Logo
Recenzje

Ćpający Hamlet ze zbyt długiej historii

18.12.2025, 11:36 Wersja do druku

„Niewyczerpany żart” Davida Fostera Wallace'a w reż. Kamila Białaszka w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w „Polska Times”.

fot. Karolina Jóźwiak/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Świat z „Niewyczerpanego żartu” Davida Fostera Wallace’a, to piekło uzależnień, choć nie wiem, czy sam autor uważał go za piekło. Adaptacja powieści w Teatrze Narodowym była udanym testem dla świetnych aktorów, zwłaszcza najmłodszych. Co nie znaczy, że spektakl mnie całkowicie przekonał.

Tytuł „Niewyczerpany żart” („Infinite Jest”)  nawiązuje do cytatu z „Hamleta” Williama Szekspira. Książę Hamlet ogląda na cmentarzu czaszkę błazna Yoricka i wspomina go jako autora „niewyczerpanych żartów”.  Sensem tej sceny jest dostrzeżenie marności ludzkiego losu. Amerykański pisarz David Foster Wallace tak właśnie zatytułował jedną z trzech swoich powieści, opublikowaną w roku 1996.

Młody reżyser Kamil Białaszek spróbował przenieść tę powieść na małą scenę Teatru Narodowego. Co nie jest łatwe zważywszy, że jej polska wersja ma 1080 stron, i że to gigantyczna plątanina wątków i postaci. Co jest jej głównym tematem? Nasuwa się myśl, że uzależnienie. Lub raczej uzależnienia – od narkotyków i od alkoholu. Dotknęło to samego pisarza, który po wieloletniej depresji powiesił się w roku 2008. Miał zaledwie 46 lat.

Saga i psychiatryczne obrazki

W wersji scenicznej splatają się dwa wątki. Jednym jest opowieść o amerykańskiej bogatej rodzinie o nazwisku Incandenza. 17-letni Hal Incandenza trafia do Enfieldzkiej Akademii Tenisowej założonej przez jego ojca Jamesa i współprowadzonej przez jego matkę Avril. Taka jest pierwsza scena spektaklu. Poprzez niego poznajemy jego kolegów z Akademii, zdominowanej bardziej przez sport niż przez naukę.

Ale obserwujemy też jego matkę, niepełnosprawnego brata Maria, który nocuje w jego pokoju,  także starszego brata Orina, futbolistę, który zamęcza go panicznymi telefonami. To niemal saga rodzinna. Ojciec, alkoholik i autor rozlicznych filmów, skończył wcześniej śmiercią samobójczą. Sam Hal uzależnia się szybko od mocnego „zioła”.

Wątkiem drugim jest sąsiadujący z Akademią zakład dla uzależnionych Ennet House. Trafia do niego w niejasnych okolicznościach  Don Gately, drobny rzezimieszek, popełniający przestępstwa dla zdobycia narkotyków i ukrywający się przed policją. Zostaje tam pracownikiem, przestaje ćpać. Poznajemy przy okazji galerię pacjentów.

Trzecim wątkiem są konwersacje agentów. Przebierający się za kobietę Steeply reprezentuje służby amerykańskie. Marathe jest w teorii terrorystą walczącym o oderwanie „południowego Quebeku” od Kanady. Ale wydaje się być podstawiony przez służby, albo też zaczął dla nich pracować.

„Niewyczerpany żart” to druga premiera Teatru Narodowego pod nowymi rządami Jana Klaty. Oglądamy ją więc tak jak „Termopile polskie” – jako wizytówkę. Jakie są moje pierwsze wrażenia ze spektaklu trwającego ponad 4 godziny?

Nieoczywistości i dłużyzny

Zacznijmy od tych pozytywnych. Progresywny teatr, jaki uprawia od lat sam Klata, lubi pouczać, zmieniać rozmaite opowieści w ideologiczne kalki, potępiać i inicjować świeckie krucjaty (np. przeciw religii). Tymczasem Wallace tak nie pisze, adaptacja jego prozy też jest od tego raczej wolna.

Dostajemy po prostu obraz świata, panoramę zachowań i okoliczności, na dokładkę z wymyśloną przez pisarza polityką w tle. Ale poza ogólnym sceptycyzmem wobec „amerykańskiego stylu życia”, narzucającego kult sukcesu, a zarazem podmywanego przez nałogi, nie dostajemy postnowoczesnej dydaktyki. Zamiast niej jest sporo nieoczywistości. To już coś.

Dostajemy też kawałek efektownego teatru, który na początku przykuwa uwagę, a chwilami bardzo wciąga. Z paradoksalnymi, czasem dowcipnymi dialogami. Czytam w teatralnym programie, że Wallace nienawidził ironii. A zarazem nagminnie jej jednak używał. Ten typ literatury Michał Mizera nazywa w programie „postironiczną”.

