30.08.2021, 10:35 Wersja do druku

Być głosem autora

Tekst jest dla autora czymś bardzo osobistym. Kiedy pracuję nad tłumaczeniem, staram się stworzyć z autorem relację współpracy opartą na wzajemnym zaufaniu. Autor wówczas otwiera się na mnie jako tłumaczkę, a ja coraz bardziej otwieram się na tekst, coraz głębiej go rozumiem, wkraczam w intymny świat przeżyć autora” – z Jolantą Jarmołowicz, tłumaczką węgierskich sztuk teatralnych, rozmawiała Aldona Szczygieł-Kaszuba na portalu nowesztuki.pl.

fot. Telemann DeKaDeEs/mat. CSD

Aldona Szczygieł-Kaszuba: Skąd w pani życiu wzięły się Węgry i język węgierski?

Jolanta Jarmołowicz: Widzę w tym bardzo pozytywne zrządzenie losu. Pochodzę z Olsztyna. Jako licealistka zostałam zaproszona do amatorskiego zespołu muzycznego Arabeska. Był to zespół harcerski, składał się z chórku dziewczęcego, który trochę naśladował Alibabki, oraz z chłopców grających na gitarach i perkusji. Zostaliśmy zaproszeni na letni festiwal na Węgry, do Egeru. To był przełom lat 60. i 70. Wprawdzie Olsztyn jest cudownym miastem, pięknie położonym, z zabytkami, ale Węgry zachwyciły mnie zupełnie. Kiedy pojawiliśmy się w Egerze, było dojrzałe lato. Zobaczyliśmy wspaniałe rynki z cudownymi owocami, piękne drzewa, mnóstwo brzoskwiń, wspaniałe, energetyczne kolory. Bardzo, ale to bardzo spodobał mi się język, urzekło otoczenie. Przed wyjazdem kierownik zespołu, druh Janusz Laddy, poprosił mnie, żebym poprowadziła konferansjerkę po węgiersku. Skontaktowałam się z Węgrami, którzy studiowali w Olsztynie na Wydziale Rybactwa Śródlądowego, aby nauczyli mnie węgierskiej wymowy. Stałam na scenie z przekonaniem, że mówię po węgiersku i że publiczność mnie rozumie (śmiech). Na takie rzeczy można sobie pozwolić tylko wtedy, gdy jest się bardzo młodym.

Po powrocie byłam tak zafascynowana Węgrami, że zaczęłam z pasją czytać literaturę węgierską i wszystko o tym kraju, co było dostępne w Polsce. Kiedy przyszło do wyboru studiów, wybrałam hungarystykę. Wtedy była tylko jedna, w Warszawie, siedemnaście osób na jedno miejsce. Ta popularność wynikała z sukcesów węgierskich zespołów rockowych – Omegi i Locomotivu GT, do tego Węgry wydawały się nam jeśli nie pół-Zachodem, to ćwierć-Zachodem. Były inne, kolorowe. Dostałam się na hungarystykę. To były fantastyczne studia, z fantastycznymi ludźmi. Prawie wszyscy z mojego roku zostali w zawodzie – są tłumaczami, dyplomatami, pracownikami węgierskich i polskich firm. Jestem wdzięczna losowi, że trafiłam na Węgry i wybrałam język węgierski. Nie dość, że poznałam i ciągle poznaję przebogatą kulturę węgierską, to jeszcze miałam szczęście poznać elitę intelektualną i artystyczną Europy Środkowej. Zaczęło się od zespołu harcerskiego, a doszło do tego, że poznałam najciekawszych pisarzy, ludzi teatru, muzyków i malarzy z tego kraju. Kontakt z takimi autorami jak György Spiró, István Tasnádi, János Háy, András Forgách, Ákos Németh, Kornél Mundruczó, Dóra Gimesi, Borbála Szabó, Kata Wéber to rzecz nie do przecenienia.

Można powiedzieć, że miłość do Węgier była miłością od pierwszego wejrzenia.

I trwa do teraz. Staram się zarażać nią moje otoczenie (śmiech).

