Logo
Recenzje

Café Luna

12.03.2026, 12:18 Wersja do druku

„Cafe Luna” pod opieką artyst. Arkadiusza Buszko w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.

fot. Izabela Rogowska/mat. teatru

Po przebojowych spektaklach muzycznych z songami do tekstów Agnieszki Osieckiej („Darcie pierza. Ja - Osiecka” oraz „Café Sax”) czy piosenkami Kory Bałtycki Teatr Dramatyczny im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie zaprosił na spotkanie z utworami znanymi z filmów Pedro Almodóvara. Kameralne przedstawienie „Café Luna” muzycznie zaaranżował Maciej Osada-Sobczyński, a opiekę reżyserską sprawował Arkadiusz Buszko. Na scenie trzy wyjątkowe kobiety: Bernadetta Burszta-Czarnowicz, Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska oraz Katarzyna Lenarcik-Stenzel.

Kino Almodóvara to niepowtarzalne zjawisko i absolutny fenomen. Jego intensywne kolorowe melodramaty to ikona „naszych” czasów (nazwa epoki zostanie ustalona w przyszłości – sic!). Choć trudno w to uwierzyć reżyser debiutował pół wieku temu. Zaczynał od niszowych prowokacyjnych krótkometrażówek, ale szybko zaczął podbijać świat obrazami o oryginalnej estetyce i odważnej tematyce. Jego filmami zachwyca się już kilka pokoleń. Sam wokół siebie widzę wielu zafascynowanych jego twórczością – są to osoby w wieku moich rodziców (70+), nieco starsi i nieco młodsi znajomi, ale też dzisiejsi gówniarze, dla których filmy Almodóvara to punkt wyjścia do „przed dorosłego” buntu.

Z okazji jubileuszu „50-lecia pracy artystycznej” (sic!) w Calzada de Calatrava – rodzinnym mieście filmowca, kobiety z lokalnej społeczności oddały mu niezwykły hołd: wykonały kolorowe dekoracje na balkonach i w oknach domów, a na ławeczkach usadziły kukły przebrane za postaci z jego filmów. Całe miasteczko ozdobiono planszami i transparentami z cytatami z najbardziej znanych produkcji. Na marginesie koniecznie trzeba tu zobaczyć wymalowane „almodórovarowskie” postaci na ścianach monumentalnego elewatora zbożowego (Silo de Calzada de Calatrava). Prawdziwe cudo! Były także oficjalne obchody w stołecznym Madrycie oraz wystawy i przeglądy filmowe w całej Hiszpanii. Jubileusz zaakcentowała nawet słynna nowojorska galeria MoMa (Museum of Modern Art) organizując retrospektywę jego twórczości.

W Polsce zasadniczo nie świętowano (albo informację o tym ukryto), choć „wysyp” spektakli teatralnych w tym roku (Teatr Polonia w Warszawie, Teatr Powszechny w Radomiu oraz omawiany „Café Luna” w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie) można uznać za spóźniony krajowy benefis mistrza kampowego i prowokacyjnego melodramatu.

Już ustaliśmy, że Almodóvar debiutował w połowie lat 70. XX wieku. Jego pierwsze kroki w świecie kina to krótkometrażowe obrazy realizowane w formacie Super 8. Co ciekawe zarówno tematyka jak estetyka tych dzieł już była kampowa, prowokacyjna i queerowa. Na przykład w filmie „Dwie prostytutki, czyli historia miłosna, która kończy się ślubem” (Dos putas, o historia de amor que termina en boda) snuł historię prostytutki, która narzeka, że traci klientów z powodu „wolnej miłości” hippisów, a w „Homenaje” w humorystyczny sposób oddał hołd Marilyn Monroe. W „Rżnij mnie, rżnij mnie, rżnij mnie Tim!” (Folle... folle... fólle me Tim!), bohaterką jest skromna dziewczyna związana z niewidomym muzykiem. Gdy ten robi wielką karierę, ona też traci wzrok. „Urzekła” mnie historia z wczesnego filmu „Seks przychodzi, seks odchodzi” (Sexo va, sexo viene), w której młody chłopak przypadkowo potrąca na ulicy dziewczynę, a ta zaczyna go bić i obrażać. On przewrotnie fascynuje się tym zachowaniem i prosi ją o kolejne spotkania, które mają podobny przebieg. Gdy dziewczyna wyjawia mu, że jest lesbijką, ten by ją jednak zdobyć przebiera się za kobietę, ale w osiągnięciu celu przeszkodzi mu nagła fascynacja… mężczyznami. Za pełnometrażowy debiut Almodóvara uważa się „Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z dzielnicy” (Pepi, Luci, Bom y otras chicas del montón). Zrealizowany w 1980 roku film uchodzi za kultowy w środowiskach punkowych. Rzecz toczy się wokół dziewczyny mszczącej się na policjancie, który ją zgwałcił.

