EN
29.04.2022, 09:10 Wersja do druku

Agata Duda-Gracz: każdy z nas jest Homerem swojej rodziny

Każdy z nas jest Homerem swojej rodziny; każdy z nas buduje taką a nie inną mitologię - mówi PAP autorka tekstu i reżyser spektaklu "Odys i świnie, czyli opowieść mitomana". Prapremiera w Teatrze Śląskim im. S. Wyspiańskiego w Katowicach - 29 kwietnia.

fot. mat. teatru

Polska Agencja Prasowa: Premierę "Odysa i świń, czyli opowieści mitomana" zaplanowano w Teatrze Śląskim w Katowicach na 29 kwietnia. Jest pani autorką tego tekstu i reżyseruje przedstawienie. O czym chce pani opowiedzieć widzom?

Agata Duda-Gracz: To jest spektakl o tym, co zwykliśmy robić z historią. Jak potrafimy ją zmieniać, wypaczać. Dorabiać jej uszy, dorabiać jej mordę - w zależności od tego, co jest nam w danym momencie potrzebne. To jest również przedstawienie o tym, że ci, którzy nie wyciągają wniosków z historii - są skazani na jej powtarzanie. Tkwią w tym piekielnym kole - zarówno na poziomie ludzkim, powtarzania ciągle tych samych błędów przez kolejne pokolenia, jak i w szerszym planie narodowym i historycznym.

To pierwszy spektakl, gdzie w bezpośredni sposób opowiadam o swoim kraju. Zdecydowałam się na to z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego że w końcu mi się "przelało". Po drugie, ponieważ kanwą dla naszego przedstawienia jest "Odyseja", czyli opowieść o powrocie do domu. Stawiam pytania: czy do domu da się wrócić i co to właściwie znaczy - dom? Czy jest to kraina dzieciństwa, a może poczucie bezpieczeństwa i czas niewinności? Czy może domem są ludzie, których na pewnym etapie życia tracimy - ci najbliżsi - matka, ojciec? Być może wraz z ich odejściem tracimy też część siebie samych? W związku z tym to również apokryf o poszukiwaniu własnej tożsamości.

Akcja spektaklu dzieje się w głowie Telemacha, który podróżuje z ojcem w przeszłość, wraz z nim przeżywa kolejne "wyspy". Próbuje go zrozumieć, żeby móc się z nim ostatecznie pożegnać. Musi pojąć, skąd pochodzi, jaka historia go ukształtowała, jakie zdarzenia na niego wpłynęły? Bez tego nie jest w stanie go pochować.

Dlatego w tym przedstawieniu tak ważna będzie wolność i walka o tę wolność, rodzina, Bóg, honor, ojczyzna, miłość, wiara, macierzyństwo, obowiązek. Oczywiście, jak zawsze - bo nie umiem się od tego tematu oderwać - śmierć. Zarówno śmierć idei, jak i śmierć człowieka.

PAP: W scenie I pani spektaklu pojawia się "Pieśń ostatnia, czyli koniec", w której Odys mówi, że od lat wraca, starał się wrócić do domu - a wszyscy doradzali mu: "daj spokój. Zwariowałeś. Po co wracasz, do domu nie da się wrócić". W marcu 2020 r. w Teatrze Śląskim w Katowicach przygotowywała pani premierę przedstawienia "Prawda, prawda, prawda, prawda, prawda, prawda, prawda, prawda", a 16 marca zmarła pani matka Wilma Duda-Gracz. Czy nie przypadkiem Telemach w nowym spektaklu ma wiele z pani?

A. D.-G.: Z przyczyn, o których pan wspomniał, nie mogłam dokończyć tamtego przedstawienia.

"Kiedy sztuka karmi się życiem - to życie staje się sztuką". Moje spektakle są zrośnięte ze mną. Choć nie robię przedstawień o sobie, to z siebie czerpię inspiracje. Teraz jestem na etapie redefiniowania pojęcia domu. To już nie miejsce zamieszkania, ale punkt wyjścia. Uświadomiłam sobie, że jestem sierotą w średnim wieku, która nie potrafi pogodzić się ze stratą rodziców i jest nieodwołalnie skazana na dorosłość. To zaś wiąże się z przemożną potrzebą powrotu. Mój Telemach też ma tę potrzebę. I to ona sprawia, że wraz z wyobrażeniem swojego ojca wyrusza w podróż przez historię.

PAP: W pani tekście i spektaklu opowieść snuje syn Odysa, Telemach. Pytany, czemu opowiada tę historię zamiast Odysa, odpowiada: "prawem mitomana". Czy to jest część ludzkiej kondycji, że zawsze będziemy tworzyć mityczne opowieści, że będziemy zmieniać i ubarwiać fakty?

A. D.-G.: Wydaje mi się, że tak. Myślę, że każdy z nas jest Homerem swojej rodziny; że każdy z nas buduje taką a nie inną mitologię. Tym bardziej, że w pewnym momencie bliskich zastępuje nam pamięć o nich. Wyobraźnia. Stąd prędzej czy później popadamy w mitomanię.

Uważam, że ludzie dzielą się na dwie kategorie. Na tych, którzy idą przez życie, patrząc w przód, i tych, którzy żyją, spoglądając za siebie. Ja zawsze należałam do tej drugiej grupy. Mnie konstytuuje i napędza to, co było. Chcąc nie chcąc - mój Telemach jest do mnie podobny. Żeby zrozumieć siebie i w pełni stanąć na własnych nogach, musi zrozumieć Odysa i Penelopę. Bo dopóki nie pojmiemy tych, z których wynikamy, nie jesteśmy w stanie w pełni dorosnąć.

