„Pieśni piekarzy polskich” Mariusza Gołosza w reż. Ewy Galicy i Piotra Polaka w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w „Przeglądzie”.
Po spektaklu „Pieśni piekarzy polskich” według Mariusza Gołosza widzowie nie ruszą na barykady, by zmieść z powierzchni ziemi kapitalizm, niszczący jednostkę, zmieniający dumnego piekarza w potulnego pracownika, na koniec rozpływającego się w bezosobowej masie, znikającego niczym w wizjach Witkacego. Cóż, „Pieśni...” nie kończą się dobrze, ale nie grożą obaleniem porządku prawnego. Wystawiane w subsydiowanym publicznym teatrze siłą rzeczy wpisują się w system, oswajając z niesprawiedliwością i odczłowieczeniem pracy opartej na wyzysku, przynoszącej zamiast radości i dumy zniechęcenie, a może i depresję.
Opowiedzieli o tym aktorzy Nowego, przebrani w piekarniane białe kostiumy, śpiewająco/ z lekka rapująco, bo to w końcu pieśni z towarzyszeniem elektronicznych efektów dźwiękowych.
Spektakl trwa zaledwie 50 minut, trzeba go oglądać na stojąco (choć potrzebujący mają szansę usiąść), co pomaga zrozumieć wysiłek piekarzy. I mimo niewygód chętnych nie brakuje. Autor, a za nim Piotr Polak wraz z Ewą Galicą (reżyseria) dotknęli wrażliwej struny, zostawiając wszystkich z pytaniem, czy coś z tym można zrobić, czy uda się pogodzić etos pracy i tzw. prawa rynku. A mówiąc bardziej po ludzku, czy praca pod nadzorem może przynieść coś więcej niż zysk właścicielowi i gorycz pracownikowi, co stawia na porządku dziennym ta „mroczna baśń o pracodawcach i pracobiorcach”, jak ostrożnie sugeruje teatr.