Czy pani zainteresowanie dramatem wzięło się z zamiłowania do teatru?

Tak, absolutnie tak. Kiedy byłam dzieckiem, a było to bardzo dawno temu (śmiech), istotną rolę dla olsztynian odgrywał lalkowy teatr dla dzieci Czerwony Kapturek (obecna nazwa to Olsztyński Teatr Lalek). Jako bardzo mały szkrab zaczęłam chodzić do tego teatru, a przedstawienia musiały wywierać na mnie duże wrażenie, bo niektóre z nich do dziś pozostały w mojej pamięci. Pamiętam też piosenkę o Liczyrzepie i to, jak z aktorami wędrowaliśmy przez korytarze teatru. Co ciekawe, przez kilka lat kierownikiem muzycznym był tam mój przyszły teść, Włodzimierz Jarmołowicz, a mój szwagier Włodzimierz Jarmołowicz junior pisał muzykę do spektakli w teatrach lalkowych. Bardzo lubiłam teatr, najpierw lalkowy, a później też dramatyczny. Oglądałam wszystkie przedstawienia w Teatrze Jaracza w Olsztynie. Niezapomniane wrażenie wywarły na mnie spektakle Olsztyńskiej Pantomimy, którą kierował Bohdan Głuszczak. W liceum jeździliśmy też na spektakle do Warszawy, do Teatru Narodowego. Były to czasy, kiedy Adam Hanuszkiewicz reżyserował „Balladynę”, „Kordiana”, „Beniowskiego”. Wciąż mam te przedstawienia przed oczami. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że moje zainteresowanie dramatem wynika z podziwu i szacunku dla aktorów i dla twórców teatru.

Czyli wybór dramatu nie był przypadkową decyzją.

Dramat jest absolutnie wybraną przeze mnie formą literacką. Już w czasie studiów było dla mnie jasne, że chciałabym tłumaczyć dramat. Może dlatego, że bardzo lubię dialog (śmiech). Sprawia mi dużą przyjemność tłumaczenie wypowiedzi postaci, a przy tym łatwiej mi wczuć się w charakter osób dramatu niż przetłumaczyć epicki opis. Tłumaczy prozy porównałabym do malarzy, którzy potrafią odtworzyć jakąś rzeczywistość, malując ją słowami, a tłumacze dramatu to raczej muzycy, którzy starają się, aby wypowiadane kwestie nie zabrzmiały sztucznie ani fałszywie.

Wydaje mi się to trudniejsze, bo trzeba odtworzyć charaktery postaci, które objawiają się w dramacie – siłą rzeczy – w języku.

Staram się każdą postać szczegółowo przeanalizować i określić rejestr językowy, w którym się wypowiada. Dobieram styl i język wypowiedzi tak, aby po przeniesieniu z tekstu węgierskiego do polskiego wywoływała u odbiorcy podobne odczucia, jakie budziła w odbiorcy oryginału. To bardzo ciekawe zadanie, trochę związane z psychologią, i sprawia mi większą przyjemność niż tłumaczenie prozy.

Czy sama pani wybiera sztuki do tłumaczenia?

Raczej tak, ale tłumaczę też na zamówienie teatrów i festiwali. Z wieloma autorami pracuję od dawna i sami przysyłają mi swoje nowe dzieła. Stale też poszukuję nowych twórców. Kiedy już wybiorę dramat do tłumaczenia, staram się poznać prace danego dramatopisarza, również te niedramatyczne. Wybrana sztuka musi mieć w sobie coś oryginalnego, co do mnie przemówi, co mnie zaintryguje. Z satysfakcją nieraz stwierdzałam, że instynkt mnie nie zawiódł, kiedy wybrane przeze mnie i wcześniej przetłumaczone do szuflady sztuki otrzymywały na Węgrzech tytuł najlepszego tekstu sezonu. Zanim zabiorę się do przekładu, muszę też poczuć, że mam szansę zmierzyć się z dramatem, że uchwycę rzeczywistość, która jest ukryta w słowach i zdołam przełożyć ją na język polski.

Czy konsultuje Pani przekład z autorem?