Celowo tak obszernie potraktowałem początki kariery Pedro Almodóvara, by (po)omóc zrozumieć tak charakterystyczną atmosferę i tematykę jego dossier. Żeby pokazać jak bezlitośnie doświadcza swoich bohaterów fundując im w każdym filmie przysłowiową „jazdę bez trzymanki”. To co działo się w tych debiutanckich produkcjach stanowi rdzeń kolejnych dzieł, także tych najbardziej znanych. Gdy zestawimy te najgłośniejsze filmy obok siebie szybko odkryjemy wspólny mianownik – najczęściej ich bohaterkami są kobiety, poddawane wymagającym próbom. Przez mężczyzn, ale przede wszystkim przed podły świat. Spójrzmy choćby na „Kobiety na skraju załamania nerwowego” (Mujeres al borde de un ataque de nervios), „Wszystko o mojej matce” (Todo sobre mi madre), „Volver”, „Kikę”, „Przelotnych kochanków” (Los Amantes pasajeros). Podobne postaci znajdziemy też w ostatnich produkcjach – „Matki równoległe” (Madres paralelas) czy „W pokoju obok” (La habitación de al lado).

Kobiety ze świata filmów Pedro Almodóvara stały się także bohaterkami koszalińskiego spektaklu. Twórcy sięgnęli po tekst Anny Burzyńskiej „Café Luna” z 2016 roku, który z powodzeniem był już inscenizowany na deskach Teatru Miejskiego w Gdyni (reż. Józef Opalski, 2016) oraz (co wspominałem powyżej) zupełnie niedawno w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu (reż. Alina Moś, 2025) oraz w warszawskiej Polonii (jako monodram Anny Sroki-Hryń, reż. Anna Wieczur-Bluszcz, 2025). W połowie grudnia bieżącego roku szykuje się jeszcze jedna premiera w krakowskim Teatrze KTO. Warto przypomnieć, że Burzyńska nie jest tłumaczką tekstów z języka hiszpańskiego, a autorką nowych, oczywiście stworzonych w oparciu o oryginały.

Koszalinianie wyłuskali z dramatu Burzyńskiej jedynie piosenki, rezygnując z dialogów pomiędzy nimi, na co zresztą uzyskali oficjalną zgodę autorki. Zamiast czterech samotnych kobiet (Carmela, Rosita, Bianca i Emma) oraz barmana mamy tu trzy panie, które dzielą się swoimi emocjonalnymi historiami. W przedstawieniu słyszymy 15 piosenek, m.in. z filmów „Wysokie Obcasy” (Tacones lejanos), „Kobiety na skraju załamania nerwowego”, „Złe wychowanie” (La mala educación), „Kwiat mojego sekretu” (La flor de mi secreto), „Porozmawiaj z nią” (Hable con ella), „Kika” oraz „Volver”. Znakomita większość utworów jest niezwykle liryczna, traktująca o tęsknocie albo niespełnieniu, oczywiście w miłosnym rozumieniu. Są także utwory o nieposkromionym ładunku namiętności oraz humoru. Warto zaznaczyć, że teksty Anny Burzyńskiej to niezwykle czuła poezja, czytelna także poza przestrzenią filmów. Burzyńska doskonale rozumie Almodóvara i hiszpańską duszą. Od lat mieszka w Andaluzji, ale dużo pracuje w Polsce. Połączenie albo może bardziej zderzenie obu skrajnie różnych temperamentów udało jej się w pełni.