Kiedy Orin Incandenza tłumaczy młodszemu bratu, że prześladują go… inwalidzi, a sam Hal Incancenza zastanawia się, dlaczego jego ojciec zabił się w tak dziwny sposób: włożył głowę do mikrofali, można pokiwać głową nad paradoksami oszalałego świata. Także trochę cyniczne, a trochę dotyczące aksjologii, dialogi Steeply’ego i Marathe’a mają taką naturę. Albo wspomnienia uzależnionych pacjentów Ennet House.

Są też motywy czystej zabawy. Choćby wtedy, gdy oglądamy nagle film ojca Hala pod tytułem „Twarda zakonnica”, której tytułową bohaterkę gra całkiem przekonująco… Sebastian Dela.

Tyle o zaletach. Ale są i wady. Białaszek zdecydował się zrobić z tego pokaźny kawałek fabuły. Chwilami dziwacznej (pojawia się duch ojca z głową w mikrofali), ale jednak. Pozostaje ona wszakże mało czytelna, gubi się w ogólnym chaosie na scenie. Trzeba się posiłkować lekturą programu teatralnego, niczym librettem w operze. Tam postaci i rozliczne relacje między nimi są względnie precyzyjnie rozpisane.

Nie mam pretensji o to, że młodociany tenisista John Wayne (tak tak), przy okazji kochanek matki Hala, jest wjeżdżającą na scenę maszyną na kółkach. Taka konwencja. Ale zastanawiam się, ile rozumie z tego ktoś, kto programu nie kupił.

Finał pozostaje nieczytelny. Czego ileś postaci szuka w grobie samobójcy Jamesa Incandenzy?  Z programu, nie z dialogów na scenie, dowiaduję się, że filmu „Niewyczerpany żart”. Dlaczego jednak ów film ma właściwości zabójcze? Więcej, dlaczego grozi zagładą świata? Hmmm.

Także groteskowe odniesienia do polityki, po części odgrywane za pomocą kukiełek, pozostają mylącym szumem, chaosem. Przez moment myślałem, że Białaszek pokazując prezydenta pozbywającego się toksycznych odpadów ze swego terytorium, pije do Donalda Trumpa, którego Wallace jako szefa państwa oczywiście nie poznał. Ale bardziej chciałbym się dowiedzieć, co w amerykańskim życiu publicznym śmieszyło lub niepokoiło Wallace’a, a nie jest to jasne.

Nie to jest jednak w moich oczach największym problemem tej produkcji. Panorama postaci jest szeroka, ale one w zasadzie nie przeżywają żadnej przemiany. Pozostają takie same. Co więcej, opowieści o ich uzależnieniach są w sumie do siebie podobne, więc stają się monotonne.

Fabuła niby się rozwija, a jednak stoi w miejscu. Czy w związku z tym to powinno trwać ponad 4 godziny? W pewnym momencie mamy wrażenie męczącej powtarzalności, nawet jeśli w szczegółach kolejne sceny przynoszą coś nowego. W tej sytuacji doradzałbym redukcję wątków.

fot. Karolina Jóźwiak/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Gubią się przez to te rzeczy, które powinny na nas działać. Kacper Matula zagrał znakomicie upośledzonego brata Maria. Jego rozmowa z matką, graną przez Sławomirę Łozińską jako uosobienie konwencjonalności i powierzchowności, ma być okrutna i zarazem wzruszająca. Tyle że w czwartej godzinie spektaklu my, widzowie, stajemy się coraz mniej wrażliwi.

Opowiada nam się o nałogach i mamy wrażenie, że temat doskonale znamy, że słuchaliśmy o nim tysiące razy. Tym bardziej, że Wallace pomnożony przez Białaszka nie szuka żadnych  diagnoz. Co tłumaczy wybór siedemnastolatka Hala? Ojciec alkoholik i matka nimfomanka? Fakt, że chłopcy z Akademii uprawiają gry wojenne markując światowe kataklizmy, więc nie radzą sobie z brzemieniem historii? Może tak, może nie, dragi i wóda to po prostu część rzeczywistości.

Jak do swojego stanu doszli pacjenci Ennet House? Nie oferuje nam się nawet próby ustalenia tego. Taki jest świat, konkluduje Wallace. No ale czy potrzeba na powtarzanie tego aż czterech godzin?

