EN
21.03.2022, 11:39 Wersja do druku

COFNIĘCIE KULTURY. FIU, FIU, PANIE DZIEJKU, FIU, FIU. PROKURATOR I SZEWCY

Bohaterowie Stanisława Ignacego Witkiewicza rozprawiają o cofnięciu kultury często, namiętnie, efektownie, ale przy tym dość nieprecyzyjnie. Tak dzieje się, na przykład, w Szewcach. Od nich, jako ostatniego zachowanego dramatu Witkacego, zaczniemy rozważanie tej idei. Jak się cofać, to się cofać. Pisze Antoni Winch w felietonie dla portalu Teatrologia.info.

W Szewcach, według Daniela Geroulda, „wszelkie pozy ideologiczne” obnażone zostają jako „tanie komedianctwo”, „z wygórowanych roszczeń człowieka nie pozostaje nic, co by można było traktować poważnie”, a „symbole klasowe i uświęcone mity rozpadają się jeden po drugim jak żałosne mistyfikacje”. Jest tylko poszarpanym, dziurawym i marnym strzępem całego szczęścia, że przytoczone powyżej spostrzeżenia amerykańskiego badacza odnoszą się do trzeciego aktu utworu, podczas gdy o cofnięciu kultury wspomina się expressis verbis tylko w pierwszej i drugiej jego części. Także w nich przecież przedstawienie postaci dalekie jest od dostojności. Charakteryzuje je raczej karykaturalność, przerysowanie, śmieszność, „tanie komedianctwo”. To samo można powiedzieć o głoszonych przez nie poglądach oraz wizjach historiozoficznych, jakie snują, jak sny i/lub koszmary. Jest wśród nich oczywiście ta, najbardziej nas tutaj interesująca. Założywszy, że ma ręce i nogi, liczyć musimy się przeto z tym, iż kończyny te znajdziemy nie tam, gdzie byśmy się ich spodziewali, a i głowa może być postawiona na głowie. I to dęba okoniem. Taki autor, co zrobić.

Trzeba również pamiętać o ambiwalencji towarzyszącej witkacowskiej krytyce kultury. „Upadek kultury uczuć metafizycznych jest” dla Witkiewicza, twierdzi Maciej Soin, „niewątpliwie dziejową katastrofą, jednakże z punktu widzenia wartości społecznych owa katastrofa staje się nieuniknionym kosztem postępu”. Artysta wieścił koniec świata, ale wiedział, że nastanie po nim świat nowy i to szczęśliwszy od poprzedniego. Wolny od duchowej szarpaniny, skupiony na zaspokajaniu wyłącznie fizjologicznych potrzeb. Zezwierzęcony wprawdzie, lecz syty. Z jednostką przemieloną na obrok, nie przez „ck”, dla społeczeństwa masowego. Zdaniem Witkacego odpowiada za to ewolucja kultury przebiegająca, zgodnie z logiką nieodwracalnego historycznego procesu uspołeczniania, od hordy pierwotnej do nowoczesnej. Zagrażała ona wszystkiemu, na czym Stanisławowi Ignacemu zależało, co uważał za istotne. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że wcześniej to stworzyła. Bronił przeto kultury przed nią samą. A z nim jego bohaterowie. Podejmowali się misji straceńczej, beznadziejnej, a więc jedynej godnej człowieka. Prawdziwie ludzkiego, rzecz jasna, bo ten, co nastanie, zbydlęcony, będzie miał to w zadzie. I coraz bardziej ma.

W Szewcach jako pierwszy o cofnięciu kultury wspomina prokurator Robert Scurvy. „Albo cała ziemia przetworzy się dobrowolnie w jedną samorządzącą się elitycznie masę, co jest prawie nieprawdopodobne bez katastrofy ostatecznej – a tej unikać należy za wszelką cenę – albo kulturę trzeba cofnąć”, ogłasza, i kiedy wydaje się, że pociągnie dalej swoją myśl, nagle ją urywa. „Mam chaos we łbie wprost nieprawdopodobny”, wyznaje ni z gruchy, ni z pietruchy, a jego monolog rozpada się w drebiezgi mniej istotnych uwag niewiele wnoszących do tego, co zostało przedstawione wcześniej. Nie precyzują one koncepcji cofnięcia kultury. Jakkolwiek sprawia wrażenie poważnej propozycji ideowej, wobec braku rozwinięcia pozostaje li tylko kolejnym retorycznym fikołkiem w oratorskim popisie bohatera. To, mówiąc kolokwialnie, figurae ad delectandum postawiona nieoczekiwanie tam, gdzie pojawić się winna, a w każdym razie, gdzie jest spodziewana, figurae ad docendum. Królik wyciągnięty ze stylistycznego kapelusza, baba z brodą, Himilsbach z angielskim. Cały Witkacy.

