EN
13.08.2022, 10:31 Wersja do druku

Arszenik i stare koronki? Nalewka porzeczkowa i maska w prochowym płaszczu

„Arszenik” wg Josepha Kesselringa w rez. Marcina Bikowskiego z Teatru Maska na Festiwalu Źródła Pamięci. Szajna – Grotowski – Kantor w Rzeszowie. Pisze Izabela Winiewicz-Cybulska.

Spektakl teatralny „Arszenik i stare koronki” tak mocno wpisał się przed laty w moją pamięć, że skojarzenia kieruję w jedną stronę – bardzo wyraziście widzę do dziś Irenę Kwiatkowską w Teatrze Telewizji lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nie widziałam filmu ani innych scenicznych adaptacji, dlatego mam tylko jedno wyobrażenie o tej czarnej komedii Josepha Kesserlinga, oglądanej zresztą w czarno-białych kolorach „ówczesnej” telewizji. Zupełnie nie mogłam wyobrazić sobie spektaklu w interpretacji twórców teatru lalek, w którym maska ma wiele metafizycznych znaczeń.

Przedstawienie w rzeszowskim Teatrze Maska, inaugurujące dziesiąty Festiwal „Źródła Pamięci. Szajna – Grotowski – Kantor” obejrzałam z dużym zainteresowaniem – tym większym, że dramaturgię, reżyserię i scenografię przygotowali artyści z Teatru Malabar Hotel. Działania tej niezależnej grupy obserwuję od lat ze względu na plastyczny język, którym posługują się na scenie i dzięki któremu zrewidowałam moje dotychczasowe poglądy (i wyobrażenia) na temat teatru lalek. Teatr z lalkami znamy od dzieciństwa i może właśnie te pierwsze zapamiętane obrazy wpływają niejednokrotnie na nasze późniejsze fascynacje, rozbudzając wielkie uczucie do teatru i sztuki. To, co dzieje się na scenie oglądam z zapartym tchem, a gdy teatr, oprócz gry aktorskiej, słów, gestów, scenografii, muzyki operuje lalką, która – obok aktora - staje się samodzielnym scenicznym bytem, czuję metafizyczny dreszcz. Materia martwa staje się ożywioną, a moja wyobraźnia przekracza wszelkie granice. 

fot. HaWa/mat. teatru

Dramaturgia opracowana przez Marcina Bartnikowskiego wydała mi się dość luźną interpretacją dzieła – swobodną, dostosowaną do współczesnego (zwłaszcza młodego) odbiorcy. W autorskich scenariuszach Malabaru jest zwykle odniesienie do rzeczywistości, przez co cała interpretacja utworu wydaje mi się nowatorska i na swój sposób „świeża”. Akcja „Arszeniku” na rzeszowskiej scenie rozgrywa się dynamicznie – w tempie dostosowanym do współczesnego życia. Byty realne i niematerialne nakładają się na siebie, bo aktor tak sugestywnie „wcielił się” w lalkę, że momentami widz zastanawia się kto jest kim. Agata i Marta – czyli Ewa Mrówczyńska i Natalia Zduń (w literackim pierwowzorze Abby i Marta) - grają (z) lalkami tak ekspresyjnie, że trudno nam uwierzyć, że na scenie są tylko… dwie osoby. Wyobrażam sobie, jak trudno jest aktorowi wcielić się w lalkę i wejść z nią w interakcję. Laki, maski i wszystkie elementy plastyczne to powszechny język Teatru Malabar Hotel – teatru formy. Właśnie przypomniało mi się takie zdanie wypowiedziane przez Banksy’ego: „jeśli chcesz coś powiedzieć tak, żeby ludzie cię słuchali, musisz założyć maskę”. Marcin Bartnikowski i Marcin Bikowski (reżyser i twórca scenografii) specyficzny teatralny język opanowali do perfekcji, dlatego ich rozwiązania sceniczne są dla mnie zwykle zaskakujące. 

