Logo
Recenzje

AntyGona

23.01.2026, 14:53 Wersja do druku

„Antygona” Sofoklesa w reż. Jakuba Roszkowskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pisze Tomasz Pytko na Facebooku (Chodźże do Teatru).

fot. Joanna Siwiec / mat. teatru

Na spektakl w MOS-ie idę nieufnie. W pamięci mam dwa niedawne i tematycznie pokrewne tytuły w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Ostatnie zetknięcie z antykiem w Państwie / Der Staat” Jana Klaty było, oględnie mówiąc, potknięciem i bolesnym zderzeniem z formą, z kolei Pokój na podstawie tekstu Szczepana Twardocha, raptem kilka miesięcy temu, musnął temat wojny, rozkładając konflikt w bardzo uproszczony sposób. Tym razem jednak stawką jest coś więcej: klasyczna tragedia, która od wieków domaga się od widza, by spojrzał jej prosto w oczy i zmierzył się ze światem konfliktu, odważnie nadpisana przez twórcę zgoła odmiennego nurtu sztuki.

Układ widowni od razu determinuje perspektywę. Publiczność siedzi po dwóch stronach sceny i patrzy na siebie nawzajem, jakby – zanim rozpocznie się spektakl – miało dojść do cichej konfrontacji. Kiedy podnoszę wzrok, pojawia się myśl, że to my – współcześni mieszkańcy Teb – opowiedzieliśmy się już po jednej ze stron bratobójczego konfliktu. Scena pośrodku przypominająca zarówno ring, jak i blaszane naczynie, które ma obmyć rany po bitwie, choć od początku wiadomo, że tej nocy wypełni ją nie tylko symboliczna krew. Organizacyjnie rozwiązanie okazuje się jednak chybione: ciasnota, trudności z dotarciem na miejsce i narastający dyskomfort skutecznie odciągają uwagę od tego, co dzieje się na scenie.

Trzonem spektaklu jest młode pokolenie wykonawców i to właśnie ono dźwiga AntygonęAga Kościelniak jako Ismena imponuje niezmiennie wysoką formą wokalną, Wojciech Dolatowski (Hajmon) nadaje całości impuls ruchowy i pokazuje dużą skalę wokalną, a Daniel Malchar (Posłaniec / Strażnik) wchodzi w rapowe wersy z taką swobodą, jakby chwilę wcześniej schodził ze sceny po pożegnalnym koncercie na Narodowym. Jednocześnie z wyczuciem partneruje Annie Tomaszewskiej w wymagającej roli Eurydyki – aktorce, która „może, ale nie musi”. Skład aktorski szlifował głosy pod okiem Zuzanny Skolias-Pakuły, tym bardziej docenić warto tych, dla których nie jest to główny sceniczny skill.

Największym odkryciem pozostaje jednak Antygona w wykonaniu Julii Kazany. Studentka trzeciego roku AST, wyrwana z bezpiecznych murów szkoły i wrzucona w pełnowymiarową produkcję, nie gubi się ani na moment. Jest odważna, pewna głosu, precyzyjna w rapowanych frazach napisanych przez jednego z najlepszych tekściarzy nad Wisłą. Ukłony należą się poławiaczom pereł – za odwagę sięgnięcia po tak młodą aktorkę i udany casting. Antyczny dramat nie może obyć się bez chóru – tutaj tworzy go dodatkowo pięcioro aktorów – oraz bez władcy. Kreon w interpretacji Rafała Dziwisza pozostaje bezrefleksyjny, sztywny i z charakterystycznym dla tego aktora wokalnym sznytem.

U Sofoklesa pojawia się także Tejrezjasz, ślepy wróżbita. W tej inscenizacji to postać kluczowa i silnie symboliczna. Gra ją Dominika Kozłowska – aktorka głucha, aktorka zdeterminowana. (Tutaj słowa uznania dla tych, którzy od dostępności scenicznej, przez dostępność odbiorczą, przesuwają się ku dostępności ludzkiej w Teatrze Słowackiego – Dominice Feiglewicz). On ślepy, ona głucha, oboje niewysłuchani. Kozłowska wpierw przemawia językiem migowym, a głos z offu uzupełnia narrację; w finałowych scenach zabiera głos i zostaje zupełnie niezrozumiana przez zrozpaczoną Ismenę, choć jej przekaz przysłania raczej doczesny materializm.

