Logo
Recenzje

Ciałokształt loży Stacha

2.06.2025, 13:08 Wersja do druku

„Witkacja. Wodewil na krawędzi” wg scen. Karoliny Felberg-Pawłowskiej i Romana Pawłowskiego-Felberga w reż. Ceziego Studniaka w Teatrze Rampa w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Marek Zimakiewicz

Chciałoby się napisać spoważniał nam Teatr Rampa. Groźne pomruki wojny dotarły na Targówek, a wiszący nad nami stan zagrożenia odbił się historycznym echem. Echem ostatnich dni pisarza, malarza, filozofa, szaleńca i rozpustnika, który przez całe życie wieszczył katastrofę, głosił apokalipsę, opukiwał dno i romansował ze śmiercią – echem „wariata z Krupówek”, Witkacego. A potem staje przed oczami scena rewii zakopiańskiej oraz widok Marcina Januszkiewicza od strony Oskara Stoczyńskiego i słowa o powadze więzną w gardle czy raczej na końcu pióra.

„Witkacja – wodewil na krawędzi” to pierwsza z dużych jubileuszowych premier 50-lecia Teatru Rampa. I jak to wodewil trąci miejscami frywolnym kabaretem, radosną rozrywką w takt erotycznych skojarzeń, ale stojąc na krawędzi, w przeddzień wybuchu wojny, zwraca się także w mroczną stronę wszechogarniającego strachu, niepewności jutra i rosnącej depresji. Samobójcza śmierć Witkacego jest tu zaledwie punktem wyjścia. Nad trumną męża, kochanka, geniusza i potwora, wśród elektryzującego głosami Anny Mierzwy i Marcina Januszkiewicza wykonania „Krywaniu, Krywaniu Wysoki” spotykają się widma demonicznych kobiet Witkacego, „leczone samotnością i gniewem”, zdradzane i o zdrady oskarżane, poniżane i odtrącane. A jednak ciałokształt diabolicznej loży Stacha, „babony, małpy, flądry zakopiańskie, megiery i lafiryndy” kwilą nad trumną, z nostalgią i rozrzewnieniem wspominając niezwykłość mężczyzny, dla którego straciły głowę. Irena, Jadwiga, Nina, Lilka, Czesia oraz Maria domagają się od zawieszonego pomiędzy światami Witkacego „skruchy, przeprosin, wyjaśnień i sprawiedliwości” – wysyłają go więc, by odkrył prawdę o sobie samym przywołując wspomnienia i odtwarzając chmurne dni września ’39 roku.

Choć jutra nie będzie, wraz z mieszkańcami Witkacji wsiadamy do szalonego expressu pędząc przez życie naszego bohatera ku zagładzie. W oparach alkoholu i nieskrępowanej sztuki, napędzani koksem i peyotlem oraz żarem namiętności do kolejnych demoness poznajemy świat obłąkanego geniusza z perspektywy kobiet. To one prowadzą psychodeliczną narrację przez kolejne toksyczne, zmysłowe związki, wyjaśniając sobie wzajemne anse i formując obraz człowieka pogrążonego w chaosie życia. 

Reżyser Cezi Studniak staje się na scenie Witkacym, odpychającym, narcystycznym, zblazowanym artystą przekonanym o własnej wielkości i niepowtarzalności. Uwodzicielskim, płaczliwym, opętanym grozą rzeczywistości mężczyzną wędrującym z jednych damskich rąk do drugich, niczym przechodni puchar. Towarzyszy mu stale Ignacy, odgrywany ze swadą przez Marcina Januszkiewicza upersonifikowany wewnętrzny głos, trochę narrator, trochę swawolny chochlik gotowy na kolejny szpryngiel, a niekiedy diablik sączący depresyjne myśli o końcu wszechrzeczy. Wyśpiewany na wschodnią modłę „Zabij ten lęk” czy duet z Anną Mierzwą pokazały raz jeszcze, że w aktorze drzemie prawdziwy wokalny demon. Podobnie demonicznie prezentuje się wspomniana Anna Mierzwa, „jedyna prawdziwie kochana” Maria Witkiewicz górująca nad sceną nie tylko fryzurą. Siedząc niemal w bezruchu na podwyższeniu przypomniała mi od razu złoty posąg Piotra Siejki z „Na prochach” w Syrenie – ona także jest symbolem władzy i kontroli, ostateczną instancją, do której może odwołać się jej najdroższy Kalunio w chwilach zwątpienia. Kluczem jest jednak słowo „niemal”, bo matka nie zastyga, lecz diabolicznie wodzi palcami po klawiaturze życia swego syna kierując jego melodią i wyznaczając tony. Poruszający jest drapieżnie wykonany przez aktorkę utwór „Mama zdrowa”, zaś jej szamańskich cejlońskich zawodzeń pozazdrościć mogłaby sama Lisa Gerrard. A przecież mocnych, ekspresyjnych songów jest tu znacznie więcej. Cesarzowa Zjednoczonej Witkacji, „kochająca do obłędu” żona Nina, czyli Helena Sujecka daje upust nagromadzonym przez lata emocjom namawiając swego Stacha na wyjazd ze stolicy. Agata Łabno jako tragicznie zmarła „dziewczynkowata kotkowatość” Jadwiga Janczewska przejmująco pyta „Jak się uleczyć z Ciebie?” w jednym z najlepszych utworów wieczoru. Wcielająca się w Czesławę Oknińską Irena Melcer w rytm kastaniet wyleje żale i ludzką bezsilność na prowadzącego ją w „podróż donikąd” ukochanego. Nieco spokojniejsze, bardziej nostalgiczne i przedwojenne w stylu są solowe wykonania pozostałych aktorek – Dominika Łakomska w roli „Lilczura”, „garbatej Kasandry”, Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej wspomina swoje zauroczenie „żałosnym paliatywem” w jazzowych klimatach pianina i perkusji, Masza Wągrocka jako Irena Solska tonie w jazzowo-elektronicznych tonach odległego widma płomiennego romansu, zaś pod dyktando Ireny Melcer aktoressy sentymentalnie, ale i zabawnie śpiewają o tym „co zostaje po miłości”. Kamila Boruta-Marszałek odgrywająca uwodzicielską zakopiańską manikiurzystkę Marię Zarotyńską przeistoczy się w halucynacji bohatera w „Słowika z Kurska” Nadieżdę Plewicką, by w piosence „Mewa” zapłakać nad odebraną jej duszą i wypitą do dna miłością. A ja w swoich halucynacjach usłyszałem tu nawet fragmenty „Jeziora szczęścia” Bajmu. 