Inaczej u innych. Z mniejszym przytupem, ale za to nieco konkretniej. „Cofnięcie kultury bez tracenia wysokości duchowej – oto nasza ideja”, rzecze Sajetan Tempe. Trochę później natomiast II Czeladnik oznajmia, iż w ramach cofania kultury część maszyn zostanie zniszczona, a wynalazców czeka śmierć w torturach. Są to zręby jakiegoś programu. Kładzie się w nim niwelacyjny nacisk na coś, co odruchowo, bez ścisłego określania pojęć, przypisalibyśmy raczej do dorobku cywilizacyjnego niż kulturowego. Zachód głowi się mózgami swych najtęższych łbów nad w miarę klarownym odróżnieniem od siebie tych dwóch terminów co najmniej od kilku wieków. W efekcie mamy ponad półtorej setki definicji samej kultury, czyli nomenklaturową marmoladę, rozsmarowywaną po słownikach coraz to nowymi hasłami karmelizowanymi w prażarkach akademickiego dyskursu, trudniącego się produkcją najciągliwszych intelektualnych mordoklejek. Nie chcąc zatykać sobie nimi ust, przyjmijmy, że cywilizacja, na chłopski rozum pojmowana, nie może powstać bez aksjologicznego zaplecza, jaki zapewnia jej kultura, w najprostszym i najszerszym tego słowa znaczeniu.

Przy czym taki, a nie inny kształt przybierany przez pierwszą, jest ściśle skorelowany z wartościami przekazywanymi przez drugą. Dowiódł tego chociażby Max Weber, analizując związek pomiędzy, jak to ujął, „kapitalistyczną etyką” a „wewnątrzświatową ascezą protestantyzmu”. „Tylko ascetyczny protestantyzm” – czytamy w Gospodarce i społeczeństwie – „położył […] kres […] poszukiwaniu zbawienia poza światem […], tylko on stworzył religijne motywy poszukiwania zbawienia właśnie w zatrudnieniu w wewnątrzświatowym «zawodzie»”. Nie ma, być nie może, fabryk bez kościołów. A także bibliotek, uniwersytetów, galerii sztuki, muzeów, teatrów i kin między nimi. Jak również kawiarni, szynków, izb wytrzeźwień oraz pozostałych a licznych przybytków, instytucji, miejsc, gdzie kultura spotykała się z cywilizacją, a cywilizacja z kulturą, by w czasie tych tête-à-tête, nieraz się kłócąc, tworzyć nasz świat.

Zachód nigdy nie osiągnąłby takiego stopnia zaawansowania technologicznego, bogactwa, komfortu życia i tym podobnych etceterów, gdyby nie był zachodni. Jedną z cech jego zachodniości jest joie de trouver, jak wyraża się David S. Landes w Bogactwie i nędzy narodów. Badacz podsumowuje dociekania innych znawców problemu, poszukujących katalizatora tej radości odkrywania, wynajdywania, stojącej za każdym naszym cywilizacyjnym skokiem. Według nich stanowi go tradycja judeochrześcijańska. Jest w niej „szacunek dla pracy ręcznej, który znalazł wyraz w wielu nakazach biblijnych”, jest aksjomat „podporządkowania przyrody człowiekowi”, jest wreszcie „koncepcja linearnego czasu”, tworząca przestrzeń do myślenia w kategoriach regresu lub postępu, stawiająca nas pod niejako ścianą – jeśli chcemy rozwoju, nie możemy zadowalać się zastanymi rozwiązaniami, musimy je usprawniać, ulepszać, musimy eksperymentować, szukać, błądzić, kombinować.

