Pierwsza edycja Centralnego Placu Muzyki okazała się czymś znacznie więcej niż cyklem koncertów z udziałem światowych gwiazd. To opowieść o festiwalu, który na kilka tygodni zmienił centrum Warszawy w przestrzeń prawdziwego spotkania – i pokazał, że najwyższa kultura może być jednocześnie ambitna, otwarta i wspólnotowa – pisze Wiesław Kowalski.
Są wydarzenia, które ocenia się przez pryzmat programu. Są takie, które zapamiętuje się dzięki wielkim nazwiskom. I są wreszcie nieliczne przedsięwzięcia, po których pozostaje przede wszystkim poczucie, że wydarzyło się coś ważniejszego niż seria znakomitych koncertów. Pierwsza edycja Centralnego Placu Muzyki należy właśnie do tej ostatniej kategorii.
Przez trzy tygodnie Plac Centralny w Warszawie przestał być jedynie elementem miejskiej architektury. Stał się przestrzenią spotkania ludzi, których połączyły muzyka i teatr. Nie była to publiczność jednego gatunku ani jednej instytucji. Obok melomanów od lat odwiedzających filharmonie czy teatry muzyczne siedzieli ludzie, którzy być może po raz pierwszy słuchali opery na żywo. Trudno o lepszy dowód na to, że najwyższa kultura nie potrzebuje zamkniętych murów ani elitarnego ceremoniału. Potrzebuje przede wszystkim jakości i odwagi.
Największym sukcesem festiwalu nie było sprowadzenie Lang Langa, Sonyi Yonchevej, Jonathana Tetelmana czy Joyce DiDonato. Ich obecność bez wątpienia podniosła rangę wydarzenia, ale gwiazdy światowego formatu od czasu do czasu pojawiają się także na innych polskich scenach. Znacznie cenniejsze okazało się coś innego – stworzenie miejsca, w którym Beethoven, Mozart, Puccini, musical, muzyka filmowa i operetka nie rywalizowały ze sobą o uwagę publiczności, lecz budowały wspólną opowieść o współczesnym odbiorcy kultury.
Podczas kolejnych wieczorów miałem wrażenie, że organizatorzy nie próbują nikogo wychowywać ani przekonywać, czym jest sztuka wysoka, a czym popularna. Zamiast tego zaproponowali program oparty na zaufaniu do widza. To dziś niezwykle rzadkie. W czasach, gdy instytucje kultury coraz częściej zamykają się w swoich estetycznych twierdzach, Centralny Plac Muzyki pokazał, że różnorodność nie musi oznaczać przypadkowości. Wręcz przeciwnie – może stać się największą siłą programu.
Jako krytyk zapamiętam wiele artystycznych momentów. Beethovena granego przez Lang Langa z pokorą wobec partytury. Koncertową „Toskę”, która pokazała, że wielka opera potrafi poruszać nawet bez teatralnej machiny. Mozarta, który wytrzymał kaprysy pogody. Musical „Piloci”, przypominający, że teatr muzyczny nie musi ustępować operze pod względem artystycznej jakości. Ale kiedy festiwal dobiegł końca, najmocniej pozostał we mnie nie pojedynczy koncert, lecz obraz tysięcy ludzi siedzących razem w samym sercu miasta.
Pamiętam wieczór upału, kiedy temperatura nie chciała spaść nawet po zachodzie słońca. Pamiętam burzę podczas „Czarodziejskiego fletu”, gdy widzowie zamiast uciekać, zakładali peleryny i pozostawali na swoich miejscach. Pamiętam ciszę podczas najdelikatniejszych fragmentów Beethovena i Chopina, kiedy odgłosy miasta nagle przestawały istnieć. Takich chwil nie da się zaprogramować. Rodzą się wyłącznie wtedy, gdy pomiędzy artystami a publicznością pojawia się prawdziwa wspólnota.
To właśnie dlatego Centralny Plac Muzyki okazał się czymś więcej niż festiwalem. Stał się społecznym doświadczeniem. Przypomniał, że kultura nie jest dodatkiem do miasta, lecz jednym z fundamentów jego tożsamości. Bo rewitalizacja przestrzeni kończy się dopiero wtedy, gdy zaczynają ją wypełniać ludzie. Muzyka okazała się tu najlepszym sposobem, by to osiągnąć.
Za takimi przedsięwzięciami zawsze stoją konkretni ludzie. W przypadku Centralnego Placu Muzyki trudno nie docenić roli Romana Osadnika. Największą wartością jego pomysłu nie było jednak samo stworzenie nowego festiwalu. Była nią umiejętność przekonania do wspólnej pracy instytucji, które na co dzień funkcjonują niezależnie od siebie. W polskich realiach takie partnerstwo nie jest czymś oczywistym. Wymaga zaufania, konsekwencji i odwagi, by myśleć o kulturze nie przez pryzmat własnej sceny, lecz całego miasta.
Równie istotne było to, że organizatorzy nie ulegli pokusie budowania wydarzenia wyłącznie na marketingowym rozgłosie. W centrum pozostawała muzyka. Publiczność otrzymała komfortowe warunki, świetną organizację i program przygotowany z wyjątkową starannością. Za każdą owacją kryła się praca producentów, techników, wolontariuszy, służb i dziesiątek osób, których nazwisk najczęściej nie poznajemy. To właśnie oni stworzyli przestrzeń, w której artyści mogli po prostu robić swoje.
Pierwsza edycja Centralnego Placu Muzyki nie okazała się jednorazowym eksperymentem. Zapowiedziana już kolejna odsłona festiwalu, poszerzona o współpracę z instytucjami artystycznymi spoza Warszawy i nowe ambitne realizacje, pokazuje, że ta idea od początku była pomyślana jako projekt długofalowy. To dobra wiadomość nie tylko dla warszawskich melomanów, lecz także dla wszystkich, którzy wierzą, że kultura może budować wspólnotę ponad instytucjonalnymi i geograficznymi granicami.
Najważniejsze jest jednak coś jeszcze. Po zakończeniu festiwalu nie pamięta się statystyk, liczby koncertów ani frekwencji. Pamięta się atmosferę. Pamięta się ludzi wychodzących po kolejnych wydarzeniach z przekonaniem, że uczestniczyli w czymś wyjątkowym. Jeśli kultura ma budować wspólnotę, właśnie tak powinna wyglądać.
To chyba największe osiągnięcie Centralnego Placu Muzyki. Nie tylko zaproszenie do Warszawy artystów światowego formatu ani stworzenie programu łączącego różne gatunki muzyczne. Przede wszystkim udowodnienie, że w samym centrum wielkiego miasta można stworzyć miejsce, do którego ludzie przychodzą nie z obowiązku ani z ciekawości, lecz z potrzeby wspólnego przeżywania sztuki. Skoro pierwsza edycja potrafiła osiągnąć tak wiele, można z uzasadnionym optymizmem czekać na kolejne.