Gdy od momentu obejrzenia spektaklu upływa już jakiś czas, w wyobraźnię wpisują się zwykle najbardziej charakterystyczne dla nas obrazy. Mogliśmy zapamiętać na przykład dźwięki muzyki Anny Świętochowskiej, potęgującej nastrój. Ja zapamiętałam ogromny wieszak uginający się pod płaszczami, który wydawał mi się taką sceniczną dominantą. Zawieszona wysoko marynarka sugerowała, że ubrania mogą skrywać tu jakąś metaforę. Czy płaszcz może być metaforą? Trochę jak maska, ukrywa człowieka. Chroni, daje poczucie bezpieczeństwa. Trochę też jak ciemne okulary, które skrywają prawdziwe uczucia. Aktor zakłada płaszcz wchodząc „w niego” jak w nową rolę. Całe mnóstwo płaszczy na scenie – a może to pozostałość po makabrycznym procederze uprawianym przez siostry? Płaszcze duchów przeszłości, które przywołane na ziemię zakładają go niczym dawne ubranie. Prochowiec – nomen omen – od słowa „proch”, czyli „pył”, w który wszyscy się kiedyś „obrócimy”, nasuwa tu różne skojarzenia, choć przecież zwykle chroni, ale nie tylko przed pyłem – też przed zdemaskowaniem, podkreśla powagę sytuacji. To ważny „element” garderoby spopularyzowany przez bohaterów filmowych z „Casablanki”, „Śniadania u Tiffany’ego”, czy przez „Porucznika Columbo”. Płaszcze agentów, policjantów i przestępców... może rzeczywiście należą tu do duchów przeszłości? Pod tym gigantycznym wieszakiem umieszczona jest skrzynia – trochę jak w zwyczajnej garderobie, ale wiadomo, że ma tu ona „wyjątkową” zawartość. Scenografia stwarza wrażenie mieszkalnego wnętrza. Jest fotel poruszany przez duchy. Lampa za nim umieszczona „podkręca” makabryczny nastrój. Ma szkieletowy abażur, który rzuca na ścianę proste cienie – trochę jak w „Gabinecie doktora Caligari”, gdzie te proste i kanciaste linie potęgowały atmosferę grozy. Wyobrażam sobie, że to sceniczne widowisko całkiem nieźle wyglądałoby także w czerni i bieli, ale przecież w teatrze plastycznym, operującym językiem form i kolorów, dużą rolę odgrywa właśnie barwa. Obecność tytułowych „starych koronek” sugeruje czarna bluzka Agaty. Obie bohaterki nie przypominają starszych sióstr Brewster. Stroje muszą być luźne - nie mogą krępować ruchów aktora, który za chwilę „wejdzie” w lalkę. Bohaterki są więc współczesnymi kobietami w kolorowych ubraniach – wydaje się dominować zielononiebieski z odcieniami turkusu (fotel, spodnie Agaty, spódnica Marty), skontrastowany z żółtym wdziankiem jednej z bohaterek (do tego niebieski beret). Zielononiebieski odcień ma też jedna z masek. Ten kolor ma symboliczne znaczenie. To wyraz niematerialności, niebytu, czasem „wychodzenia” ze świata żywych i przechodzenia na drugą stronę. Kolory mogą wydawać się przypadkowe, ale doskonale tworzą plastykę tego scenicznego obrazu, wzmacniają nasze wizualne odczucia i co najważniejsze, nie gubimy się w nadmiarze multimedialnych efektów, które pojawiają się tu sporadycznie i adekwatnie do momentu akcji – są „dopasowane” do wewnętrznych emocji bohaterów. Nie zapominajmy, że jest to komedia, więc widz ma sporo momentów do śmiechu, ale jest to przecież czarny humor. Maski na pewno nie są komiczne – czy budzą grozę? Jest trochę tak jak w obrazach Jamesa Ensora, belgijskiego malarza przełomu XIX i XX wieku, prekursora ekspresjonizmu. Jego szkielety, jakby z nocnego koszmaru, groteskowe i satyryczne – walczyły o śledzia lub zwyczajnie chciały się ogrzać. Na pewno nie budziły grozy. 

W spektaklu nie ma więc czarnych koronek, nie ma też starszych sióstr i w ogóle są trochę inni bohaterowie – Marceli, Tadeusz, Janek. Oprócz pań i mężczyzn-lalek jest jeszcze na scenie Maciej Owczarek – także w różnych wcieleniach. Cała trójka aktorów wciąga widza bez reszty w ten kryminalno-groteskowy świat niecnego procederu pozbawiania życia w celach rzekomego osiągnięcia spokoju przez denatów. A jak wygląda trunek z tytułowym arszenikiem, którym siostry częstują swoich gości? Musi być kolor czerwony, bo to barwa sugestywna i wiele znacząca , a przy tym prawdziwy kolor nalewki porzeczkowej podawanej w kryształowych kieliszkach. Cały barek – z karafką na centralnym miejscu – mieni się czerwienią. Taki kolor ma też zatruta ciecz, która niczym krew wylewa się (właściwie wysypuje) z ust denatów – lalek - bohaterów w maskach. 

Spektakl to nie tylko ciekawa dramaturgia – arszenik w prochowym płaszczu – klasyka w nowej odsłonie tak zinterpretowana, że na pewno rozbawi widza w każdym wieku – zwłaszcza młodego, a jeśli zechce on wyjść ze świata wirtualnego i zdecyduje się przekroczyć progi teatru, to ma szansę poczuć, że ten świat lalki, maski i aktora jest prawdziwą magią – oderwaniem od rzeczywistości, której narastające problemy mogą niedługo sprawić, że wszyscy będziemy wyglądać jak te sceniczne lalki-widma. 

Źródło:

Materiał nadesłany