Jako tłumaczka bardzo mocno stawiam na współpracę z autorem, ale nie zadręczam go pytaniami. Staram się nie być tłumaczką zbyt pewną siebie, przeświadczoną, że wszystko rozumiem i wiem, bo bardzo łatwo o pomyłkę. Dobra znajomość języka to podstawa, ale tłumacz musi też mieć nosa do podtekstów i aluzji, ukrytych pod pierwszą, a nawet drugą warstwą tekstu. Wiadomo, że często zawarte są tam odniesienia do osobistych przeżyć czy tzw. cytaty erudycyjne. Kiedy wyczuwam, że w tekście jest coś intrygującego – czego do końca nie rozumiem – szukam pomocy u znajomych Węgrów, pytam, jak oni to odbierają. Staram się, aby to były osoby w różnym wieku, kobiety i mężczyźni. Czasem mówią mi, że niepotrzebnie doszukuję się drugiego dna i szybko podają rozwiązania. Jeśli jednak nadal jakiś fragment nie daje mi spokoju, wówczas konsultuję go z autorem. Wielokrotnie zdarzyło się, że miałam rację, korzystając z podpowiedzi autora, że konsultacja była konieczna, bo na przykład w tekście zdarzył się przypadkowy błąd w druku, który całkowicie zmieniał znaczenie.

Czyli pokora tłumacza, głęboki szacunek dla tekstu i autora przynoszą owoce.

Szacunek dla autora i jego dzieła stawiam na pierwszym miejscu. Grupa autorów, których tłumaczę, jest już spora i obejmuje trzy pokolenia twórców. Od Györgya Spiró po dramaturgów młodego pokolenia. Tekst jest dla autora czymś bardzo osobistym. Kiedy pracuję nad tłumaczeniem, staram się stworzyć z autorem relację współpracy opartą na wzajemnym zaufaniu. Autor wówczas otwiera się na mnie jako tłumaczkę, a ja coraz bardziej otwieram się na tekst, coraz głębiej go rozumiem, wkraczam w intymny świat przeżyć autora. Bardzo dużo się uczę od tych wspaniałych osób. Odkrywanie świata autora i stworzonych przez niego postaci dramatu sprawia mi ogromną przyjemność. Często poznaję dzięki temu takie obszary rzeczywistości, do których sama nigdy bym nie dotarła. Dotyczy to także obszarów językowych.

Ze wszystkimi autorami mam dobry kontakt. Dzięki temu, że ich znam – zwłaszcza tych, których tłumaczyłam wielokrotnie – wyczuwam, co chcą przekazać. To ułatwia mi pracę.

Bardzo mocno stawiam na kontakt z twórcami. Dlatego tłumaczę głównie autorów żyjących (śmiech). To procentuje, a poza tym autor jest spokojny, czuje, że dbam o jego tekst i szanuję jego pracę.

fot. mat. teatru

Uważam, że tłumacz powinien dążyć do tego, aby jak najwięcej przenieść z tekstu oryginalnego do języka przekładu, oraz zrobić wszystko, aby jak najlepiej i jak najuczciwiej zaprezentować dzieło autora.

Jako tłumaczka mam nabytą, dzięki doświadczeniu, chyba dobrą cechę: nie tłumaczę za wszelką cenę, potrafię już dla dobra tekstu zrezygnować z ryzykownej zabawy słowem i poprosić o pomoc osoby, które zrobią to lepiej. Zaczęło się od tłumaczenia wierszowanych fragmentów „Fedry fitness” Istvána Tasnádiego. Każdy z nich był napisany w innym rytmie i w innym stylu, od przyśpiewki przez rap do trzynastozgłoskowca. Próbę podjęłam, ale w pewnym momencie poczułam, że sobie nie poradzę. Byłam już na tyle dojrzałą tłumaczką, że zrozumiałam, iż warto najzwyczajniej odpuścić i podzielić się przyjemnością tłumaczenia z kimś, kto zrobi to ciekawiej i lepiej niż ja. Od tej pory, jeśli w tekście dramatu są partie pisane wierszem, songi lub piosenki, zapraszam do współpracy poetę i tłumacza, Jerzego Czecha, albo jego syna, Adama Czecha. Sama, oczywiście, też podpowiadam, tworzę podstawy tłumaczenia, ale to oni nadają tekstowi poetycką formę.