Zanim rozsunie się kurtyna, na proscenium na tle jej intensywnej czerwieni, nieziemsko liryczna Bernadetta Burszta-Czarnowicz zapyta „Dokąd poszła miłość”. Słowa piosenki z filmowych „Wysokich obcasów” właściwie definiują atmosferę spektaklu. W sumie tematykę także, bo praktycznie każda pieśni jest tu wołaniem o miłość i spełnienie.

Gdy już przekroczymy progi tajemniczej Café Luna pozostaniemy w poetyckim nastroju i usłyszymy „Nic, ciągle nic” z obrazu „Kobiety na skraju załamania nerwowego”. Ten utwór to subtelna ballada w nastrojowym wykonaniu Żanetty Gruszczyńskiej-Ogonowskiej. Na scenie są już kolejene bohaterki, imponując uważnym partnerstwem. Towarzysząca utworowi choreografia pozwoliła poznać charaktery poszczególnych postaci. Mnie zaintrygowało jak kostium zmieniał powtarzane przez wszystkie aktorki taneczne gesty. Inaczej wybrzmiewały w wykonaniu Gruszczyńskiej-Ogonowskiej odzianej w zgrzebną garsonkę, inaczej przez otuloną (sztucznym) futrem Czarnowicz-Bursztę, a jeszcze inaczej Lenarcik-Stenzel w kostiumie nawiązującym do hiszpańskiej ludowizny (chusta).

Kolejny utwór, dynamiczny i pełen humoru, złamał nieco liryczną atmosferę, wprowadzając jednocześnie drobinę przynależnej dla świata Almodóvara frywolności. „Kobiety, kobiety” („Labirynt namiętności”) to muzycznie jeden z najlepszych utworów i potencjalny przebój, co zresztą koszalińska publiczność wyraźnie wyczuła nagradzając świetne wykonanie obfitymi brawami.

Ich równie dużym uznaniem cieszyła się intensywna (tak, to dobre określenie!) interpretacja lirycznego „O mnie myśl” z filmu „Wysokie Obcasy”. Katarzyna Lenarcik-Stenzel zaskoczyła w nim głęboką, niską barwą wokalu. Ach!

„W teatrze” („Kobiety na skraju załamania nerwowego”) to piosenka zgodnie z tytułem odpowiednio dramatyczna. Aktorki BTD znakomicie zinterpretowały intencje zapisane w utworze, nadając mu - śpiewem i gestem - patetycznego charakteru rodem z Piwnicy pod Baranami. Hmmm… Gdyby podobna istniała w Madrycie to musiałaby się nazywać „Piwnicą pod Bykiem”, prawda? Śpiewajaca utwór Lenarcik-Stenzel znów uwiodła publiczność pełnokrwistym hiszpańskim temperamentem.

O miłosnym przeznaczeniu w „Takiej sobie historii” z „Pepi, Lucy, Bom i inne laski z naszej paczki” zaśpiewała Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska, a pozostałe panie świetnie jej towarzyszyły w wykonaniu sylabicznych wokaliz z refrenu. Utworowi towarzyszyła także interakcja z widzami, w której aktorki robiły sobie zdjęcia z widzami. Ciekawie było by zachować te fotografie, tak by w przyszłości móc je wykorzystać w już dojrzałym spektaklu, po uprzednim doposażeniu Café Luna w telewizor. Ot, nieśmiała propozycja.

I znów esencja hiszpańskiej (nie tylko) muzycznej duszy i piękne „Wspomnienie” ze słynnego „Volvera”, i znów prawdziwie iberyjski festiwal Katarzyny Lenarcik-Stenzel.

Kolejna pieśń, znacznie lżejsza i żartobliwa „Modlitwa” z „Kwiatu mojego sekretu” rozbawiła publiczności i wciągnęła ją w osobliwą grę. Dla niewtajemniczonych to te słowa: „Panie Boże daj proszę faceta, choć jednego nam ześlij tej nocy albo trzech jakby byli na składzie, nie odmawiaj kobietom pomocy, nie odmawiaj kobietom w potrzebie”. Ten utwór, obok wspomnianego liryzmu, to kolejna definicja filmowego stylu Almodóvara. Koszalińskie aktorki poradziły sobie z tą pieśnią z dużym dystansem, a przy tym niezwykłą wokalną sprawnością.

Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska w „Poczekam na Ciebie w niebie” („Matador”) przywróciła klimaty miłosnego melodramatu. Taaak! W tym „kostiumie” jej wyjątkowo do twarzy – wspaniała interpretacja.

I znów złamanie tematu i atmosfery – pełen humoru i oczywiście namiętności utwór „Zwiąż mnie” z filmu o tym samym tytule. To ponownie pokaz zgody i siły kobiecego trio. W tym utworze ponownie udało się „wplątać” w akcje widzów. Ku ich zadowoleniu i radosnym wtórowaniu prostych wokaliz z refrenu (lalalalalalala). Po tym utworze aktorki obgadały i nieco zbeształy widzów. Serio! Na szczęście po hiszpańsku i z przewrotną zadziornością oraz humorem. Rewelacyjna scena! Szczerze się uśmiałem.

Liryczna siła Bernadetty Czarnowicz-Burszty znów błysnęła w „Nie opuszczaj mnie z „Prawa pożądania”. To chyba najsmutniejszy utwór spektaklu, przy tym zaśpiewany z niesłychaną czułością. Wspaniałości!

Utwór „Cucurrucucu, gołąbku” z filmu „Porozmawiaj z nią” był kolejnym muzycznym brylantem wyśpiewanym przez Katarzynę Lenarcik-Stenzel. Charakterystyczny refren w jej wykonaniu powodował, że kilkukrotnie moje ciało przeszły ciarki. Wokalna wirtuozeria!

Piosenka „Morze”, która zdobiła obraz „Pośród ciemności” znów pozwoliła Bursztcie-Czarnowicz otulić publiczność muzyczną czułością. To klimaty, w których aktorka znakomicie się odnajduje.

I czas na finał – tytułowa „Café Luna”. Piękny to utwór, pięknie wyśpiewany przez Gruszczyńską-Ogonowską. W oryginale Café Luna to lokal podupadły, a w Koszalinie… już upadły. Jednak mowa nie o randze, ale pewnej metafizyczności. Podczas wykonywania utworu bohaterki przykrywają hokery i bar białym tiulem, co wskazuje na to, że przybytek od dawna jest nieczynny. Dzwoniącego telefonu nikt już nie odbierze… Zatem czy one istniały? Nie zeszły z taśmy filmowej na scenę? Były mirażem, duchami, wspomnieniem? To przydaje spektaklowi intrygującej tajemnicy i oniryczności. Mimo to smutek i ból niespełnionych albo utraconych miłości pozostaje w sercach widzów. Może to było paliwem wykorzystywanych podczas przedstawienia wytwornic dymu?

Autorem nowych aranżacji jest Maciej Osada-Sobczyński. To znakomity koszaliński pianista, kompozytor, aranżer, autor tekstów oraz pedagog. Na swoim koncie ma kilkadziesiąt kompozycji dla teatru, w tym do znakomitej większości produkcji Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie. To właśnie Osada-Sobczyński odpowiada za kształt przebojowych muzycznych produkcji tej sceny. To doświadczenie jest równe pełnemu zaufaniu, ale także wyczuciu i znajomości wokalnych możliwości śpiewających aktorów. To słychać w każdym jego spektaklu, także w „Café Luna”. Jego aranżacje to popis wrażliwości, nie tylko muzycznej, ale także tej wynikającej ze znajomości i zrozumienia sedna opowieści. Porównując jego utwory z tymi z płyty Anny Sroki-Hryń w aranżacji Mateusza Dębski do spektaklu w Teatrze Polonia w Warszawie dostrzegam znacznie więcej subtelności. Jego muzyka jest spokojniejsza, czulsza, znacznie subtelniejsza. Choć obecny jest syntetyczny podkład, to w pierwszym planie i tak silnie wybrzmiewają szlachetne dźwięki fortepianu (pianoli). To właśnie one budują atmosferę i napięcie koszalińskiego przedstawienia. Osada-Sobczyński jest obecny także na scenie, zasiada przy instrumencie w drugim planie sceny oświetlony delikatnym strumieniem światła. Mimo to można dostrzec jak wiele radości sprawia mu udział w tym przedsięwzięciu, zdradza to jego mimika oraz błysk w oku konkurujący czasami z ledowymi reflektorami. Mam nadzieję, że utwory z koszalińskiej „Café Luna” zostaną zarejestrowane i wydane na płycie. Brawo!