Na scenie pojawia się i znika niczym w neurotycznym śnie Robert Tondera wcielający się w jedenaście różnych postaci, wśród których zaznaczają się ojciec Witkacego przekazujący złote szowinistyczne myśli o „żadnej wspólnej misce i żadnych resztkach po nikim”, pełen energii i rozchełstania Bronisław Malinowski, czy dyskutujący w jednej osobie nad grobem Witkacego ksiądz Tichner, minister Krawczuk i Stefan Okołowicz. Żałuję jedynie, że wzrok już nie ten i nie dostrzegłem wszystkich „magicznych” elementów, które aktor dokładał do kostiumu, by zróżnicować odgrywane role. Z oparów Witkacji wyłania się także roztańczona choreografka Alisa Makarenko, raz jako bawiąca publikę fordanserka, raz jako zagubiona pogrobowa Olena poznająca teorię czystej formy w reżyserskim szprynglu Ceziego Studniaka, a także w zmysłowym tańcu zamaskowanej cejlońskiej kapłanki. Chylę czoła za wykonanie, zwłaszcza, że niespodziewana kontuzja na dzień przed premierą zmusiła Makarenkę do przemodelowania ułożonych już scen, by w ogóle była je w stanie wykonać. I podziwiam ekwilibrystyczne wykorzystanie foteli fryzjerskich.

„Witkacja – wodewil na krawędzi” zgodnie ze słowami reżysera „pielęgnuje dziwność istnienia” na wszystkich poziomach spektaklu. Oszałamiają światła Ceziego Studniaka kreujące filmowe niemal obrazy, wybrzmiewa groteską krzywych luster scenografia Michała Hrisulidisa, bawi skojarzeniami wymyślna malarska charakteryzacja żeńskich bohaterek i jedynie kostiumy Barbary Sikorskiej-Bouffał trzymają się dość wiernie ram epoki nie sięgając po ekstrawagancję. Creme de la crème stanowi muzyka Grzegorza Rdzaka, płynąca w stronę jazzu, elektronicznych brzmień, delikatnych szczotek perkusji i nagłych basowych eksplozji. Niekiedy zanurzona w przedwojennym kabarecie, za chwilę pogrążona w chaosie „ostatniego balu”, krążąca wokół etnicznych i orientalnych rytmów, niepokojąca pomrukami nieodległej wojny, refleksyjna dźwiękami pianina – jest w niej nieokiełznana moc różnorodnych barw, wyszukanych fraz, dzikości, po prostu szaleństwa Witkacji. Muzycznemu obłąkaniu przychodzi w sukurs Cezi Studniak zaszywając w przedstawieniu nieoczekiwane przerwy, pełne zbzikowanej abstrakcji sceny, że o komisji wojskowej tylko wspomnę i splatając misternie w całość elementy psychodelicznej układanki. Klimatu zwariowanej fantasmagorii dopełnia tekst Karoliny Felberg-Pawłowskiej i Romana Pawłowskiego-Felberga, którzy bawią się twórczością Stanisława Witkiewicza i ze smakiem tkają historię wplatając co barwniejsze cytaty między własne słowa. Obsceniczne fragmenty listów Witkacego do żony, sprośne wierszyki, wyimki poezji i tragedii, a nawet regulaminu firmy portretowej, okraszone kołysanką z „Tumora Mózgowicza” i wersami z Miłosza tworzą rozbudowany portret artysty, który najbardziej kochał samego siebie. 

Celebrując półwiecze Rampa wybiega nieco z Witkacją poza dotychczasowy repertuar. Swą mocną wokalno-aktorską stronę łączy tym razem z ambitną treścią i wysublimowaną artystyczną wizją. Geniuszem Witkacego i szóstym zmysłem Ceziego Studniaka, który smakowicie pożenił namiętność do kobiet z wojenną gorączką. Czasem zabawnie, niekiedy gorzko, chwilami mrocznie, ale zawsze z witkacowską pasją. Stęsknione demonessy czekają na Państwa na Targówku, a ja zapewniam, że ciałokształt spektaklu ze wszech miar wart jest grzechu.

Tytuł oryginalny

Ciałokształt loży Stacha - "Witkacja - wodewil na krawędzi" w Teatrze Rampa, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także