Przez wiele lat uczyła pani przekładu artystycznego na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Czy ma pani swój dekalog tłumacza, zbiór zasad, które stara się pani przekazać studentom?

Dydaktyka to moja pasja. Jestem już na emeryturze, ale ten czas, który spędziłam, ucząc – i węgierskiego, i przekładu – był czymś cudownym. Na zajęciach z przekładu studenci zaczynali rozumieć, po co uczą się węgierskiego. Widzieli, że mogą odkrywać ten język i wreszcie w praktyce zastosować swoją wiedzę. Często tłumaczyliśmy dramaty. Zawsze zależało mi, aby studenci nie poprzestawali na pierwszej wersji, aby nie zaglądali od razu do słownika, aby najpierw zbudowali w swojej wyobraźni świat przedstawiony w utworze, aby wyobrazili sobie sytuacje, wczuli się w postaci. A przede wszystkim, aby mieli świadomość, że pracują w bardzo delikatnej materii, że to od nich zależy, jak zabrzmi czyjś utwór w innym języku, że są głosem AUTORA.

Z tłumaczeniem jest trochę tak jak ze śpiewem czy grą na instrumencie – ważny jest wkład pracy, ale musi też być pewien dar, po prostu trochę talentu i predyspozycje do tego rodzaju pracy. Nazywam to temperamentem tłumacza. Chodzi o to, żeby uparcie szukać najadekwatniejszych słów, zwrotów, żeby nie wstydzić się pytać, dociekać, sprawdzić w dziesięciu słownikach, a nie poprzestawać na pierwszej wersji, jaka przyjdzie do głowy. Tłumaczenie to musi być proces, tropienie, szukanie najlepszych rozwiązań.

Czytając przetłumaczone przez panią sztuki dla młodzieży, myślałam o tym, że pani stały kontakt z młodymi ludźmi jest kluczem do tłumaczenia tych sztuk. W ciągu prawie trzydziestu lat pracy dydaktycznej towarzyszyła pani studentom i była świadkiem, jak pokolenia się zmieniają.

Tak. A teraz mam czworo wnucząt – od piątego do czternastego roku życia, więc nadal pozostaję z młodymi w kontakcie (śmiech). Bardzo ważnym przedsięwzięciem, które zrealizowałam we współpracy z moimi studentami, a właściwie już absolwentami hungarystyki, było przetłumaczenie trzech węgierskich sztuk dla młodzieży: „Sklep internetowy” Ákosa Németha, „Cyber Cyrano” Istvána Tasnádiego i „Most nad doliną” Jánosa Háya, które złożyły się na zbiór „Młodzi Węgrzy Online” wydany przez Agencję Dramatu i Teatru „ADiT” w 2013 r. Moi współpracownicy: Sylwia Bogdańska, Miłosz Cybula i Iga Nowak to bardzo zdolne osoby. Po studiach podjęli pracę w biznesie, brakowało im literatury, więc z chęcią przystali na moją propozycję. Wstawaliśmy o szóstej rano, przed ich pracą, i tłumaczyliśmy. Były to bardzo przyjemne i twórcze spotkania.

Wymyśliłam ten rodzaj współpracy, by stworzyć w tych dramatach autentyczny język młodzieży. Staram się zawsze poznać język postaci, czytając odpowiednie teksty w internecie, na forach społecznościowych, przeglądając słowniki młodzieżowe. Ale kontakt z młodym człowiekiem, który posługuje się tym językiem i słyszy go na co dzień, np. u swojego rodzeństwa, naprawdę dużo znaczy i daje lepszy efekt.

Uważam, że pani pomysł wspaniale się sprawdził.

Tak, jestem bardzo zadowolona. Zwłaszcza że sztuki te były wystawiane lub czytane w teatrach w Białymstoku, Gnieźnie, Toruniu, Poznaniu i Warszawie.

