EN
29.04.2022, 10:57 Wersja do druku

Cząstki, kobiety, kobieta w cząstkach

„Kobieta i życie” Maliny Prześlugi z Wrocławskiego Teatru Współczesnego na 56.PTMF Kontrapunkt w Szczecinie. Pisze Tomasz Domagała w oficjalnym dzienniku festiwalu DobraPunkt.

fot. Tobiasz Papuczys

Czwartek, 28 kwietnia 2022

Załóżmy, że teatr jest dla widza (tylko?) lustrem rzeczywistości. Jeśli tak, jednym z jego najpowszechniejszych mechanizmów jest proces zespalania się widza z bohaterem/ką na różnych poziomach. Zazwyczaj postać stopniowo zdobywa serce widza, odnajdującego w jej życiu i opowieści coraz więcej wspólnych doświadczeń. Publiczność (zgromadzenie widzów) przegląda się więc w jakiejś jednostce i jej pojedynczym losie. W tekście Maliny Prześlugi, za którym dość wiernie podąża Piotr Łukaszczyk, reżyser wrocławskiego spektaklu, jest nieco inaczej. A to dlatego, że autorka dokonuje na scenie zabiegu rozszczepienia swojej bohaterki. Rozpisuje jej postać i doświadczenia na dowolną ilość Kobiet i Mężczyzn w dowolnym wieku, którzy grają jedną, tę samą Postać-Wykonawcę. Każda z Kobiet i każdy z Mężczyzn wciela się w postać tak długo, jak chce/czuje/potrafi, lub jak uzna reżyser/ka. W dowolnym momencie spektaklu może ją zmienić inna Aktorka bądź Aktor, wcielając się w tę samą Postać-Wykonawcę. Od woli reżysera/ki i zespołu zależy, ile Aktorek i ilu Aktorów gra postać, jak często się zamieniają i w jakich momentach (oryginalne didaskalia dramatu MP). Reżyser Piotr Łukaszczyk decyduje się więc na sześć aktorek i czterech aktorów, z czego jeden, Albert Pyśk, odpowiedzialny jest w spektaklu za wykonywaną przez siebie na żywo muzykę, którą chyba lepiej nazwać muzyczną narracją, bo ona też gra tu pewną rolę, dla mnie niezbyt pozytywną. Widz więc może sobie ową bohaterkę z ciał i doświadczeń aktorek oraz aktorów skonstruować, żeby zobaczyć jej zbiorowy portret, oparty na kolażu opowieści. Wówczas może się w nim przejrzeć, może też spróbować skonfrontować się z fragmentami tej narracji, niesionej przez osoby w różnym wieku i o różnym statusie. Dla każdego coś niemiłego, gdyż twórcy testują na scenie ten najgorszy i najbardziej nieprzyjemny wariant kobiecego losu, ograniczany i poganiany dodatkowo przez rytm i muzykę serwowaną aktorkom i aktorom przez… mężczyznę, a jakże! Oczywiście to święte prawo artystów, ale warto by w tej kwestii powiedzieć jednak coś nowego, gdyż polski teatr już dawno wykrzyczał swoją niezgodę i wściekłość na patriarchat, ze szczególnym uwzględnieniem zakusów męskiej władzy na ciała i życia kobiet. I to na dużo lepsze i – co najważniejsze – skuteczniejsze sposoby (np. w Cząstkach kobiety Mundruczo).

Uczciwie jednak trzeba przyznać, że coś się reżyserowi tu udało, choć wspomnienie sceny, o której myślę, może tu być niedźwiedzią przysługą. Wcielająca się w kolejną figurę czy fragment narracji „postaci” (a może kobiecego doświadczenia?) Jolanta Solarz-Szwed zaczyna mówić tekst i nagle coś się na tej scenie wydarza. Aktorka robi to znakomicie, nie wiadomo do końca, jaki ma do niego stosunek: czy to jest jej tekst, czy postaci, czy ona go mówi śmiertelnie poważnie czy ironicznie, w końcu – jest aktorką czy postacią? Pozostali członkowie zespołu wyeksponowani światłem lub za nim schowani (kolejna tajemnica) wykonują piękną zbiorową choreografię Marty Wołowiec. I pojawia się jakieś napięcie. Wszystko tu jest nieoczywiste – same pytania, żadnej odpowiedzi. Niestety, podobnych scen już w spektaklu nie zobaczymy, a szkoda, bo takie potraktowanie tego tekstu i pomysłu na jego wystawienie wydaje się najlepsze, najpełniej wykorzystujące potencjał tkwiący w tym nieoczywistym pomieszaniu punktów widzenia i narracji. Dalej mamy klepanie atrakcyjnych, trzeba przyznać, wierszowanych „zdrowasiek”, albo ilustracyjne tylko wobec tekstu pomysły choreografki czy reżysera. Słowem – żal, bo scena Solarz-Szwed daje przedsmak tego, czym spektakl ten mógłby być, gdyby pójść w pracy nad nim najtrudniejszą drogą.

Jeśli już jesteśmy przy mankamentach przedstawienia, najbardziej chybionym pomysłem wydaje mi się obecność nagrania z autorką, która w nieznośny, pretensjonalny sposób (zarówno na papierze w tekście, jak i w spektaklu) próbuje tłumaczyć się publiczności z tego, co napisała. Trochę więcej zaufania do nas, Pani Malino (i Panie Piotrze)! Potrafimy myśleć, odczuwać, układać sceniczne puzzle i przeglądać się w teatralnym lustrze bez specjalnej instrukcji jego obsługi. Widzimy wtedy to, co tam jest (zgodnie z tym, kim jesteśmy), a nie to, co „powinniśmy” według Was, twórców.


Tytuł oryginalny

Cząstki, kobiety, kobieta w cząstkach – o spektaklu „Kobieta i życie” Wrocławskiego Teatru Współczesnego

Źródło:

DOMALAŁAsięKULTURY
Link do źródła

Autor:

Tomasz Domagała

Data publikacji oryginału:

28.04.2022