Logo
Recenzje

Artyści bawią się swoim kosztem? Efektowna premiera w Teatrze Narodowym

1.07.2025, 18:22 Wersja do druku

„Zaćmienie w dwóch aktach” Pablo Remóna w reż. Grzegorza Małeckiego w Teatrze Narodowym. Pisze Piotr Zaremba w „Polska Times”.

fot. Marta Ankiersztejn/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

„Zaćmienie w dwóch aktach” to przypowiastka o artystach. Teatr, film coraz częściej umieją dworować z samych siebie, ale nie tylko. Grzegorz Małecki bawi nas, czasem wzrusza, czasem pyta.

„Zaćmienie w dwóch aktach” Hiszpana Pablo Remóna to ostatnia premiera Teatru Narodowego jeszcze pod rządami Jana Englerta. W tym sensie to zdarzenie dodatkowo symboliczne.

Zarazem to druga praca reżyserska – po „Tchnieniu” Duncana Macmillana - Grzegorza Małeckiego. To czołowy aktor tej sceny od początku jego kariery. Przyszedł tu zaraz po studiach jeszcze za dyrekcji Jerzego Grzegorzewskiego, przed 25 laty. A potem był jednym z większych atutów zespołu Englerta.

To on odkrył ten tekst hiszpańskiego scenarzysty filmowego i dramaturga. Całkiem współczesny – prapremiera miała miejsce w roku 2022. Zetknąłem się z różnymi reakcjami na ten kameralny klejnocik wystawiony na małej scenie przy Wierzbowej. Znajomy aktor uznał go za zbyt błahy, wręcz szczebiotliwy. Z kolei autor bloga teatralnego Varia opisał go po prostu jako kawałek świetnej zabawy.

Zbyt błahy tekst? Dostajemy teatr opowiadający ciekawe historie, prawda czasem historyjki. Bałem się słuchając zapowiedzi, że zanadto „branżowe”, skoro para głównych bohaterów to aktorka Ana i reżyser filmowy Diego. Tylko, że…  Ona przeżywa kryzys wiary w swój zawód. On po doświadczeniu z przeżyciem lotniczej katastrofy zaczyna marzyć o robieniu całkiem innych, „niekomercyjnych” filmów. Okazuje się, że artysta może się zająć innymi artystami, choćby po to aby sobie z nich podworować.  

Coraz częściej z niejakim zaskoczeniem odkrywam, że teatr i film próbują się śmiać z siebie. Jeszcze trochę nieśmiało, półgębkiem, ale jednak. Co z tego śmiechu wynika w tym przypadku? Zajrzenie za kulisy różnych artystycznych zdarzeń i zjawisk. Ścieranie z twarzy min, póz i mód. Odkrywamy na dodatek, że nie tak znów odmiennych od tego, co dotyczy naszych artystów. Oczywiście niektórych – poczyńmy to ostrożne zastrzeżenie.

Zarazem czy to wyłącznie zabawa? Niekoniecznie. Owszem komedia, ale nie w każdym momencie. Pozostajemy nie tylko na poziomie rodzajowych spostrzeżeń, czasem zatrącających o groteskę. Padają tu jednak, może nie zawsze wprost, pytania o rozmaite sensy.

O sens uprawiania artystycznych zawodów. Także o sens jakichkolwiek życiowych pasji. O możliwość odczytania czegoś, co nazywamy natchnieniem czy posłannictwem. I wreszcie o naturę międzyludzkich relacji nie tylko w świecie sztuki.  Są to uwagi czasem bardziej oryginalne, czasem mniej. Ale czy nie warto fundować nam repetytoriów z człowieka jako takiego? Nie wiem, czy Małecki miał intencję mnie wzruszyć. Ale coś takiego mu się w paru momentach udało.

