„Arkadius is dead” Michała Kmiecika w reż. Marcina Libera w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Pisze Michał Lachman w portalu lodzwkulturze.wordpress.com.
„Arkadius is dead” Michała Kmiecika i Marcina Libera nie jest tym, czego możecie się spodziewać. Do opisu spektaklu nie uda się zastosować prostej metafory tkania biografii, a nawet obrazu patchworkowego zszywania życia znanego projektanta. Mody tu nie ma. Ja przynajmniej jej nie znalazłem. Kmiecik zastosował za to inny klucz – może słuszny – któremu bliżej do epitafium, czasami w formie barokowej przesady, czasami groteskowego marksizująco-lewicowego bicia się w piersi i przepraszania za winy kapitalistycznej kultury wyzysku. Arkadius umiera już w pierwszej scenie, po czym zmartwychwstaje i przez większą część spektaklu wędruje po wybranych epizodach własnego życia, przyglądając się im z dystansu, by na końcu umrzeć już na dobre. Ten trumienny portret wieńczy niemal godzinna coda w zaświatach, gdzie nasz bohater spotyka duchy zmarłej rodziny oraz przyjaciół. Dopiero w ich towarzystwie zaznaje spokoju. Zatem osoby idące na spektakl z głębokim pragnieniem, aby wreszcie poznać alternatywę dla obsesyjnych zakupów na Zalando czy Vinted, przeżyją rozczarowanie. Ci których interesują filozoficzne i sentymentalne peregrynacje po obrzeżach marksizującej myśli doświadczą głębokiego ukojenia i wyleczą lęki wynikające z poczucia klasowej wyższości.
A więc na początek moda. Albo jej nieobecność. Trudno powiedzieć, jak to się stało, ale w przedstawieniu biograficznym o Arkadiusie nie ma mowy o modzie, jej tworzeniu, o projektowaniu kreacji i ich powstawaniu. Moda nie generuje buntu, nie stanowi politycznego przesłania, nie prezentuje stanowisk. Potraktowano ją biernie i ilustracyjnie. Moda nie mówi, nie pokazuje, moda milczy, czasami chodzi na wybiegu. Owszem, Arkadius od czasu do czasu szpera w stercie ubrań rozrzuconych w blaszanym kontenerze, dywaguje na temat recyclingu materiałów i przez kilka minut biega po scenie z rulonami kalki, na której znajdują się jego projekty. Na tym koniec. Nie wiadomo, co Arkadius mówi swoją modą i projektami, ponieważ nigdy nie skupia się na nich nasza uwaga. Dwa albo trzy razy oglądamy pochód modelek ułożony w pokaz mody (tu pełne uznanie dla projektów kostiumów), tylko że nie stanowi on ani tematu, ani problemu, którym spektakl chciałby się zająć. Prezentacja modowych kreacji okazuje się jedynie ilustracją dla jednego z monologów. Skoro moda Arkadiusa zaliczana jest do sztuki krytycznej, to niewiele z tego przesłania zobaczymy na scenie Jaracza.
Co w zamian? Kmiecik wypełnia dużą część przedstawienia scenami, które mielą temat wyzysku w świecie mody, temat nierówności ekonomicznej, „kultury zapierdolu” i pogardy wobec słabości. Faktycznym protagonistą spektaklu mógłby okazać się aspirant z pracowni projektanta. Kiedy Arkadius poniża młodego czeladnika, dosadnie krytykując jego pomysły („gówno mi tu przyniosłeś”), ten jedynie prosi o więcej pracy i więcej poniżania. Nie pomogą ostrzeżenia Arkadiusa, żeby wystrzegał się „zapierdalania na innych”, bo ten właśnie jak najbardziej pragnie zapierdalać na innych i tak jak oni marzy o wczasach nad morzem, na które obecnie go nie stać.
Patrząc z perspektywy Państwowej Inspekcji Pracy jest to bardzo przekonująco napisane. Na tyle sugestywnie, że i mnie w końcu wydaje się zupełnie logiczne, kiedy zdesperowany aspirant krawiectwa zastanawia się „komu ma zrobić loda”, żeby dostać coś do uszycia.
Kmiecika ewidentnie nie interesuje sztuka mody. Żaden twórczy ferment, czy prowokacja, żaden statement czy skandal – to byłby klasizm. Interesuje go praca, wyzysk i proletariackość ciemiężonych. No i oczywiście zajmuje go seksualizacja stosunku pracy.
Spektakl de facto nie mówi o modzie, mówi o tym, że moda to jedna z wielu gałęzi kapitalistycznej gospodarki i dlatego niszczy ludziom życie. Kmiecik i Liber pokazują nieludzkie pięcie się po szczeblach kariery i okrucieństwo tych, którzy w przemyśle mody pełnią rolę finansowych rekinów. Arkadius płaci za poddanie się branżowemu reżimowi destrukcją siebie, narkotykowymi ciągami, uzależnieniem od nie zawsze właściwych osób. Przez spektakl przewija się plejada związanych z modą postaci, a życie projektanta opowiedziane zostaje przez kolejne śmierci jego przyjaciół i powierników. Barokowe epitafium dla tragicznych postaci światowej mody narzuca minorowy ton, który całkowicie wypiera ekscytację modowym wybiegiem i powabem prezentowanych kreacji, a nawet siłę artystycznego buntu, który potencjalnie mógłby się gdzieś tu objawić. Jeszcze jedna dziwna rzecz: zamiast pokazać sztukę mody jako obrazoburczą, prowokacyjną i burzącą konwencje, spektakl pokazuje postaci jako wulgarne i ostentacyjnie zepsute. Bluźniercza sztuka potencjalnie inspiruje, notorycznie bluźniący aktor cichnie.