Musimy ponadto, o czym nowoczesność usilnie stara się nie pamiętać, bać się i drżeć. Żyć w ciągłym strachu przed czymś, co Chantal Delsol nazwała „otchłanią”. Świadomość balansowania nad jej krawędzią – od narodzin, do śmierci i dalej – ustanawia tragizm ludzkiej egzystencji takim, jakim rozumiał go Zachód. „Wielkość człowieka” – twierdzi francuska filozof w Kamieniach węgielnych – „polega na otwarciu oczu na otchłań i podjęciu próby nadania jej imienia”. Kultura jest nieustannym, przebiegającym w lęku i niepewności nazywaniem, ustalaniem sensów i znaczeń dla czegoś, co samo w sobie tych sensów i znaczeń jest pozbawione – dla Istnienia. Dlatego, jak chce Witkacy, ono „w ogóle było i jest czymś potwornym w swej istocie”. Religia, filozofia i sztuka z tą jego grozą się mierzyły. Każda czyniła to na swój sposób. Pierwsza, według Witkiewicza, robiła to „przez stworzenie systemu pojęć łagodzących”, druga – na drodze budowania „systemu pojęć wykazującego rozumowo konieczność takiego, a nie innego stanu rzeczy dla Całości Istnienia”, natomiast trzecia nie musiała żadnych systemów opracowywać, ponieważ „jest bezpośrednim potwierdzeniem […] Istnienia w jego metafizycznej okropności”. Niezależnie od przyjętej perspektywy dzieła tych dyscyplin składają się, encyklika po encyklice, traktat po traktacie, obraz po obrazie, na kulturę.

Obecnie nie stawia nam ona, by wyrazić się po delsolowsku, „złożonych” i „niepokojących pytań”, gdyż nie mieszczą się one w „ideologii szczęścia”. Zdaniem autorki Kamieni węgielnych doktryna ta materializuje się dziś politycznie pod postacią państwa opiekuńczego. Nieznająca sprzeciwu i litości troska tego, jakby nie było, Lewiatana – mdłodemokratycznego par excellence i au fond, jak zapewne wyraziłby się o nim Stanisław Ignacy – wytłumia naturalną, i jakże twórczą!, egzystencjalną trwogę człowieka Zachodu, przekonując go, że „jedyne ważne pytania”, na jakie powinien udzielić sobie odpowiedzi, „dotyczą miejsca wakacji i zakupu sprzętu domowego”. Witkacowskim słowem w usta Sajetana Tempe włożonym, jakąkolwiek poważną refleksję na temat Tajemnicy Istnienia, z pewnością siebie jełopa wygłaszającego swe sądy na salonach zastąpiła „pyknicka filozofia” – „zjeść, poczytać, pogwajdlić, pokierdasić i pójść spać”.

Jej wyznawca, zgodnie z charakterystyką I Czeladnika z Szewców, „ma se radio, ma se stylo, ma se kino, ma se daktylo, ma se brzucho i nieśmierdzące, niecieknące ucho, ma se syćko jak się patrzy”, a to, że przy tym „sam w sobie jest ścierwo podłe, guano pogodne, przebrzydłe”, mu nie przeszkadza, bo niby z jakiego powodu? Zacznie mu od tego ciec i śmierdzieć ucho? Ktoś odbierze mu radio, kino, daktylo? Czy syćko się posypie przez to, że on umi i chce ino zeń korzystać, a nie je budować i tworzyć? Cóż, tak. Co jednak z tego? W konsumpcyjnym stylo naszej epoki, czasu spyknicznienia wartości, syćko traktowane jest wszak wyłącznie jako niewyczerpywalna krynica przyjemności. Kultura zaś, zmuszająca do brania za nie odpowiedzialności, wciskająca żądze w ciasne, uwierające pasy cnót nakazów, zakazów, nagród i kar, postrzegająca syćko w kategoriach daru otrzymanego po to, aby o nie dbać, a nie, by igrać nim ku własnej bezmyślnej uciesze, jawi się jako anachroniczne, zrzędliwe, niereformowalne źródło cierpień. Osusza się je przeto. Cofa.

Nie tak atoli, jak wyobrażali to sobie w Szewcach szewcy. Przede wszystkim nie przy zachowaniu „wysokości duchowej”. Schyłkowa nowoczesność programowo ściąga ją do parteru. Za i na pysk. Swoją rolę odgrywa tu sentymentalizm. Jest on, jak definiuje go Roger Scruton w Przewodniku po kulturze nowoczesnej, „pragnieniem chwały jakiejś namiętności heroicznej lub przemijającej, bez ponoszenia kosztów związanych z jej odczuwaniem”. Do tego dochodzi jeszcze wszechobecny kicz, który „pozbawia uczucia towarzyszących im kosztów, a przez to […] realności”. U – i rządzona pod jego dyktando rzeczywistość „jest w pewnym sensie światem bez serca, w którym emocje” – twierdzi brytyjski filozof w Pięknie – „zamiast kierować się ku autentycznym celom, zwracają się ku ucukrowanym stereotypom, pozwalając na składanie przelotnych hołdów miłości lub żalu bez zadawania sobie trudu ich odczuwania”. Tak się animuluje dusze, zipuje tak, żeby nie zakłócały transferu danych i nie zaśmiecały nam RAM-u. Aby stanąć do śmiertelnego pojedynku ze złem, nie ryzykując przy tym choćby zadrapania, o życiu nawet nie wspominając, wystarczy dziś zmienić nakładkę na profilowym zdjęciu. Dlatego cofnięcie kultury nie odbywa się przez wywołanie technologicznej zapaści, o czym roił II Czeladnik, a przeciwnie – przez przyśpieszenie technologicznego rozwoju. Zachód, zdaniem Emila Ciorana, „dotarł do takiego poziomu cywilizacji, że przekroczyć go może jedynie idąc w dół”. Lezie tam tedy, acz na wspak, bo pnąc się w górę po zwojach światłowodowych kabli, więzi wspólnotowe przeniósłszy do mediów społecznościowych, gdzie na szybkich łączach tracą scrutnowską realność, przekonwertowaną na mem do zbierania lajków.