W „Tchnieniu” świadomy minimalizm Małeckiego zaszedł tak daleko, że nie mieliśmy w ogóle dekoracji. Mieliśmy parę ludzi na pustej scenie jako kwintesencję człowieczeństwa, akurat w tym przypadku w sferze relacji miłosnych. Tu Martyna Kander zafundowała nam coś na kształt optycznej iluzji, opartej na barwach i na motywie słońca. Poza tym cztery krzesła, jakaś komódka – to wszystko. Mamy też dyskretne interwencje muzyczne znakomitego komentatora teatralnych zdarzeń Michała Lamży.

A poza tym pełna umowność. Owszem Justyna Kowalska gra Anę, a Mateusz Rusin – Diega. Ale w programie możemy policzyć, ile ról, czasem wręcz epizodów, zagrał każdy z czwórkowej obsady. Kowalska – 9. Rusin – 12. Anna Lobedan – 11. Oskar Hamerski – 10. Zmagając się ze wspomnieniami spektaklu, mam wrażenie, że nie są to obliczenia precyzyjne.

Niezależnie od liczbowych ustaleń musimy się pogodzić, że Hamerski pojawi się nawet w roli sześcioletniego chłopca pakującego się za kulisy. A Anna Lobedan obsłuży po kolei chyba wszystkie grupy wiekowe. Czasem to tylko zgrabne rzemiosło. A czasem wirtuozeria.

Dodatkowo dostajemy jeszcze humorystyczne przełamanie. Oto nagle obie historie: Any i Diega okazują się tylko wątkami sztuki, teatru w teatrze. Oskar Hamerski staje się autorem, samym  Remónem, przedstawionym tu w roli plagiatora maniaka, walczącego z inną prawdziwą twórczynią. Szkatułkowa formuła opowieści osiąga swoje apogeum. By jednak powrócić do śledzenia niby fikcyjnych bohaterów.

Napisałem o przeplataniu się aktorskiego dobrego rzemiosła z wirtuozerią. Już to pierwsze to powód do braw. Mam takie wrażenie, że każdy miał tu trochę inny pomysł na udział w spektaklu (albo może trochę tak samo wyszło). Jednak nic nie prowadziło tu do kolizji. Oni się świetnie uzupełniali.

Justyna Kowalska jest z całej czwórki najbardziej serio: to istny żywioł dziewczęcości, a przecież przywoływanej jakby ze współczuciem, niekiedy wbrew prześmiewczym sytuacjom, z odcieniem melancholii. To bardzo szlachetna i sugestywna robota. Podążamy za jej Aną z życzliwym zainteresowaniem, choć tak bardzo niedoskonała. Z kolei Anna Lobedan to jej przeciwieństwo. Ona jawi się jako barwny ptak o coraz to nowych twarzach, wytrawna, ironiczna, nie  bojąca się też żartów z samej siebie.

Mateusz Rusin gra różne postaci, ale w tej głównej, reżysera, który zamarzył o całkiem innym rodzaju twórczości, bardzo powściągliwie epatuje nas komizmem wiecznego chłopaczka. On także zyskuje tym naszą wyrozumiałość, może nawet przebaczenie. Za to Oskar Hamerski jest w żywiole komediowych póz, tylko z rzadka powstrzymywanych autorefleksją. Skądinąd obaj panowie za rzadko grywają w repertuarze choćby półkomediowym.

Małecki nie sili się na żaden sztandar, żadne konkretne hasło, jest na to zbyt wyluzowany, zbyt dowcipny. To jest teatr żywy przez swoją swobodę w podpatrywaniu świata. Nie ma w tym grama publicystyki.

Sam wybór tej sztuki i takie a nie inne jej poprowadzenie,  przypomniały mi, i mam wrażenie innym widzom, o urokach eklektycznego repertuaru Narodowego pod batutą Englerta. Pytanie co z tego błogosławionego eklektyzmu, tematycznego i estetycznego, pozostanie pod nową dyrekcją.

Tytuł oryginalny

Artyści bawią się swoim kosztem? Efektowna premiera w Teatrze Narodowym

Źródło:

„Polska Times”

Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

26.06.2025

Sprawdź także