„Bruno Schulz. Fetyszysta” Jana Jelińskiego w reż. autora w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Pisze Dominik Gac, przewodniczący Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Schulz teatralizuje się opornie. Trochę to dziwne, bo gęsta sensualna proza autora Sklepów cynamonowych powinna sprzyjać budowaniu scenicznych światów. W ostateczności teatr mógłby pójść na skróty i zainspirować się arcydzielną ekranizacją Sanatorium pod klepsydrą w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa. Wystarczyłoby pożyczyć scenografię i już, magiczny świat gotowy.
Bruno Schulz. Fetyszysta, wystawiony w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie, proponuje inną podróż. Autora i reżysera, Jana Jelińskiego proza Schulza interesuje o tyle, o ile mówi coś o samym pisarzu. Zgodnie z tytułem to Bruno jest głównym bohaterem przedstawienia. Ale czy na pewno? Na początku spektaklu Michał Karczewski szuka cech wspólnych z bohaterem, którego ma grać. Nie są podobni fizycznie. Twórcom nie chodzi o złudzenie spotkania z Schulzem. Raczej o pokazanie bohatera, który wprowadzi nas w uniwersalny temat, czyli seksualność i związaną z nią normatywność.
Żadne to szarganie świętości. Upodobanie Schulza do dominujących kobiet – ze szczególnym uwzględnieniem ich stóp – nie jest tajemnicą. Grafiki artysty, ilustrujące jego fantazje, zebrane i wydane w Xiędze bałwochwalczej (oraz wyświetlane na ekranie u góry sceny) są dość popularne. Trudno je też uznać za szokujące, co nie znaczy, że nie budziły zgorszenia na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku w niewielkim Drohobyczu. Zwłaszcza, że w narysowanych kobietach rozpoznawano mieszkanki miasta, a w płaszczącym się u ich stóp mężczyźnie – samego Schulza. W jednej ze scen zgorszona matka pisarza (Katarzyna Kalinowska) domaga się potwierdzenia, że wszystko to wymyślił i nikt mu nie pozował.
Jelińskiego nie interesuje jednak skandal (Schulza chyba też nie interesował). To nie pierwszy spektakl młodego reżysera o obyczajowych przekroczeniach, w którym nie zajmuje się ekscesem, lecz normalizacją. Podobnie postąpił w Zaklinaniu węży w gorące wieczory w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. To adaptacja powieści Małgorzaty Żarów, której bohaterką jest sexworkerka występująca w filmie pornograficznym. Poza tematem podobna jest też strategia inscenizacyjna zastosowana w obydwu przedstawieniach. Kluczowa zdaje się hipnotyczna atmosfera: rytm tekstu, ale też światło, choreografia, muzyka. W Warszawie się nie udało, w Gnieźnie owszem. Wężowa metafora w Dramatycznym raziła nadmierną ilustracyjnością. Ta w Teatrze Fredry także nie jest specjalnie oryginalna, ale działa lepiej. Symbolem porządkującym świat jest kokon. Mówimy przecież o przepoczwarzaniu. Centralny element scenografii Doroty Nawrot to ułożony w podkowę tunel zbudowany z czegoś, co przypomina zmięty papier. Na jego krańcach znajdują się drzwi, przez które przechodzą kolejni bohaterowie. Zasadność tej metafory tłumaczy opowieść Ojca o jedwabnikach. Popadający w szaleństwo nestor rodu (grany przez Wojciecha Siedleckiego z zapalczywą rezygnacją) to bodaj najbliższy literaturze Schulza element spektaklu.
