EN
21.06.2021, 10:27 Wersja do druku

Czekając na śmierć

"Komedia. Wujaszek Wania" Antona Czechowa w reż. Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Pisze Magdalena Mikrut-Majeranek w  Teatrologii.pl.

fot. Monika Stolarska/mat. teatru

Komedia. Wujaszek Wania w wykonaniu artystów Teatru Zagłębia w Sosnowcu to spektakl, który dojrzewał w czasie pandemii. Pierwsze próby rozpoczęto w marcu 2020 roku, a premiera miała miejsce dopiero 11 czerwca 2021 roku. Po wielu miesiącach lockdownu w końcu przyszedł czas na prezentację.

Anton Czechow opublikował sztukę Wujaszek Wania. Sceny z życia ziemian w czterech aktach” w 1897 roku. Powstała, podobnie jak Trzy siostryWiśniowy sad, na zamówienie Moskiewskiego Akademickiego Teatru Artystycznego Konstantego Stanisławskiego i Władimira Niemirowicza-Danczenki. Pesymistyczne w wymowie dzieło odnosi się do tragizmu egzystencji ludzkiej, pozycji rosyjskiej inteligencji, zmian społecznych oraz kwestii upadku społecznego mieszkańców XIX-wiecznej Rosji. To opowieść o cierpieniu, braku i niespełnionej miłości, podszyta komentarzem wymierzonym w stronę rosyjskiej inteligencji. Bohaterowie Czechowa to postaci zmagające się z bezcelowością, którzy zatracają się w swoim życiu „niewykorzystanych szans”. Zamiast rozwijać się, usilnie drepczą w miejscu, rozpamiętując zmarnowane możliwości.

Sztuki Czechowa odczytuje się najczęściej śmiertelnie serio, wszak to w przeważającej mierze dramaty obyczajowo-psychologiczne. Realizatorzy sosnowieckiej wersji postanowili przełamać schemat i stworzyć komedię. Jak wyszło? Intrygująco, acz groteskowo. W tej grotesce tkwi jednak inscenizatorski koncept. To gra z konwencją. Spektakl pozbawiony jest dekoracji, a przez to odrealniony. Akcja rozgrywa się w wiejskiej posiadłości emerytowanego profesora Aleksandra Sieriebriakowa, która w zasadzie należy do jego córki, ale tak naprawdę mogłaby dziać się wszędzie. Realizatorzy prezentują zbiorowisko dziwaków zamieszkujących rosyjską prowincję. Kładąc nacisk na komediowy potencjał sztuki, postanowili zaakcentować ten fakt wyjmując przed nawias w tytule słowo komedia. Szybko okazuje się jednak, że to, co widzimy na scenie Teatru Zagłębia nie jest komedią sensu stricto, a jedynie śmiechem przez łzy.

Dramaturgią i opracowaniem tekstu zajął się Hubert Sulima, dramaturg i reżyser, który w 2020 roku został laureatem stypendium Nowego Teatru w Warszawie ufundowanego „dla wybitnie utalentowanych młodych artystów”. Od 2015 roku tworzy tandem twórczy z reżyserem Jędrzejem Piaskowskim i to właśnie z nim w minionym roku został nominowany do Paszportu Polityki w kategorii Teatr za spektakle: Jezus z Nowego Teatru w Warszawie oraz Nad Niemnem. Obrazy z czasów pozytywizmu z Teatru im. J. Osterwy w Lublinie.

Tym razem duet zawitał do Zagłębia, gdzie udało mu się stworzyć irracjonalny, abstrakcyjny świat zaludniony przez wyrazistych, osobliwych bohaterów. Stosując komediowe środki podkręcono tragizm postaci dramatu. Sztuka zawiera pierwiastek melodramatycznej miłości i poniesionej klęski. Gdy pryska iluzja spokojnego życia zostaje jedynie rozpacz, tęsknota, poczucie bezsilności i dojmująca pustka, podkreślona także scenografią. To emocje, które królują. Dominantą jest tutaj marazm, melancholia i pesymizm. Odczucia te potęguje dodatkowo monotonna muzyka. Ot, spójność kompozycyjna. Warstwa muzyczna wzmocniła efekt beznadziejności i znudzenia życiem bohaterów. Nikomu nic się nie udaje, nikt się nie rozwija, każdy jest nieszczęśliwy i użala się nad swym losem – pusty śmiech, nienaturalny chichot, grymas malujący się na twarzy stanowi materializację drzemiących w nich emocji. Wewnętrzną pustkę bohaterów podkreśla scenografia, albo raczej jej brak.

fot. Monika Stolarska/mat. teatru

Realizatorzy zagłębiowskiej odsłony Wujaszka Wani zdecydowali się na rezygnację z klasycznej scenografii, pozostawiając jedynie pewne jej elementy jak ławki, krzesła czy drzwi przypominające szafę prowadzącą do Narni. Na scenie gra pustka, jednak pustka ta ma wymiar metaforyczny – połączona z pustym śmiechem, który raz po raz przeszywa pełną skrępowania ciszę, oddaje atmosferę życia XIX-wiecznych mieszkańców rosyjskiej prowincji.