PAP: W scenie II pojawia się "Pieśń I, czyli początek". Widzimy wędrowców z transparentami, krzyżami, flagami i słyszymy pięć pieśni. Są to: Rota, Międzynarodówka, "Mury" Kaczmarskiego, Boże, coś Polskę i hymn Unii Europejskiej. Czy to skrót dziejów Polski? W didaskaliach czytamy, że te pieśni tworzą kakofonię?

A. D.-G.: Kakofonia pojawia się dopiero na końcu. Najpierw jest wynikające ze świadomości historii następstwo zdarzeń: kolejnych zrywów i narodowych zawałów. A potem nastaje teraźniejszość: pomieszanie pojęć, upadek autorytetów, nowa odsłona zjawiska patriotyzmu, uchodźctwa, wojny i religii.

PAP: W jednej ze scen branka i ofiara wojny Kasandra mówi gorzko, że "historia to dziwka zwycięzców". Czy historia jest także ofiarą ludzkiej mitomanii?

A. D.-G.: Myślę, że jedną z pierwszych. Dlatego historia, której personifikacją jest Kasandra, zostanie upokorzona, zgwałcona, a w końcu zabita. Próby jej reanimacji skończą się fiaskiem, w związku z czym, skoro zatłukliśmy prawdę, jesteśmy zmuszeni stworzyć mitologię. Potem wystarczy tylko ją zapisać w podręcznikach szkolnych i już będziemy mieć nową historię – tę poprawioną, lepiej pasującą do obowiązującej dziś narracji.

"Historia to dziwka zwycięzców" było jednym z ulubionych powiedzeń mojego dziadka. Jest ono parafrazą starej sentencji, że "historię piszą zwycięzcy". Nic w tym odkrywczego, prawda? Tak jakby oczywistym było, że historia to tylko jedna z wersji prawdy.

PAP: Pod koniec spektaklu pojawia się być może pozorna wizja pojednania. W sekwencji "Pieśń Penelopy" widzimy scenę ślubu i taniec Odysa z Penelopą, który trwa, mimo że świat zewnętrzny znika. Potem pojawia się bardzo gorzka pieśń ostatnia pt. "Skylla i Charybda" - wizja przykutego do szpitalnego łóżka Odysa i czuwającego przy nim Telemacha. Zmienia się ton opowieści. Telemach mówi "mój ojciec nigdy nie wrócił do domu, być może dlatego, że do domu nie da się wrócić. Zmarł we śnie, a w jego śmierci nie było niczego chwalebnego" oraz "moja matka była mu wierna do końca niczym bohaterka antycznego eposu. Zmarła nagle, pozostawiając po sobie porządek. Ich ukochany kraj skazany został na kolejną powtórkę z historii i stopniowo tracił z takim trudem wywalczoną wolność" - relacjonuje. To przygnębiająca diagnoza.

A. D.-G.: Cała ta ostatnia wypowiedź jest bardzo moja, osobista. To moja prawda.

PAP: Wydaje mi się, że pani lubi na scenie tworzyć swoiste sceniczne apokryfy, jak np. "Kumernis, czyli o tym, jak Świętej Panience broda rosła", "Każdy musi kiedyś umrzeć, Porcelanko, czyli rzecz o Wojnie trojańskiej" lub "Ustawienia ze świętymi, czyli rozmowy obrazów". Skąd taka potrzeba?

A. D.-G.: Może właśnie z mitomanii, z potrzeby opowiedzenia starych historii po swojemu. W "Każdy musi kiedyś umrzeć, Porcelanko..." sparafrazowałam Szekspira, pisząc na nowo jego "Troilusa i Kresydę". Zrobiłam to, bo choć szekspirowska diagnoza miałkości bohaterstwa i upadku wielkich idei mnie zachwyciła, to chciałam o tym opowiedzieć po swojemu: ze świadomością człowieka, który wychował się na mitach XX wieku. Bardziej interesowała mnie wyprzedaż idei i kupczenie narodowymi świętościami. Oraz starość. Moi bohaterowie byli bohaterami Szekspira, tylko że po kilku wiekach czerpania profitów z dawnej chwały.

Podobnie jest w spektaklu "Po Burzy Szekspira" - czyli parafrazie "Burzy". Zamiast wyspy Prospera – czarodzieja, jest mieszkanie w bloku i starzejący się, zgorzkniały, polski inteligent końca XX wieku. Potrzeba zemsty na otaczającym świecie, uruchamia jego wyobraźnię - niszczy wszystkich wyimaginowanych wrogów, wskrzesza zmarłych i "rozpętuje burzę sprawiedliwości". Na końcu budzi się na swojej kanapie, samotny, oblany herbatą i tak samo nieszczęsny, jak poprzedniego wieczora.

Te apokryfy to moje interpretacje mitów. Moja wersja prawdy. Pisząc list do postaci Telemacha (punkt wyjścia do budowania roli), tak naprawdę napisałam o sobie i o swoim reżyserowaniu:

"Zajmuję się opowiadaniem historii. Tworzeniem własnej wersji wszelkich zdarzeń. Moje opowieści mają sens tylko wtedy, kiedy są prawdą. Moją wersją prawdy. Tylko wtedy czemuś służą.

Nie lubię, kiedy ktoś opowiada za mnie.

Gardzę kłamstwem. Jest wulgarne i nieprzydatne. Historie, które nie są prawdziwe, zabierają czas i nie dają niczego w zamian.Jestem romantykiem z urodzenia. Jestem patriotą z wyboru. Jestem jedynakiem z konieczności. Jestem historykiem z zamiłowania. Z zawodu zaś jestem mitomanem".

Źródło:

PAP