Pogodnie cyniczny styl opowieści zrazu pociąga i urzeka, potem zaczyna się dłużyć. Czy dziś jeszcze można powiedzieć na takie tematy coś ciekawego? Anna Wieczur wystawiła w 2021 roku w Collegium Nobilium, teatrze Akademii Teatralnej, udaną inscenizację dramatu „„Ludzie, miejsca i rzeczy” Brytyjczyka Duncana Macmillana. To opowieść o aktorce narkomance, która trafia do kliniki uzależnień. Powody jej nałogu są może nieoryginalne (np. konflikty z rodzicami), ale Macmillan szuka jakiejś pozytywnej recepty na to, co ją i innych spotyka.

Nie mamy u niego demonicznego szpitala rodem z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Mamy, pomimo różnych przegięć szpitalnych procedur,  poszukiwanie ratunku we wspólnocie, w ludzkiej solidarności. Szukają go sami pacjenci (i pewien sanitariusz) zarzucając głównej bohaterce pychę i egoizm.

To jest jakiś wybór. Wallace’a szukanie wyjść chyba niespecjalnie interesuje, uważa używki wręcz za normalność, choć w paru miejscach miotanie się uzależnionych wygląda przecież dramatycznie, a na koniec pierwszego aktu śpiewają oni nawet zagrzewającą do trwania piosenkę.

To jego przyzwolenie budzi we mnie etyczne wątpliwości, ale też dramaturgicznie osłabia emocje. Zarazem to jego podejście też jest jakimś cywilizacyjnym sygnałem. Czy jednak musi być rozciągnięte na aż tak długo? Czy muszą nas zalewać potoki gadulstwa?

Białaszek, najwyraźniej zafascynowany tym tekstem, miejscami uroczo ekscentrycznym, miał kłopot z dokonaniem wyboru. Nie użył w porę nożyczek. Nie zmienia tego wrażenia widowiskowa choreografia (Bartosza Dopytalskiego), efektowne kawałki muzyczne (podpisani są pod nimi Mateusz Augustyn i Bartłomiej Gargula), pełna dziwności i gadżetów scenografia (Julii Zawadzkiej) czy takie dodatkowe pomysły jak imitowanie amerykańskich telewizyjnych wiadomości no i te polityczne kukiełki.

Dodajmy, że Wallace umieścił swoją powieść w niedalekiej przyszłości wobec połowy lat 90. Nie przewidział jednak ekspansji Internetu. Rolę masowej technologii pełnią tu kartridże.

W świecie dobrych aktorów

Dostał za to reżyser do ręki szczególną broń: zespół Teatru Narodowego, przede wszystkim jego młodszą część. Aktorki i aktorzy nie tylko wygrywają każdy znaczący akcent wynikający z tekstu, ale niejako ponad tekstem tworzą iluzję dodatkowych znaczeń i ich wyjątkowej wagi.

W teorii głównym bohaterem jest Hal Incandenza. Obsadzenie w tej roli wciąż studenta AT Hugona Tarresa to nadprogramowy żart, skoro Hala mają cechować, choć bardziej wyraźne w książce niż na scenie, odniesienia do literackiej postaci Hamleta, którego aktor zagrał w Narodowym i gra nadal. Tarres jest tu swobodny, błyskotliwy, interesujący - nawet ponad wagę wypowiadanych przez Hala słów.

Ale centralną postacią jest także Don Gately, z opryszka sanitariusz z Ennet House, zapraszający pacjentów na absurdalne, jałowe pogadanki. Siedzący obok recenzent spytał mnie, kim jest ten nieznany mu łysy facet grający Dona. Odpowiedziałem, że to doskonale nam znany z kilku premier w Narodowym Robert Czerwiński. Tu w intensywnej charakteryzacji, która czyni go zwalistym potworem, chwilami nawet jakoś tam wzruszającym (wątek jego nieśmiałego uczucia do jednej z pacjentek, Joelle van Dyne). Czerwiński zdaje, przyznajmy, celująco egzamin z aktorskiej transformacji.

Mamy też innych. Ruchliwego, bezczelnego Pemulisa, którego gra bardzo dobrze student AT Hubert Woliński. Z kolei Jakub Gawlik to aż dwie postaci: Day, jeden z pacjentów w Ennet House oraz Orto Stice, tenisista. Obie są przez niego grane brawurowo, chyba po raz pierwszy ten aktor, zarazem autor muzyki do kilku spektakli Narodowego, miał aż tak duże pole do popisu. Day to upierdliwy intelektualista (lub pseudointelektualista), z kolei Stice okazuje się przy pozorach krzepy i pewności siebie bezradny jak dziecko.