Nie to miał rzecz jasna na myśli Cioran, pisząc przywołane powyżej zdanie. Jego tematem była Rosja. „Z apokalipsą jest jej cudownie do twarzy, jest do niej przyzwyczajona oraz w niej rozsmakowana, i ćwiczy się w niej dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek” – twierdził w roku 1957, a swoje przekonanie uzasadniał „dziesięcioma wiekami terroru, ciemności i obietnic”, jakich doświadczyła. Ze swojej, warto dodać, wpierw carskiej, potem czekistowskiej łapy zresztą. Anno Domini 2022, w trakcie wojny na Ukrainie, konstatację tę uzupełnić można jedynie o kolejnych sześćdziesiąt pięć lat rosyjskiego zamordyzmu. Według autora Historii i utopii zahartował on Rosję, uodpornił na jedną ze słabości Zachodu – demokrację, „ten cud, który nie ma nic do rozdania”, będący „rajem i grobem narodu”.

„Aby wyplenić kłamstwo demokracji, można nie żałować trupów i kto wie, czy tak zwani kaci sowieccy nie mieli racji, że na koniec się wściekli, by tę ohydę wydusić do ostatniego zarodka”. To już nie Cioran, to Witkacy w Jedynym wyjściu. W Szewcach z kolei Scurvy. „Aby wykonać swój program zbolszewizowanego inteligenta” – tłumaczy projekty prokuratora szewcom Księżna Irina Wsiewołodowna Zbereźnicka-Podberezka – „musi wpierw zabić wszelki żywiołowy ruch społeczny. On wsadzi wszystko do szufladek, ale przy tym wsadzaniu połowie z was poukręca łby dla miary właściwej”. Jeśli na tym ma polegać cofnięcie kultury jako ratunek przed „katastrofą ostateczną”, to brrr! I prr!

Bo może mimo wszystko nie jest tak źle. I to nie tylko dlatego, że jest jeszcze gorzej. Zachód taki, jakim go znamy, choć pewnie nie każdy podałby mu rękę, ginie – to pewne. Na żałośnie. Od „ideologii szczęścia”, sentymentalizmu, kiczu, przeżarcia, wstrętu do poświęceń, stetryczenia urzędniczego i innych franc nowoczesności, które powodują paraliż postępowy, uniemożliwiający mu podjęcie skutecznych i zdecydowanych działań w obliczu jakichkolwiek zagrożeń. Także obecnego, gdy z rozkazu kagiebisty na niemieckim wikcie odchowanego dybie nań kałmucka swołocz kołchoźniana, co nawet zwycięstwo pisze przez biedę.

Da się tego uniknąć? Nie śmierci, bo ta jest już przesądzona, lecz bolesnego upokorzenia przed nią, przeczołgania po własnej niemocy, tęsknocie za dawną wielkością, męstwem, honorem, dumą, dystynkcją. Witkiewicz uważał, że nie, ale wierzył, że tak. Jego bohaterowie, marząc o cofnięciu kultury, w istocie ją rozciągają, nadymają, najzuchwalszymi ideami, najdzikszymi witzami, groteską i absurdem, z humorem najdowcipniejszych wisielców pompują do rozpuku. Jest on poetyką tragedii à la manière Witkacy. O tem jednak potem.

Tytuł oryginalny

COFNIĘCIE KULTURY. FIU, FIU, PANIE DZIEJKU, FIU, FIU. PROKURATOR I SZEWCY

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Antoni Winch

Data publikacji oryginału:

17.03.2022