „Przeszłość, rodzina i oddanie – wszystko […] blaknie przed urzekającym pięknem Turandot. Książę jest zaślepiony pragnieniem miłości. Czy uda mu się odgadnąć zagadkę Turandot i dlaczego zwycięstwo zamieni się w horror, który rozwieje złudzenia namiętności?”

Cóż miały zwiastować te słowa?

Wiadomo powszechnie, że opera Pucciniego ma trzy zakoczenia. Pierwsze podąża tropem prawykonania pod batutą Arturo Toscaniniego (Teatro alla Scala 25.04.1926) i dramatycznie przerwane zostaje w miejscu, w którym kończy się rękopis kompozytora (moment śmierci Liù). Toscanini miał możliwość poprowadzenia Turandot w nowej, drugiej wersji,wraz z finałem dopisanym przez Franco Alfano, jednak nie zdecydował się na pierwszą prezentację dzieła ukończonego „cudzą ręką”… Późniejsze wykonania mediolańskie najczęściej bazowały na wersji dopełnionej przez Alfano. W 2002 roku Luciano Berio zaproponował kolejny, trzeci finał, skomponowany przezeń po około osiemdziesięciu latach od powstania partytury Pucciniego. Choć Berio zarzekał się, iż nie wyjdzie poza wachlarz środków typowych dla włoskiej muzyki operowej pierwszych dziesięcioleci XX wieku, dopisany fragment porównywany bywa z mrocznymi scenami z oper Ryszarda Straussa, bądź sytuowany jest w stylistyce II awangardy minionego stulecia.

Kolejna odsłona Bydgoskiego Festiwalu Operowego (27.04.2024) ukazała wersję czwartą, zadziwiającą, w której finale ginie nie tylko Liù ale i Turandot, zasztyletowana w akcie zemsty natychmiast po śmierci Liù. Nie kryłam zadziwienia, gdyż oczekiwałam finałowego miłosnego wyznania złowrogiej księżniczki, miłosnego triumfu wspartego potężnym tutti, natomiast gdy tylko na scenie znalazły się zwłoki dwóch kobiet, zgodnie z wizją reżysera Michała Znanieckiego, kurtyna opadła i spektakl gwałtownie zakończył się. Chyba nie tylko ja czułam zawód. Skonfundowana była znaczna część widowni…

Ale to rozczarowanie miało – jak sądzę – także inne przyczyny.

fot. Rusłan Łytwyn/mat. organizatrora

Bezdyskusyjnie broni się zawsze, pod warunkiem dobrego wykonania, dramatyczna muzyka Pucciniego. Z takim wykonaniem mieliśmy do czynienia tego wieczoru – sprawną orkiestrę Lwowskiej Opery Narodowej poprowadził prężnie Mychajło Dutchak. Bardzo dobrze przygotowany był także chór (chórmistrzowie: Vadym Yatsenko i Iryna Koval) uzupełniony dziećmi z chóru bydgoskiej szkoły muzycznej (przygotowanie: Agnieszka Sowa), jednakże umiejscowienie artystów w głębi sceny powodowało, że brzmiał, szczególnie w momentach kulminacyjnych, zdecydowanie zbyt skromnie. Ciekawa, choć nie do końca perfekcyjnie zestrojona, była choreograficzna scena egzekucji perskiego księcia (choreografia - Diana Theocharidis), który przystępując do wyzwania księżniczki nie udzielił poprawnych odpowiedzi na zadane pytania.

Spośród solistów na najwyższe uznanie zasłużyli Kateryna Mykolayko (księżniczka Turandot), Taras Berezhanskyi (król Timur), Olesya Bubela (niewolnica Liù) oraz trzech chińskich ministrów Petro Radeyko (Ping), Vitaly Rozdaigora (Pang) i Oleg Sadetskyi (Pong). Najsłynniejsza aria tej opery – Nessun dorma (Kalaf – Oleksandr Cherevyk) wybrzmiała w zasadzie bez echa… i stąd, być może, oczekiwanie na patetyczny, majestatyczny finał, w którym z mocą dźwięczałyby słowa „Niech nikt nie śpi”, a którego ostatecznie nie doczekaliśmy się …

Było za to barwnie i efektownie, atmosferę chińskiego pałacu cesarskiego podkreślały nie tylko muzyczne cytaty, skala pentatoniczna wprowadzona w tkankę dzieła, orkiestra dobarwiona kojarzonymi z muzyką wschodu gongami, ksylofonami i dzwonkami, ale też bogate kostiumy i wkomponowani w przestrzeń sceny żołnierze terakotowej armii (scenografia – Luigi Scoglio, kostiumy – Małgorzata Słoniowska, reżyser świateł - Dariusz Albrycht). Niestety, boczne elementy scenografii ograniczały zarówno przestrzeń sceniczną, jak i widoczność – nie wszystko, co rozgrywało się na scenie było widoczne.

Spodziewałam się fajerwerków, było intrygująco i baśniowo, ale sprawdziły się obawy Pucciniego, jakie wypowiadał przed prapremierą: „Kto zaśpiewa moją operę? […] Potrzebna jest do tego niezwykła kobieta i tenor dużego formatu”… Ekspresja Kateryny Mykolayko z pewnością zadowoliłaby Pucciniego… o tenorze – pomilczę.

Źródło:

Materiał nadesłany