EN
20.12.2022, 11:57 Wersja do druku

Broniewski

„Broniewski” Radosława Paczochy w reż. Julii Mark w Teatrze Dramatycznym im. J. Szaniawskiego w Płocku. Pisze Andrzej Lis, członek Komisji Artystycznej 29. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. Waldemar Lawendowski/ mat. teatru

Młody Aleksander Maciejczyk, trzydziestoletni aktor (rocznik 1992, absolwent wrocławskiej filii krakowskiej AST) u progu kariery zawodowej otrzymał od Julii Mark bardzo trudne, prawie niewykonalne zadanie: zagrać ponad trzydzieści lat biografii skomplikowanego i kontrowersyjnego bohatera – Władysława Broniewskiego, legendarnego płocczanina. Opowiedzieć na scenie o nim, o jego problemach życiowych, egzystencjalnych, o fascynacjach ideowych, miłościach do kobiet, a nade wszystko o miłości do córki Anki – Joanny Broniewskiej-Kozickiej. O wyborach ideowych, a także o determinacji w działaniach publicznych. O przekonaniach politycznych i o politykach, o partii. O racjach często niepopularnych, ale bardzo zdecydowanych. Racjach zmieniających się w czasie. Czasem wręcz wewnętrznie sprzecznych, ale w ramach aktualnego stanu bohatera zawsze zrozumiałych i po swojemu logicznych. Maciejczyk miał też, a może przede wszystkim, zdać sprawę z wielkiego talentu poetyckiego Broniewskiego. Talentu mającego swoje korzenie zarówno w rodzimym romantyzmie, jak i w spuściźnie po Żeromskim, po Cezarym Baryce. Talentu związanego z posłannictwem poezji będącej artystycznym wyrazem walki o niepodległość. Młody płocki aktor musiał także znaleźć odpowiednie miejsce na te fragmenty opowieści, które zasłaniały (a może odsłaniały) wielką słabość poety: chorobę alkoholową. A może ucieczkę od realnego życia w alkohol?

 O skali trudności zadania aktorskiego postawionego przez autora sztuki Radosława Paczochę najlepiej świadczy choćby porównanie tego przedstawienia z wersją prapremierową sprzed dziewięciu lat w Teatrze Wybrzeże (rok 2013, reżyserował Adam Orzechowski). Wtedy twórcy spektaklu zadecydowali, że Władysława Broniewskiego zagrają dwaj aktorzy: młody i starszy. Ówczesny pomysł inscenizacyjny rozdzielał młodzieńczy entuzjazm i wszelkie związane z życiem nadzieje z jednej strony, od rozgoryczenia i zawodu starszego człowieka z drugiej. 

Julia Mark zadała sobie trud, by od grającego główną rolę Aleksandra Maciejczyka, a także od pozostałych aktorów grających po kilka ról w tym przedstawieniu: Doroty Cempury, Pauli Stępczyńskiej, Jakuba Matwiejczyka i Dariusz Poleszaka-Hassa, wyegzekwować przede wszystkim stałe utrzymywanie emocjonalnego skupienia i zaangażowania. To bardzo skromne, wręcz minimalistyczne przedstawienie, ogląda się i słucha z niesłabnącą uwagą i koncentracją. Dawno nie widziałem ponad dwugodzinnego przedstawienia na kameralnej scenie, które przebiegałoby w ciszy, niezakłócone jakąś, choćby jedną, nerwową reakcją widza. Oprócz skupienia, wyciszonej, zrównoważonej emocji, jeszcze jedno było ważne. Ze sceny rozchodziła się, emanowała – co już bardzo rzadko się w naszych teatrach zdarza, pozytywna energia. Przy takiej konstrukcji przedstawienia nawet najbardziej skomplikowany świat bohatera zaczyna być rozumiany. Widownia w ślad za wykonawcami (aktorami, reżyserką) starała się rozumieć te sceniczne komplikacje, dramaty, sprzeczności. Czasów i ludzi. A jeśli tak się działo, to wtedy i uznanie i szacunek dla samego przedstawienia mogły być głębsze i bardziej przez widownię zapamiętane. W tej pracy teatralnej czuje się zdecydowany charakter reżyserki Julii Mark wspartej sugestywnymi nagraniami wideo (Tomasz Schaefer). Pomogła też minimalistyczna organizacja przestrzeni Sceny Kameralnej – podest i ekran, kilka rekwizytów. Jak choćby ten z końcowej części przedstawienia, kiedy to bohater chcąc umyć ręce (pod koniec życia?) obmywa je czerwoną cieczą podaną w misce, niczym nieusuwalną czerwoną farbą przypominającą krew. I zamiast się zmyć wodą, Broniewski krwią się naznaczył. 