W polskim teatrze jest luka młodzieżowa. Pokutuje stereotyp, że teatry lalek wystawiają sztuki dla dzieci, teatry dramatyczne dla dorosłych. Natomiast z młodzieżą jest kłopot. Mimo działalności Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu wydającego od lat „Nowe Sztuki dla Dzieci i Młodzieży” na scenach wciąż odczuwamy brak tekstów dla tej grupy odbiorczej. Pozostaje pytanie, które teatry mają sztuki dla młodzieży wystawiać – czy te „dla dzieci”, czy te „dla dorosłych”. A jak wygląda sprawa dramatu i teatru dla młodzieży na Węgrzech?

W Budapeszcie są dwa bardzo znaczące teatry tworzące dla dzieci i młodzieży – Budapest Bábszínház (Teatr Lalek Budapeszt) i Kolibri Színház (Teatr Koliber). Ten ostatni można uznać za jedno z najważniejszych centrów pedagogiki teatralnej na Węgrzech. Od 2002 r. prowadzi zajęcia z dziećmi i młodzieżą oraz tworzy przedstawienia dla widzów w wieku od kilku miesięcy do osiemnastu lat, starając się znaleźć odpowiedni repertuar dla każdej grupy wiekowej. Podobnie jest w Budapest Bábszínház. Poza stolicą też działają bardzo interesujące zespoły.

Na podstawie moich doświadczeń mogę powiedzieć, że na Węgrzech teatry dla dzieci i młodzieży są doceniane przez widzów i krytyków. Są też bardzo dobrze zarządzane. Kiedy poszukiwałam ciekawych współczesnych węgierskich sztuk dla dzieci i młodzieży, w repertuarze Kolibri Színház od razu znalazłam trzy autorstwa znanych, wybitnych twórców. Dyrekcja tego teatru bardzo o to dba, co jakiś czas ogłasza konkurs i zaprasza świetnych autorów do współpracy.

To rzeczywiście jest niezwykła dbałość.

Z teatrami dla dzieci i młodzieży współpracują cenieni węgierscy twórcy. János Háy, popularny prozaik, dramaturg i poeta, zainspirowany historią Ireny Sendlerowej napisał dla Budapest Bábszínház piękny tekst „Córka tatusia”. Muzykę do spektaklu skomponował Gábor Presser – lider zespołu Locomotiv GT. Ceniony dramatopisarz i prozaik, István Tasnádi, cały czas pisze dla Kolibri Színház, podobnie Ákos Németh. Sztuki dla młodych widzów reżyserują wybitni artyści, np. w Budapest Bábszínház często pracuje Tamás Ascher, który od lat jest czołowym reżyserem Katona József Színház (Teatru im. Józsefa Katony) w Budapeszcie. Teatry węgierskie tworząc dla młodzieży, nie uciekają od poważnych tematów. Dramatopisarze szybko reagują na rzeczywistość, poruszają aktualne i trudne problemy, np. sprawę uchodźców, uzależnień, przemocy, niepełnosprawności. Kilka lat temu, kiedy tysiące uchodźców koczowało przed Dworcem Keleti w Budapeszcie, Tasnádi napisał przejmującą sztukę pt. „Podwójna gra”, która pokazuje ten problem w sposób bliski młodym ludziom.

Skupiłam się tylko na dwóch teatrach, ale chcę podkreślić, że teatry dramatyczne również mają w swoim repertuarze przedstawienia dla dzieci i młodzieży. Teatr dla młodych widzów jest na Węgrzech traktowany bardzo poważnie.

Do jego rozwoju przyczynia się niezwykła praca pedagogów teatralnych. Jest nawet taki kierunek studiów – pedagogika teatralna. W węgierskich teatrach są to bardzo ważne osoby. Dyrektor artystyczny wybiera sztukę, ale to pedagog teatralny sprawia, że spektakl utrzymuje się w repertuarze. Po przedstawieniach prowadzone są rozmowy i warsztaty. Poruszane są ważne, trudne, aktualne tematy, np. narkotyki, przemoc domowa i wśród rówieśników, negatywne i pozytywne działanie internetu, nacjonalizm, uchodźcy. Rola pedagoga jest jedną z naczelnych ról w teatrze dla dzieci i młodzieży. Młodzi ludzie w sposób emocjonalny odbierają spektakl, a pedagog potem z nimi to przepracowuje.