U Kmiecika i Libera postaci, na których Arkadiusowi zależało, również nie są pokazane jako inspirujące, twórcze, czy charyzmatyczne. Alexander McQeeun chodzi w infantylnym sweterku z myszką miki i sam jest wcieleniem wyzysku młodych adeptów rzemiosła. Coco Chanel ma żółte włosy i głośnio siorbie herbatę z topornego kubka, przy okazji irytując infantylnością poglądów i tekstów. Izabela Blow podziwia projekty Arkadiusa, krzycząc „jakie to są zajebiste paterny”, próbuje operowego śpiewu, który nieprawdopodobnie kaleczy, a w chwili załamania po zdiagnozowaniu raka piersi cieszy się, że będzie miała mały biust, jak wszystkie modelki. Kate Moss wygłasza bolesny i pełen rozczarowania monolog, skarżąc się na swoje życie. Śmierć tych postaci to kwintesencja cierpienia, pesymizmu i brzydoty, a nie synonim piękna, młodości i spełnionych aspiracji życiowych. Przedstawienie Kmiecika zmienia się w wybieg, na którym pod rękę kroczą vanitas i memento mori.
Faktycznie jednak za dynamikę Arkadiusowego świata odpowiadają dwie postaci – obie związane z jego młodością. Pstrokato ubrany szkolny wuefista nakryty świecącą peleryną niczym z Batmana stanowi ilustrację przyziemnej rzeczywistości w Polsce lat osiemdziesiątych, w której wyrastał Arkadius. Wuefista tęskni za siermiężną atmosferą tej przaśnej dekady, bo wtedy brak ambicji był zrozumiały, a szowinizm i obleśny hedonizm nie spotykały się z krytyką. Wuefista wyznacza Arkadiusowi kolejne zadania biegowe, a ten zalicza bezsensowne kółka wkoło sceny. Wiejski nauczyciel co prawda mówi językiem zatrącającym o barokowy koncept, albo coś na tę modłę – „kim jesteś i co robisz na mojego wuefu szatni” – ale jego faktyczną rolą jest zniechęcanie Arkadiusa do działania i równanie w dół do poziomu prowincjonalnego polskiego zaścianka. Przeciwieństwem tej postaci jest Mr Man: inwestor bez skrupułów, facio z wielkim zegarkiem i penisem – chwali się oboma atrybutami. Jako sponsor Arkadiusa myśli o maksymalizacji zysku. Nakręcając swój świecący chronometr, steruje scenicznym ruchem i wygłasza długie (za długie, moim zdaniem) dydaktyczne monologi mające pokazać brutalność i zacofanie polskiej transformacji ustrojowej lat dziewięćdziesiątych, której znakiem staje się mobbing i opresyjna seksualność: „pokazujemy koleżankom chuje, póki można”.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Kmiecik patrzy przez różowe okulary uproszczonego antykapitalizmu i uznaje, że jeśli rekina biznesu pokażemy jako parodię faceta w garniturze z wielkim przyrodzeniem, to możemy już potem z czystym sumieniem popijać matchę i wsłuchiwać się w kojące brzęczenie pszczół zamieszkujących niewielki ul, który postawiliśmy sobie w sercu wielkiej metropolii.
„Ile jesteś wart?” to fraza powtarzana tu często jako wątek spajający sceny. „Tyle jesteś wart, ile twój ostatni pokaz” odpowiada któraś z postaci.
No w końcu wydaje nam się, że zbliżamy się do końca, ponieważ ponownie wracamy do sceny, która otwierała cały spektakl. Arkadius umiera i w zasadzie logicznie biorąc, tak można by skończyć całość, a spektakl miałby klarowną pointę zgrabnie nawiązującą do początku historii. Ale to epitafijne wieko domyka się wolno i zamiast zakończenia mamy jeszcze kilkanaście nieco przegadanych scen. Tu spektakl traci marksistowski pazur i popada w łzawą sentymentalność połączoną z chaotyczną groteską.
Mamy tu dziennikarkę, która przeprowadza wywiad z Arkadiusem i narzeka, że go nie słychać, znów pojawia się dystyngowana sekwencja pokazu mody, firma Arkadiusa robi plajtę, a bank odmawia mu pożyczki, pojawiają się Szkoci z ogromnymi penisami i tańczą, długo tańczą (tego fragmentu zupełnie nie złapałem, jak i motywu kominiarek w kolorach Irlandii nawiązujących od zespołu Kneecap i do Irlandii Północnej), mamy Davos i motyw biedy, mamy obciąganie jako sposób awansu (znów ten biedny asystent), mamy scenę śmierci Arkadiusa (który raz?), mamy jego mamę, tatę i babcię, których spotyka i na serio babcia mówi w gwarze śląskiej (dopiero teraz, czemu nie wcześniej?) i to ma być wzruszające, bo atmosfera robi się łzawa, a Arkadius przytula się do babci, znów mamy wuefistę z bieganiem, ponownie objawia się Alexander McQueen, Coco i Izabela. A na koniec nauczyciel, a potem cała reszta (jeśli dobrze pamiętam), zaczyna śpiewać Wonderful Life.
Co z tym zrobić? Czy w warsztacie krawca nie ostała się chociaż jedna para nożyczek? Czy może rozbuchany kapitalizm pozbawił nas już wszelkich środków produkcji. Sugerowałbym przefastrygować, podebrać, uplisować, dać na zakładkę, skrócić, przyciąć na miarę.