Projekcje wideo Natana Berkowicza pojawiają się na podwieszonych pod sufitem ekranach, ale już w foyer – przed wejściem na salę – widzimy nagrania wykonane przez młodych aktorów. To zdecydowanie beztroski czas sprzed antycznej wojny. W trakcie spektaklu każda ze scen zyskuje dodatkową, uzupełniającą narrację wideo: pokojowe nastawienie Antygony dopełniają pacyfki, emocje przyjmują formę socialmediowych emotek, a wyroki ferują internetowi hejterzy. Cytaty „ekspertów znad klawiatury” przytacza również chór. Kreon robi wszystko pod publiczkę – scena ta podkreśla współczesny portret władzy podyktowanej słupkami sondaży. Ze sceny pada też fraza: „teraz tragedie na X, kiedyś tragedie greckie”, i tych łączników ze współczesnością jest oczywiście całe mnóstwo. Nie sposób ich wszystkich opisać i analizować, ale ich przenikliwość oraz celność wzbudzają mój podziw. Nie mówiąc już o aktualności – nawet tej nabytej niejako po drodze – bo kto by przewidział, że noblowska saga Trumpa zyska w ostatnim tygodniu nowy odcinek. Narracja sięga również w dystopijną przyszłość: spoglądając w górę, Antygona wypatruje drona, który kiedyś przynosił śmierć, a dziś dostarcza pizzę.

Tekst Sofoklesa został nadpisany przez Bisza, rapera z niemal trzydziestoletnim doświadczeniem, i połączony z muzyką jazzowego pianisty oraz kompozytora Michała Szlempo. To nie jest ich pierwsza współpraca i słychać to od pierwszych taktów. Materiał brzmi jak gotowa, bardzo dobra płyta – łatwo wyobrazić sobie te songi w studyjnym wykonaniu samego Bisza. Najpierw jednak powstał rys scenariuszowy, za który odpowiada reżyser Jakub Roszkowski. I tu pojawia się przewrotna, wajdowska myśl: „zaraz przyjdą aktorzy i wszystko nam zepsują”. Paradoksalnie, w tym przypadku to nie aktorzy są problemem.

Roszkowski po raz kolejny sięga po sprawdzony klucz „well-known names” wśród współpracowników. Efekt? Nadmiar. Niezliczona ilość zbędnego ruchu, ciągłe przemieszczanie bohaterów, które z czasem staje się dla nich wyraźnie uciążliwe. Sceny zbiorowe grzęzną w dobrze znanych, przewidywalnych układach choreograficznych Maćko Prusaka. Scenografia Mirka Kaczmarka, choć efektowna w założeniu, komplikuje organizację widowni i nie oferuje adekwatnej dramaturgicznej nagrody. Niestety – lekko spoilerując – nie uważam, by efekt wylania blisko 500 litrów cieczy imitującej krew w ostatnich dziesięciu minutach spektaklu robił na tyle piorunujące wrażenie, by uzasadniać późniejsze sprzątanie i inwestowanie w tę maź (produkcja prosto z laboratorium Politechniki Krakowskiej).

Antygona śpiewa o „życiu bananów”, o świecie sytej Europy, w którym tchórzostwo bywa wygodniejsze niż heroizm, o skręcie w niebezpieczną stronę całej globalnej wioski. Współczesny krajobraz wojny można dziś ulokować w wielu szerokościach geograficznych, dlatego jej narracja mocniej dotyka traumy po wojnie – wyzwania, jakiemu będziemy musieli sprostać, gdy wreszcie, w „pokoju”, przyjdzie nam pochować ostatnich ukraińskich bohaterów. Jakub Roszkowski przygotowania do sztuki poprzedził dialogiem z młodym pokoleniem, który stale odbywa się w ramach działań edukacyjnych instytucji. Świadomie stargetował spektakl do takiego właśnie widza, tworząc obraz egzystencjalny i pokoleniowy. Jestem przekonany, że ten przekaz trafi do tej widowni w sposób zrozumiały, dotykając ważnych dla niej artefaktów życia i bieżącej agendy.

A co z resztą? Tempo tekstu bywa zabójcze. Chcąc wynotować cytat do tego tekstu, momentalnie dostawałem kilka kolejnych – łatwo zgubić wątek. Siedziałem wśród osób raczej w jesieni życia; szeptali między sobą o braku zrozumienia przekazu. Jak wspomniałem, to materiał na płytę, z którą chciałoby się zapoznać kilkukrotnie, wyłapać i analizować. Teatr biegnie jednak zupełnie innym tempem. Trochę brakuje tu oddechu – ale może właśnie z tym chce nas reżyser pozostawić. Czy mniej niż półtorej godziny to wystarczający czas na tę opowieść? Patrząc na trud aktorski i realny ciężar przedsięwzięcia, to chyba i tak maksimum.

Do ostatnich zdań tego tekstu mam rozdźwięk. Nowa AntyGona nie jest dla wszystkich, nie powstała historia uniwersalna – ale też nie musiała. Kosmogoniczne elementy sztuki uważam za wybitne, jednak w dalszym procesie twórczym coś się zgubiło, coś zostało zbyt mocno dociśnięte i miejscami niepotrzebnie zepsute efekciarstwem. Być może kolejne przebiegi wydobędą przede wszystkim radość tych, którzy i tak będą pisać dalsze losy spektaklu – aktorów.

Brawo zespół. Chodźże na Antygonę.

Źródło:

Materiał nadesłany

Link do źródła

Autor:

Tomasz Pytko

Data publikacji oryginału:

20.01.2026

Sprawdź także