Na sukces albo klęskę spektaklu składa się łańcuch ludzi: autor, tłumacz, reżyser, kompozytor, scenograf, kostiumograf, aktorzy i do tego łańcucha dołącza pedagog teatralny.

To ciekawe, co pani mówi, bo w Polsce pedagog teatru nie ma takiego statusu, wciąż jeszcze toczy się o to walka.

A powinien mieć, bo młodzieży trzeba pomóc w odbiorze teatru. To bardzo piękny i potrzebny zawód. Tłumacz przekłada tekst i na tym kończy się jego praca, reżyser podobnie – na premierze oddaje skończone dzieło. I tu pozostaje otwarta furtka dla kolejnego twórcy, pedagoga-przewodnika, który zajmuje się sercem i duszą odbiorców i pomaga zrozumieć spektakl.

Jeszcze nigdy nie słyszałam tak pięknej definicji pedagoga teatralnego. Jest mi to bardzo bliskie, dlatego cieszę się, że tak Pani widzi jego rolę. Myślę, że na bazie przeżycia historii bohaterów można wiele wypracować – pomóc młodym ludziom dostrzec pewne rzeczy w sobie i w otoczeniu, których nie zauważali, lub pomóc w rozwiązaniu spraw, z którymi mają problem.

Tak. Dużym przeżyciem był dla mnie „Most nad doliną” Jánosa Háya, sztuka grana w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie. Wprawdzie jest adresowana do starszej młodzieży, ale według mnie powinni ją obejrzeć również rodzice. Autor podczas rozmowy z widzami po spektaklu opowiadał, że zadzwonił do niego nieznajomy mężczyzna i powiedział: „Pan wykorzystuje moje nieszczęście. Pan dosłownie cytuje słowa z mojego życia”. Okazało się, że był to ojciec dziewczyny, która zginęła. Háya zainspirowało do napisania dramatu wydarzenie, o którym dowiedział się z mediów. Autor na tyle wczuł się w sytuację, że ojciec miał wrażenie, iż w teatrze dosłownie przytacza się słowa z tragicznej historii, która wydarzyła się w jego rodzinie.

Sztuki w zbiorze „Młodzi Węgrzy Online” czy „Babette kłamie” w „Nowych Sztukach dla Dzieci i Młodzieży” podejmują trudne tematy. Właściwie każda z nich to w jakimś stopniu tragedia. Tragedia młodych ludzi. Nie zawsze tak ewidentna, jak w zakończeniu „Mostu nad doliną”, ale w „Babette kłamie” niedopowiedzenie w finale sztuki jest bardzo przejmujące.

Ma Pani rację, że te sztuki dla młodzieży są w większości wstrząsające. W moim odczuciu zawsze w tle tych tragedii młodych ludzi jest toksyczna rodzina lub brak rodziny. Dlatego właśnie uważam, że są to sztuki nie tylko dla młodzieży, ale i dla dorosłych, dla rodziców, opiekunów.

Zastanawiam się, czy ciężar tematyki tych dramatów nie jest powodem, przez który teatry boją się po nie sięgać.

W pewnym stopniu to rozumiem. Tak wiele dzieje się dookoła złych rzeczy, niezależnych od nas, że spędzenie czasu w teatrze na spektaklu ciężkim, przejmującym i niepoprawiającym nastroju nie zawsze jest łatwym wyborem. Dlatego niezbędna okazuje się rozmowa po spektaklu właśnie z pedagogiem teatralnym i z twórcami.

Czytając te sztuki, przypominałam sobie własne dorastanie. Byłam wrażliwą nastolatką, z idealną wizją świata. Chociaż widziałam rzeczy trudne, cierpienie i sama ich doświadczałam, to jednak żyłam przekonaniem, że świat jest dobry. Myślę, że wśród młodzieży są osoby, które myślą podobnie do mnie, i dla nich może to być szok, ale są też takie, które na co dzień doświadczają trudnej rzeczywistości w podobny sposób jak bohaterowie tych dramatów. I może właśnie dla nich te sztuki miałyby wymiar terapeutyczny.