Jeszcze więcej bezradności odnajdujemy w Lamoncie Chu Pawła Brzeszcza. To kolejny student Akademii Tenisowej, zarazem zapłakane dziecko, marzące o sukcesie i sławie, a miażdżone myślą, że jej nigdy nie osiągnie. Dodajmy, że Brzeszcz gra też drugą postać, Tiny’ego Ewella, kolejnego pacjenta Ennet House. To typ roli, w której trzeba się schować do końca za charakteryzację i przebranie, i z ukrycia zadziwiać transformacyjnymi szarżami. Ale Brzeszcz wydaje się o aktorstwie wiedzieć tyle, że mu to przychodzi bez trudu.

Z dużą satysfakcją oglądałem Sebastiana Delę, młodego i już znakomitego aktora filmowego, na szczęście dla nas szukającego satysfakcji również w teatrze. Jego postać to Randy Lenz, dealer, a zarazem ćpun, który podczas odlotów widzi pająki. W wersji literackiej to zdaje się postać dość obrzydliwa. Tu w sugestywnym wykonaniu Deli jest wiecznie przymulonym, komicznym osobnikiem, któremu chce się nawet współczuć.

Byłem pełen podziwu dla nieco starszych aktorów, dzielnie zaludniających drugi plan. Bartłomiej Bobrowski jako Steeply udający kobietę i Grzegorz Kwiecień jako Marathe prowadzą z dużą subtelnością pełne retorycznych sztuczek, a chwilami irracjonalne dysputy. Marathe Kwietnia okazuje się później nieszczęśliwym kaleką. Współczulibyśmy mu bardziej jeszcze, gdyby ten wątek był bardziej przejrzysty.

Piotr Piksa to Lyle, typ wiecznego hippisa wysłuchującego zwierzeń młodszych studentów w pozie lotosu. Wyrazista, niewiele odzywająca się postać, prezentowana jest w tonie mocno pastiszowym.  Z kolei Henryk Simon sprawdza się i w roli upiornego rektora i w roli upiornego lekarza (to figury ze świata niemal czystej groteski). Dobrze wypada także jako Duch Ojca, czyli James Incandenza, niestety w tej ostatniej postaci bez twarzy, bo z mikrofalą na głowie.

Kobiet jest co ciekawe w tym mikrokosmosie niewiele. Świat tenisa pozostaje światem facetów, poza mamą Incandenza. Oglądając erotyczne wygibasy Sławomiry Łozińskiej można tylko żałować, że jej historii nie uczytelniono bardziej w inscenizacji. Ewa Bukała (Kate Gompert) i Hanna Wojtóściszyn (Joelle van Dyne) kołaczą o naszą uwagę w rolach pacjentek Ennet House i na nią w pełni zasługują. Ta druga gra cały czas z woalką na twarzy, więc tylko głosem i mową ciała. Szkoda, że ze spektaklu jaśniej nie wynikają jej związki z rodziną Incandenza (była dziewczyną Orina, a potem kochanką jego ojca).

Na koniec zostawiłem sobie moich dwóch największych faworytów. Huberta Łapacza jako Orina, brata Hala,  oglądamy głównie na ekranie. Jest jedną z najzabawniejszych postaci, młodzieńcem plotącym masę głupstw. A zarazem jego rola jest podszyta jakimś niesamowitym niepokojem, potem panicznym lękiem, trochę nawet poza tekstem. Ma wszelkie atuty jako gwiazda sportu, można go uznać ze celebrytę, a jednak się boi. Tragikomedia to co najmniej  od czasów Szekspira najciekawsza stylistyka teatru.

I napisałem już o Kacprze Matuli w roli Maria Incandenzy, a jednak muszę do niego wrócić. Oczywiście grać postać z fizycznymi i psychicznymi defektami to okazja do szantażów emocjonalnych wobec publiki. A jednak w tej roli jest tyle prostoty i ciepła, że mogę tylko aktorowi gorąco pogratulować.

Musiałem wymienić wszystkich aktorów, bo taki jest bilans tego spektaklu. Dlaczego w takim razie kręcę nosem, skoro Kamil Białaszek był w stanie zmobilizować taką ekipę? Ano dlatego, że sama konstrukcja tego spektaklu przynajmniej częściowo koliduje z ich wysiłkami.

Rozumiem, że Janowi Klacie sam pomysł adaptacji Wallace’a mógł się wydawać atrakcyjny. Nie uważam tego za wybór najgorszy z możliwych. Zarazem tylko tytułem wątpliwości: czy ten typ repertuaru istotnie najbardziej pasuje do samej formuły Narodowego? No ale za Jana Englerta też miewałem repertuarowe zastrzeżenia. Na zbiorczą ocenę sezonu jest wciąż za wcześnie.

Tytuł oryginalny

Ćpający Hamlet ze zbyt długiej historii

Źródło:

„Polska Times”

Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

18.12.2025

Sprawdź także