Tytułowa „Café Luna” to na scenie BTD przestrzeń kameralna i skromna. Na horyzoncie żarzy się neon z nazwa lokalu. Z teatralnego mroku wyłania się jedynie bryła prostego baru. Przy nim trzy wysokie krzesła, a w krawędzi okna scenicznego okrągły podest – scena. Nic więcej. Jednak tak charakterystyczny koloryt znany z filmów hiszpańskiego filmowego wirtuoza wprowadzają… kostiumy. Wspominałem już o ich roli w interpretacji scenicznego ruchu. Tym razem to intensywne barwy kostiumów „robią robotę”. Wystarczy spojrzeć na fotografie Izabelli Rogowskiej, której udało się te kolory znakomicie uchwycić. Autorką scenografii oraz kostiumów jest niezwodna Beata Jasionek.

Mimo to zabrakło mi znanego z filmów przerysowania czy ekstrawagancji. Zabrakło mi kampowego sztafażu. Zabrakło mi tego charakterystycznego dla świata Almodóvara queerowego charakteru. Choćby w jakimś zarysowaniu, choćby w formie żartu. Przecież nawet niektóre kobiety w jego filmach wyglądają jak Drag Queen. Tu nawet makijaż aktorek nie jest wyzywający. Jednocześnie zastanawiam się, czy gdyby koszalińska „Café Luna” była tak almodovorowska to czy tak wybrzmiałby misternie zbudowany liryzm i poetyka zawiedzionej miłości. Stoję w potężnym rozkroku w ocenie tego teatralnego zabiegu. Odpowiedź pozostawiam widzom.

Podobnie wątpliwości mam względem choreografii. Ruch sceniczny opracował Arkadiusz Buszko. Struktura spektaklu, czyli 15 piosenek następujących po sobie bez przerywników w postaci dialogów albo scen odwracających od ruchu uwagę, zdradziła schematyczność budowania poszczególnych sekwencji. Niemal każda piosenka zaczyna się i kończy przy barze. Aktorki stamtąd wychodzą do wykonania piosenki i tam rzecz kończą. Powtarzalny schemat widoczny jest także w układach towarzyszących poszczególnym utworom, w których zazwyczaj dwie z aktorek tworzą tło dla wiodącej w danym utworze (śpiewającej). Być może wraz z dojrzewaniem spektaklu te sekwencje zyskają elastyczniejsze połączenia, póki co ten formalizm nieco przeszkadza.

„Café Luna” to muzyczna podróż po wielu krainach emocji. Jest lirycznie i poetycko. Jest subtelnie i drapieżnie. Jest o namiętności i tęsknocie. Jest o miłości i odrzuceniu. Jest o bliskości i czekaniu na bliskość.

Nie, ten spektakl nie jest przestrogą, nie jest edukacyjną metaforą z mądrym morałem. Bo przecież poszukiwanie miłości leży w ludzkiej naturze. Próbujemy do skutku… Szukamy. Często się mylimy. Znów szukamy… To rzecz o każdym z nas. To rzecz dla każdego z nas.

Czy historie z filmów Pedro Almodóvara to fikcja, artystyczna kreacja czy sceny z życia wzięte? Tak, tak! Z Życia! Tylko u niego nieco to życie podkręcone i ekstrawagancko podkolorowane. Po koszalińskim spektaklu każdy może swoje właśnie podkręcić i podkolorować.

Tytuł oryginalny

Café Luna

Źródło:

Teksty Źródłowe
Link do źródła

Sprawdź także