Byłam na wspomnianym już spektaklu „Most nad doliną” w teatrze w Gnieźnie, na który przyszła grupa chłopców, mniej więcej w wieku bohaterów sztuki, z opiekunem. Domyślałam się, że mogą być z domu dziecka lub z zakładu wychowawczego. Usiedli akurat w rzędzie przede mną. Podczas rozmowy po spektaklu mikrofon wędrował po widowni z rąk do rąk, aż trafił też do chłopca, który siedział tuż przede mną. Nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Koledzy zachęcali go: „Powiedz tylko, co czujesz”. Wtedy z tego nastolatka wydobył się szloch. Szybko wstał i wyszedł. Poszłam za nim i starałam się z nim porozmawiać. „Bardzo to przeżyłeś…” – powiedziałam. „Tak” – odpowiedział. „Bo jestem pierwszy raz w życiu w teatrze i widzę siebie”. Wtedy zobaczyłam, jaki to miało sens, że dyrekcja gnieźnieńskiego teatru zdecydowała się tę trudną sztukę o dorastaniu pokazać młodzieży. Nie chcę tego nazywać wielkimi słowami, jak katharsis, ale było to wielkie przeżycie dla tych chłopców. Zadziałała moc teatru. Po tej sztuce były też warsztaty z psychologiem.

Wspomniane wcześniej dramaty pokazują problemy, które są bliskie chyba każdemu dorastającemu człowiekowi: mierzenie się ze światem, próba dostosowania się a jednocześnie bunt, próba określenia swojej tożsamości, porównywanie się z rówieśnikami. To jest coś, co każdego dotyczy w tym wieku i właściwie w każdym z tych tekstów dla młodzieży jest obecne.

Mogę tylko dodać, że autorzy, kiedy pisali te sztuki, mieli dzieci w wieku bohaterów, i myślę, że to jeszcze wzmocniło ich wrażliwość na problemy młodych.

Czasem słyszę oburzenie dorosłych, że w sztukach dla młodzieży padają tzw. brzydkie słowa. Co pani o tym myśli?

Jeśli słyszę zarzut, że język jest zbyt wulgarny, podpieram się Howardem Barkerem, teoretykiem teatru, który mówi, że słowa emocjonalne są niezastąpione. Mają w sobie ładunek strachu, przerażenia, buntu, a to uczucia typowe dla młodych ludzi, którzy wyrywają się spod skrzydeł rodziców. Uważam, że jeśli autor przedstawia scenę pełnej emocji dyskusji w internacie i chce, aby zabrzmiała ona autentycznie, a nie w rodzaju: „Kolego, bądź tak dobry i podaj mi z łaski swojej książkę” (śmiech), to musi użyć słów emocjonalnych.

Wiele z dramatów przez panią przetłumaczonych zostało wystawionych w teatrach. Czy dla pani, jako autorki polskiego przekładu, premiera jest dużym przeżyciem?

W jakimś sensie czuję, że przyłożyłam do tego swoją cegiełkę. Jednak to autor stworzył utwór, ja jestem tylko medium, polskim głosem autora. Oczywiście, przeżywam premierę, ale trochę mniej niż autorzy. Zdarzyło mi się kilka razy siedzieć na premierze przy autorach i czułam, jak drżą z emocji, jeszcze zanim podniosła się kurtyna (śmiech). To niesamowite przeżycie dla dramatopisarza, kiedy widzi swoje dzieło na scenie, a co dopiero za granicą, w innym języku.

Dramat jest po to, żeby był wystawiany na scenie. Nie zastąpi go nawet pięknie zrobione czytanie performatywne.

Jest pani niestrudzoną propagatorką i ambasadorką węgierskiego dramatu w Polsce. Ale wiem też, że nad tym, aby daną sztuką zainteresował się teatr czy reżyser, również trzeba pracować.

