EN

10.10.2022, 12:45 Wersja do druku

Alleluja i do przodu!

„Tartuffe czyli Świętoszek” Molière'a w reż. Jarosława Tumidajskiego w Teatrze Powszechnym w Radomiu. Pisze Benjamin Paschalski na blogu Kulturalny Cham.

fot. Bartek Warzecha

Większość widzów odwiedzających sale teatralne poszukuje rozrywki, oddechu od codzienności. Ale równie chętnie oglądamy widowiska korespondujące z dniem dzisiejszym, gdy niby z przymrużeniem oka widzimy nasz obraz społeczny, może wyjaskrawiony i przeszyty cyniczną kreską wyrazistości, ale pełen dosadnego komentarza do współczesności. Takim tekstem, który świetnie ukazuje mechanizmy relacji międzyludzkich, rolę wiary w życiu, a nawet szerzej kościoła w państwie jest Tartuffe francuskiego mistrza Moliera. Można go wystawiać w kostiumie odwołując się do tradycji i spuścizny teatralnej, ale również podjąć próbę wpisania komedii w dzisiejszy czas i opowiedzieć rzecz o nas, Polakach wieku dwudziestego pierwszego. I właśnie takowego uwspółcześnienia dokonał Jarosław Tumidajski w radomskim Teatrze Powszechnym. Ryzyko się udało. Choć mimo niektórych nietrafionych scen i zgrzytu pomiędzy wierszem a akcją sceniczną to publiczność otrzymuje garść dobrej rozrywki przy równoczesnym lustrze naszej rzeczywistości. Moja sąsiadka w teatralnym fotelu co chwilę przytakiwała słowom padającym ze sceny. To trochę jak na kościelnym kazaniu, gdy wszyscy kiwają głowami, a jeden wierny rozumie i milczy. Tu odwrotnie reakcje są spontaniczne, a treści nad podziw aktualne i trafne. A skojarzenia, choć pisane grubą kreską – jednoznaczne.

Całość spektaklu definiuje jeden prosty zabieg. Przed jego rozpoczęciem, klasyczne ostrzeżenie o nieużywaniu telefonów komórkowych, ale wplecenie dwóch powiedzonek powiązanych z kościołem określa problematykę spektaklu. „Alleluja i do przodu” – to najlepsze motto radomskiego wieczoru. Bowiem jest to opowieść jak wiarą można uwieść drugiego człowieka. Jak prosty cwaniak, intelektualne zero, wykorzystując proste mechanizmy manipulacji z krzyżem w tle, może zbałamucić naiwnego i łatwowiernego człowieka, który oddaje mu całe własne dobro duchowe i materialne, a na koniec staje się nędzarzem. Spektakl jest na swój sposób, w komediowym tonie, moralitetem o uwiedzeniu, gdzie oczy zasłania jedna idea, jedna wartość dla której poświęcamy rodzinę oraz najbliższych.

Tumidajski osadza molierowską opowieść w dniu dzisiejszym. Dom nuworysza Orgona, kochającego męża i ojca nawiedza niczym Kaszpirowski – Tartuffe. Człowiek o marnym charakterze, bigot, lis farbowany, który pod płaszczem świętości, okręca wokół palca pana domu. Na nic zdają się zabiegi żony, służącej, dzieci o wybudzenie się z religijnego omamienia. Chytry Tartuffe jest nieokiełznany. Prostacki mechanizm użycia słów i gestów jednych oczarowuje, innych odrzuca. Jest w tym zabiegu wiele z naszej codzienności. Aluzja reżysera zestawienia postaci z redemptorystą z Torunia jest bardzo jasna do odczytania. Nie bez powodu Orgon wjeżdża na scenę Mercedesem, którego logo na frontonie zostanie zmienione na krzyż w momencie przejęcia majątku. No przecież bohater z Pomorza też otrzymał samochód od bezdomnego. Tartuffe nie cofa się przed niczym jest jak szantażysta, terrorysta, który demoluje mir domowy w imię własnej korzyści. Otrzeźwienie Pana domu przychodzi zbyt późno. Z bogacza staje się nędzarzem, zerem wykpionym i zdradzonym. Rodzina mimo zabiegów otrzeźwienia staje się niemym znakiem ostrzegawczym, bowiem zaślepienie jest silniejsze. To przestroga dla wszystkich, bo skutki i następstwa zaślepienia w każdej wierze mogą być katastrofalne.

Przedstawienie rozgrywa się tu i teraz. Scenografia Michała Dracza jest prosta i funkcjonalna, ale nie pozbawiona kiczu charakterystycznego dla domów nowobogackich właścicieli. Zabrakło jedynie krasnali ogrodowych, ale sztuczne kwiaty to i tak wystarczająca ironia. Na obrotowej scenie pokój z podstawowymi sprzętami. A na proscenium pojawia się figura Jana Pawła II, bo przecież jak wierzyć to nie tylko dla siebie, ale i na pokaz. Kostiumy to kolekcja salonu mody, a na tym tle wyróżnia się Tartuffe w dresie lub skromnym ubraniu. Bowiem jest inny, odmienny od domostwa Orgona. Należy podkreślić dobry zespół aktorski. Choć pierwsze fragmenty nie należą do najlepszych, można odnieść wrażenie, że spektakl zmierza w złym kierunku, to przebija wszystko scena córki Orgona Marianny (Aleksandra Bogulewska) z jej narzeczonym Walerym (gościnnie Piotr Gawron-Jedlikowski), gdy kłótnia przeradza się w bitwę na części garderoby jak pojedynek na miny w Ferdydurke Gombrowicza. Dalej akcja nabiera dobrego przyspieszenia. Osobą napędzającą zdarzenia jest służącą Doryna (Maria Gudejko), która jako pierwsza rozszyfrowała kłamliwego Tartuffa. Pewna siebie, wygadana i zaradna. Jednak kluczową rolę odgrywa tytułowy bohater. Jakub Kamieński łączy w sobie prostego cwaniaka z przebiegłym i wyrachowanym udawanym dewotą. Okręcił wokół palca pana domu, który nie wierzy nikomu tylko farbowanemu lisowi.

Spektakl w Radomiu to swoista przestroga, że słowa Moliera sprzed czterech wieków są nadal aktualne. Czasy się zmieniły, ale ludzie nada popełniają identyczne błędy. Wokół nas pełno łatwowiernych i zagubionych, którzy w imię dobrej sprawy, w tym przypadku wiary, są w stanie oddać cały swój majątek. Otrzeźwienie przychodzi gdy już jest zbyt późno. A przecież warto ufać najbliższym a nie medialnym manipulatorom i napotkanym kaznodziejom niby dobrej sprawy. A przecież chodzi tylko o egoistyczne wykorzystanie bliźniego, bo Alleluja i do przodu!

Tytuł oryginalny

ALLELUJA I DO PRZODU! „TARTUFFE CZYLI ŚWIĘTOSZEK” – TEATR POWSZECHNY RADOM

Źródło:

kulturalnycham.com.pl
Link do źródła

Autor:

Benjamin Paschalski

Data publikacji oryginału:

10.10.2022