Logo
Recenzje

Bibuła na pawlaczu

9.10.2026, 17:07 Wersja do druku

„Bibuła w tapczanie” Michała Rusinka w reż. Michała Derlatki w Teatrze Miniatura w Gdańsku. Pisze Kamila Zębik.

fot. Piotr Pędziszewski/mat. teatru

Odbierając nagrodę Grand Prix w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej Michał Derlatka, Jakub Ehrlich i Dariusz Czarniecki, trzech z pięciu twórców „Bibuły w tapczanie” (prócz nich są jeszcze Tymon Tymański i Michał Dracz), sprawiało wrażenie całkowicie zaskoczonych werdyktem. Dziękowali jurorom za to, że chciało im się tłuc wiele godzin na wybrzeże i dotrzeć do salki nr 16 w podstawówce na gdańskiej Morenie, żeby zobaczyć spektakl. Przedstawienie jest malutkie i skromniutkie, niemal ubogie, ale przez to mobilne - i może poruszać się pomiędzy naprawdę różnymi światami. Ja obejrzałam je w ostatni weekend lata, w oszklonej sali balowo-konferencyjnej na 34. piętrze luksusowego wieżowca Olivia Star, z którego rozciąga się widok na niemal cały Gdańsk, Przymorze i jego falowce, ale też resztki po Stoczni. W głowie rozbrzmiewało:

 „na Oliwie w 81. roku tutaj śpiewało się prawdziwie

(…) lecimy obok tamtej hali

za szybą noc i wolny kraj,

cośmy go sobie wyśpiewali

coście go sobie wyklaskali”

Niezamierzony, ironiczno-gorzki kontekst.

Przedstawienie Miejskiego Teatru Miniatura w Gdańsku to adaptacja książki Michała Rusinka pod tym samym tytułem. Rusinek (rocznik 1972) na zaproszenie ECSu, na bazie wspomnień z własnego dzieciństwa, opowiada dzieciom o schyłkowym PRL-u, o przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, o biedzie życia w kolejkach po papier toaletowy, o kartkach na wszystko, o niesprawiedliwym państwie i szaroburym świecie, z którego w stanie wojennym wyparowały nawet te wyblakłe kolory klisz orwo. Oczami swojego małego bohatera przygląda się światu rodziców, dorosłych, którzy przestali się zgadzać na mizerię rzeczywistości i „poczuli, że są teraz wreszcie u siebie”. Świadkuje domowej konspiracji, do której zostaje dopuszczony, pod warunkiem, że nikomu nie powie, że w tapczanie ukryta jest bibuła… Mały konspirator, bez pomnika, na szczęście.

Aby przykroić „Bibułę…” do potrzeb sceny tekst Rusinka dostał od twórców spektaklu dodatkową, nową ramę - o szarym czasie początku lat osiemdziesiątych i budzeniu się do życia solidarności (i Solidarności) opowiadają dwaj wyrwani z długiego snu robotnicy. Gdzieś w stanie wojennym zasnęli w kartonach a obudziwszy się po ponad trzech dekadach nie rozpoznają świata. Niby ta sama szerokość geograficzna, a coś się nie zgadza. Zagadując dzieci na widowni próbują rozeznać się w nowych, zaskakujących, niezrozumiałych realiach. Zadają pytania, dziwią się zmianom i stopniowo sami zaczynają opowiadać o czasach, z których się wzięli.

Ta część spektaklu opiera się na interakcjach z dziećmi, to one opowiadają, jak wygląda rzeczywistość, i to one, każdorazowo, decydują o kształcie przedstawienia, o tym jak przebiega konfrontacja: kiedyś - teraz. Wielkie brawa dla Dariusza Czarnieckiego i Jakuba Ehrlicha za błyskotliwe reakcje na dziecięcy ogląd świata! Dzieci aktywizują się fenomenalnie. „Moja” młoda widownia wykazała się refleksem (i gorzką świadomością realiów ekonomicznych) przy pytaniu, czy można wyjeżdżać za granicę? Jak się ma pieniądze, odpowiedziały dzieci (coś, co pewnie jednak nie było naszym automatycznym skojarzeniem tych kilka dekad wcześniej, a przecież „mydlane bańki puszcza nosem z dziecinną buźką kapitalizm”). Pokazały też zaskakująco dużą świadomość obywatelską protestując głośno i licznie przeciwko przekrętom wyborczym, nieuczciwemu liczeniu głosów, a także paleniu w miejscach publicznych. Bardzo to budujące.

„Bibuła…” miała też dla mnie dodatkowy wymiar. Jako że jesteśmy z Michałem Rusinkiem praktycznie równolatkami byłam ciekawa, na ile jego wspomnienie dzieciństwa jest pokoleniowe, pokrywa się z moim? Pokrywa się. Z małymi modyfikacjami. Nie tapczan, ale pawlacz. W Warszawie jednak Tygodnik „Mazowsze”. Kolejki po szarość wszędzie takie same, bez względu na to, jaki to zakątek PRLu. Takaż tęsknota za „Zachodem” i zachwyt jego niedosiężnymi kolorami.

Jeśli już koniecznie chciałabym znaleźć jakiś mankament przedstawienia to byłby to jego ostatni fragment: wybudzeni robotnicy, upewniwszy się, że w nowej Polsce jest pod każdym względem lepiej, oddalają się, żeby się napić… eee …soczku. Leciutko to upupiające, nie psuje jednak odbioru mądrego i ciepłego przedstawienia. Zwłaszcza dzieciom.

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Kamila Zębik

Sprawdź także