Naprawdę trzeba dużo uporu i wytrwałości, żeby dotrzeć do dyrektorów teatrów. Oczywiście, w promowaniu sztuk węgierskich pomaga Instytut Węgierski, pomaga ADiT, ale to wciąż za mało. Cieszyłabym się bardzo, gdyby teatry chciały wystawiać współczesne dramaty węgierskie. Jedno jest pewne – tłumacząc te sztuki, robię przyjemność także sobie.

Myślę, że to, co od lat robi Centrum Sztuki Dziecka i pan Zbigniew Rudziński, przybliżając polskim odbiorcom sztuki z zagranicy, m.in. węgierskie, to rzecz niezwykła. Zainspirowana tą działalnością i „Nowymi Sztukami dla Dzieci i Młodzieży” zachęciłam Patrícię Pászt, wybitną tłumaczkę polskiego dramatu na język węgierski, aby przetłumaczyła na węgierski wybór polskich współczesnych sztuk dla dzieci i młodzieży, który konsultowała w Polsce z panem Rudzińskim. Właśnie w maju tego roku ukazała się na Węgrzech antologia polskich sztuk dla dzieci. Jest to dla mnie ogromna radość, bo czuję się w pewnym sensie matką chrzestną tego pomysłu. Teraz Patrícia będzie pracowała nad kolejnym tomem, będą to sztuki dla młodzieży.

Ja mam plan przekładowy odwrotny – czyli opracowanie i przetłumaczenie na język polski wyboru węgierskich sztuk dla dzieci i młodzieży. Chciałabym zaprosić do współpracy młodych tłumaczy, jak to zrobiłam w zbiorze „Młodzi Węgrzy Online”.

Już jestem fanką tego pomysłu i trzymam kciuki.

Dziękuję. Mam nadzieję, że nic nie stanie nam na przeszkodzie.

A jakie jeszcze ma pani plany zawodowe na najbliższą przyszłość?

Chciałabym promować kobiety, wspaniałe, bardzo utalentowane dramatopisarki węgierskie. Na początek trzy. Dórę Gimesi, autorkę „Siobajki”, która jest dramaturżką w teatrze lalek, pisze dla dzieci, tworzy scenariusze filmowe. Borbálę Szabó, autorkę niedawno wystawionego w Teatrze Jaracza w Olsztynie „Lekarza na telefon”, która pisze teksty komediowe i kabaretowe oraz sztuki dla dzieci. Katę Wéber, świetną dramatopisarkę i aktorkę, która często pisze sztuki wspólnie z mężem Kornélem Mundruczó, i marzę o tym, żeby napisała coś dla dzieci. Cieszyłabym się, gdyby teatry odpowiedziały na tę ofertę.

Jolanta Jarmołowicz – absolwentka filologii węgierskiej na Uniwersytecie Warszawskim, pracowała jako wykładowczyni na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autorka przekładów dramatów, które ukazały się w wielu antologiach, m.in. „Współczesny dramat węgierski”, „Wróg publiczny i inne dramaty węgierskie” oraz „Nowych Sztukach dla Dzieci i Młodzieży”. Zaprasza do współpracy młodych tłumaczy. Uhonorowana Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Republiki Węgierskiej i nagrodą ZAiKS za przekłady z języka węgierskiego. Tłumaczyła sztuki m.in. takich autorów jak: György Spiró, János Háy, Zoltán Egressy, Kárpáti Péter, Béla Pintér, István Tasnádi, Pál Békés, András Forgách, Németh Ákos, András Visky, Kata Wéber, Dóra Gimesi, Borbála Szabó.

Aldona Szczygieł-Kaszuba – teatrolożka, pedagożka teatralna. Od 2021 r. pracuje w dziale literackim w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Współautorka książek dotyczących historii teatrów, w których pracowała: „Od Kacperka do Maski” (z Joanną Glazar), „Baj wśród dzieci. 85 lat najstarszego teatru lalek w Polsce” (z Markiem Waszkielem).

Tytuł oryginalny

Być głosem autora

Źródło:

nowesztuki.pl
Link do źródła