Jako pierwszą postać z uniwersum Czechowa poznajemy Marię Wojnicką, która w interpretacji Marii Bieńkowskiej jest bohaterką żyjącą w stworzonej przez siebie przestrzeni „między światami”. Milcząca, nieobecna, snująca się niczym mara, pała niegasnącym uwielbieniem do profesora. Na poły zdziwaczała strażniczka starego porządku broni go, gdy inni członkowie rodziny nie zgadzają się z jego zdaniem. Jej wyobcowanie i odrealnienie z pewnością miało wpływ zarówno na syna – Wanię, jak i młodziutką Sonię. Iwan Wojnicki, czyli tytułowy wujaszek Wania zarządza majątkiem profesora, a byłego męża swej zmarłej siostry, podsycając każdego dnia nienawiść do naukowca. Kiedy Aleksander Sieriebriakow informuje o zamiarze sprzedania majątku, Wania zmienia się drastycznie – z osowiałego, pokornego, przygnębionego życiem i pałającego cichą nienawiścią ziemianina staje się charyzmatycznym bohaterem, który pragnie sprawiedliwości. Scena jego obłędu i pościgu za profesorem jest definitywnie najlepsza w całym spektaklu, w końcu wkracza do niego dynamiczna akcja. Tomasz Muszyński jest genialny w roli wujaszka Wani. Umiejętnie stopniuje napięcie, przechodząc wewnętrzną metamorfozę. Niestety, w finale wszystko wraca do normy sprzed przyjazdu profesora. Tańcząc chocholi taniec, bohaterowie pogrążają się w melancholii, a życie wraca na dawne tory.

Szarą eminencją, na której barkach ufundowany został zarówno spektakl, jak i świat przedstawiony, jest młodziutka Sonia – w tej roli świetnie wypadła Joanna Połeć. Z pozoru infantylna, cichutka, wycofana, ale to ona trzyma w swych dłoniach stery okrętu, którym podróżuje przez życie wuj Wania, jego matka i niania. Peroruje bezbarwnym tonem, przepełnionym naiwnością i nijakością. W tym szaleństwie jest metoda, bowiem to ona stanowi uosobienie sytuacji przedstawionej w dramacie.

fot. Monika Stolarska/mat. teatru

Strażniczką domowego ogniska jest z kolei niania Maryna, w którą wcieliła się Ryszarda Bielicka-Celińska. A profesor? To figura, która burzy zastany porządek. Szlachetny naukowiec, który po rozstaniu z katedrą eksploruje drzemiące w nim pokłady nieszczęścia, skupia się na rozpamiętywaniu przeszłości i monopolizowaniu uwagi domowników swoimi przypadłościami. Niczym mroczna mara zatruwa życie mieszkańcom wiejskiego dworku. To zasadniczo jedyna postać negatywna. Reżyser postanowił postarzyć nieco postać z kart dramatu Czechowa i uczynić z Aleksandra Sieriebriakow starca. W tej roli obsadzony został Przemysław Kania – niespełna 40-letni aktor. Jego profesor jest przekonanym o swej wyższości, nieznoszącym sprzeciwu hipochondrykiem. W ogóle nie zwraca uwagi na swą młodą i atrakcyjną żonę Helenę (Mirosława Żak), która z pozoru jest skorupą pozbawioną emocji, muzą szukającą uwagi, ale gdy przyjrzymy się jej bliżej okazuje się, że to postać tragiczna, cierpiąca i kochająca zupełnie kogoś innego. Między małżonkami nie ma żadnego napięcia, emocji. Jest lodowata pustka. Jeśli zaś chodzi o relację Heleny z Michałem Astrowem (Aleksander Blitek), to sprawa wygląda już zupełnie inaczej. Astrow – lekarz i leśnik, wkracza w świat bohaterów z jowialną otwartością, zaskarbiając sobie kompanów do kieliszka. I choć od sześciu lat kocha się w nim Sonia, ten ulokował swe uczucia w posągowej Helenie. Swoją drogą, scena rozgrywająca się między nimi także należy do udanych i posiada komediowy rys. Reżyser wprowadził wiele elementów wzmagających atmosferę absurdu. Mamy tu kurę, która gada i gra, a nawet pociesza strapionych, tort w postaci różowej gąbki czy wreszcie sylwestrową, krwistoczerwoną perukę noszoną z dumą przez Ilję Tielegina (Kamil Bochniak) – czarną owcę towarzystwa, klakiera zapatrzonego w profesora.

Realizatorzy kreślą projekt inscenizacji dramatu Czechowa niczym impresjoniści. Uwalniając się od dziedzictwa minionych epok, kreacji artystycznych, mody i konwencji, konsekwentnie, świadomie i nie przez przypadek tworzą swoją wersję interpretacji dramatu Czechowa. Rezygnując z realistycznego przedstawiania rzeczywistości, stworzyli gabinet ludzkich cieni. Teatralna przygoda to podróż w nieznane. Twórcy sosnowieckiej odsłony Wujaszka Wani zabrali widzów w dwugodzinną artystyczną eskapadę.

Eksplorowanie pomysłów inscenizacyjnych ma to do siebie, że czasami budzą sprzeczne emocje, wprawiając w konsternację. Podobnie jest z Czechowem. Po spektaklu można odnieść wrażenie, że realizacja podzieli publiczność, stając się kością niezgody. Koncept inscenizatorski może budzić zastrzeżenia. Przyznam, że ta odsłona sztuki nie przypadła mi do gustu, jednakże de gustibus non est disputandum, a recenzent zobligowany jest do przybliżenia spektaklu czytelnikom recenzji, co też staram się uczynić. Realizatorom nie można odmówić jednego. Komedia. Wujaszek Wania to spektakl zrealizowany z żelazną konsekwencją. Z klasycznym odczytaniem dramatu ma niewiele wspólnego. Operuje ironią kreśląc abstrakcyjny świat przepełniony nerwowym śmiechem, groteskowymi gestami i pustką scenograficzną, którą wypełnia podkreślenie psychologicznego wymiaru sztuki. Drażni, pobudza do refleksji i wprawia w melancholię.

fot. Monika Stolarska/mat. teatru

Tytuł oryginalny

Czekając na śmierć

Źródło:

www.teatrologia.pl

Link do źródła