Wspomniana wcześniej hipnotyczność, czy też szerzej – nastrój – to rzecz kluczowa, bo na poziomie akcji nie dzieje się zbyt wiele. Biograficzne epizody (relacje z domownikami, nieudany związek, przyjaźń z Witkacym i romans z Zofią Nałkowską) prowadzą do samorozpoznania bohatera. Na początku Schulz nad swoją innością nie panuje, później usiłuje się z nią zmieścić w wyznającym inne wartości świecie (co nie znaczy, że z niej rezygnuje lub ją zwalcza), by wreszcie zaakceptować własne upodobania. Ten ostatni etap budzi najwięcej wątpliwości. Za proste to, za naiwne, na dokładkę nieznośnie dydaktyczne. Rozumiem, że konsensualny seks to coś, o czym warto mówić młodzieży, a to pewnie młodzież przyjdzie na sztukę o autorze lektur, ale naprawdę nie ma potrzeby urządzać wykładu, w którym tłumaczymy, że ten „inny” Schulz to tak naprawdę każdy z nas, bo co to w ogóle znaczy „inny”? I dlaczego mówi to Witkacy? (Mateusz Korsak). Doceniam, że autor Pożegnania jesieni nie został sportretowany zgodnie z kliszą, czyli jako naćpany wariat, ale żeby robić z niego pretensjonalnego belfra? A przecież chwilę wcześniej oglądaliśmy pełne humoru spotkanie pisarzy w Zakopanem, podczas którego wymieniali doświadczenia z uwodzenia. Dało się dostrzec w nich żywe postaci, a nie emisariuszy dyskursu.
Paradoksalnie to właśnie w momentach wyłożenia kart na stół, przedstawienie zamiast nabierać wagi, osuwa się w nudę. „Twórczość Schulza może być rozumiana zatem jako forma queerowego katharsis, oporu wobec zbliżającego się zestawu maskulinistycznych i etnicznie szowinistycznych ideologii kulturowych” – mówi Witkacy, a ja ziewam i zapominam o filmie, który oglądaliśmy kilka scen wcześniej na ekranie. To długa sekwencja seksu Schulza z Nałkowską. Nie widziałem chyba w polskim teatrze równie odważnej i estetycznie dopracowanej sceny erotycznej. Zapośredniczenie kamery wcale jej nie osłabiało, ponieważ widoczni na ekranie aktorzy zajęli (na czas projekcji) miejsce na proscenium – blisko widzów. Nie miało to też nic wspólnego z epatowaniem mieszczaństwa nagością – przeciwnie, niosło sensy i uzupełniało postaci. Joanna Żurawska jako Nałkowska-superstar to jeden z najmocniejszych elementów przedstawienia. Silna, energiczna i świadoma siebie bohaterka. Gdyby tylko odpuściła to terapeutyczno-seksuologiczne kazanie, które rozbraja ładunek perwersji tkwiący w upodobaniach pisarza i przekonuje go, że wszystko z nim w porządku… A przecież fetysz nie musi być pluszowy i niegroźny. Opór, który budzi u tak zwanej większości, jest jego immanentną cechą i kto wie, może przysparza radości samym fetyszystom?
Jeliński mówi: bez zrozumienia seksualności Schulza, nie zrozumiemy jego sztuki. Potwierdza to wprowadzenie na scenę Jerzego Ficowskiego (Maciej Hanczewski), który występuje w charakterze pośmiertnego cenzora. To pewnie słuszna intuicja, że bez badania także tej sfery życia wiemy o artyście mniej. Tylko czy naprawdę w gnieźnieńskim spektaklu interesowała nas twórczość autora Sanatorium pod klepsydrą? Czy chodziło jednak o uniwersalnego Schulza-Innego? Jeliński zamiast na ulicę Krokodyli zabrał nas do muzeum, w którym odbrązawianie słynnego artysty okazało się ostatecznie sprowadzaniem go do roli symbolu. Ale kto wie, może Schulz znalazłby w takim wykorzystywaniu przyjemność?
Jan Jeliński BRUNO SCHULZ. FETYSZYSTA, reżyseria: Jan Jeliński, scenografia, kostiumy, światło: Dorota Nawrot, dramaturgia: Anna Mazurek, wideo: Agata Rucińska, choreografia: Wojciech Grudziński, prapremiera w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie 17 października 2025.