W przedstawieniu reżyserka skupiła się na kilku wątkach życia bohatera. Na jego bogatym doświadczeniu, kiedy to Broniewski bierze do ręki karabin i ze zmiennym szczęściem walczy o polską niepodległość, najpierw jako siedemnastolatek w Legionach, potem jako dziewiętnastolatek w wojnie polsko-bolszewickiej. Ten wątek był obecny przez całe życie i w całej twórczości Broniewskiego. Zawsze wierzył w swoje wybory, był im oddany, wierny ideałom wszędzie tam, gdzie się znalazł. Od wyzwalanych z zaborów ziem polskich za czasów Józefa Piłsudskiego, po więzienie w Berezie. Od września 1939 roku spędzonego na Wschodzie, gdzie Broniewski rowerem dojechał w pobliże frontu, w dniach przed wkroczeniem wojsk sowieckich, po Łubiankę Stalina i Berii, po wyjście z Rosji z armią Andersa, przez Irak, Palestynę. W czasach stalinowskich Bierut namawiał Broniewskiego do napisania nowego polskiego hymnu. Poeta zdecydowanie odmówił.

Ważną w życiu bohatera była jego miłość do kobiet. Nie tylko do trzech kolejnych żon. Także do córki Anki. Do babci, która wychowywała go we wczesnym dzieciństwie. Pamięć domu otoczonego mazowieckim pejzażem i granych przez babcię mazurków Chopina, odnalazła się w opisach krajobrazów i w wyczuwalnym w jego poezji rytmie. Echo muzyki Chopina słychać w pięknie recytowanym przez Aleksandra Maciejczyka sztandarowym wierszu Bagnet na broń!. Tak, jakby w pierwszym molowym akordzie Etiudy Rewolucyjnej odezwała się bardzo głośna salwa, a po niej posypał się grad spadających dźwięków. Nigdy niegasnące uczucie do kobiet stanowiło być może jakieś dopełnienie rozedrganego stanu emocjonalnego poety, jakiejś jego wewnętrznej muzyczności. Jakiegoś dążenia do spokoju, którego nigdy w życiu nie zaznał. 

 Jedną z najbardziej mrocznych tajemnic Broniewskiego było jego uzależnienie od alkoholu trwające właściwie przez całe życie. Poeta niespecjalnie z tym walczył, choć być może bywały chwile refleksji, kiedy znajdywał się w stanie względnej trzeźwości. Wiele spośród najbardziej krytycznych momentów jego życia nie zostało w przedstawieniu opowiedzianych. Zamiast tego twórcy spektaklu skupili się na portrecie autora będącego w ciągłym ruchu, bardzo dużo piszącego. Bo rzeczywiście – Władysław Broniewski pisał nie tylko utwory poetyckie, ale także pamiętniki i tłumaczenia. Za jego życia wyszło około czterdzieści tomików poezji i ponad trzydzieści druków zwartych przekładów. Do tego należy dodać niezliczone spotkania autorskie i wyjazdy zagraniczne w rozmaitych  delegacjach, a otrzymamy obraz człowieka pochłoniętego pracą. 

W przedstawieniu Julii Mark, starającej się zrównoważyć wszystkie ważne wątki i tematy z życia Broniewskiego, cytaty z poezji stanowią najszlachetniejszą część. Reżyserka skonstruowała swój spektakl z żelazną konsekwencją i dyscypliną, wypełniła go rytmem i skupieniem tak, że widzowie zdawali się chłonąć płynące ze sceny słowa niczym najstaranniej skomponowaną muzykę. 

Z przyjemnością słuchało się i oglądało jak młody Aleksander Maciejczyk dojrzewa na scenie w czasie przedstawienia. Jak spokojnie, uważnie wybiera się w głąb samego siebie. Jak szuka dróg poznania własnych tajemnic. Często nigdy nienazwanych. Nieuświadomionych, ale przecież istniejących. Tajemnic spotykających się w rozmaity sposób z rzeczywistością. 

Imiennych i bezimiennych. 

***

Radosław Paczocha BRONIEWSKI. Reżyseria, kostiumy, opracowanie muzyczne: Julia Mark, dramaturgia: Monika Mioduszewska, wideo i scenografia: Tomasz Schaefer. Premiera w Teatrze im. Szaniawskiego w Płocku  19 listopada 2022. 

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Andrzej Lis

Wątki tematyczne