EN
28.12.2020, 12:18 Wersja do druku

Aktor Kamil Maćkowiak: To nie artysta we mnie jest zgnębiony, tylko przedsiębiorca. On już nie daje rady

Mam poczucie, że tracę spełnienie marzenia, którego dopiero dotknąłem. Nie rozumiem, dlaczego niektórzy mogą pracować, a my nie, dlaczego nasza praca jest bagatelizowana - z Kamilem Maćkowiakiem, aktorem filmowym i teatralnym, reżyserem, dyrektorem artystycznym Sceny Monopolis, rozmawia Aleksandra Pucułek w Gazecie Wyborcej - Łódź.

Kamil Maćkowiak podczas próby "Lekcji stepowania" w Och-Teatreze, fot. Marcin Kmieciński / PAP

Aleksandra Pucułek: Lubi pan święta?

Kamil Maćkowiak: Bardzo. Mimo że jestem dorosłym facetem, zostało we mnie coś z dziecka: tęsknota za śniegiem, radość z prezentów. Staram się wydłużyć świąteczny czas, więc dużo wcześniej słucham kolęd, wcześniej też ubieram choinkę. Lubię te przygotowania, podział obowiązków: kto co robi, kto co przywozi.

Celowo zaczęłam od przyjemnego pytania, trochę w kontrze do tego roku, który mija.

- Nie ma co tu posypywać błota - żeby nie nazwać dosadniej - brokatem. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że przeczołgał mnie ten rok. Był przedziwny.

Zaczął się od wysokiego C, w styczniu inaugurowaliśmy Scenę Monopolis w Łodzi. Zrobiliśmy "Śmierć i dziewczynę" w reż. Waldemara Zawodzińskiego, fantastycznie przyjętą przez widzów i recenzentów - z Jowitą Budnik, Mariuszem Słupińskim i ze mną. Potem był fantastyczny luty, dużo graliśmy, przenieśliśmy nasze spektakle do Monopolis. A w marcu zaczął się lockdown. Jak tylko mogliśmy się w czerwcu odmrozić - zrobiliśmy to. Graliśmy do października włącznie, nawet zrobiłem premierę w czasie pandemii - monodram na podstawie autobiografii Klausa Kinskiego "KLAUS - obsesja miłości”. W Scenie Monopolis pojawił się też "Niżyński", więc artystycznie są to dla mnie ważne wydarzenia. Tylko to nie artysta we mnie jest sfrustrowany, zgnębiony, tylko przedsiębiorca, którym też jestem i to on już prawie nie daje rady.

Najgorszym rezultatem pandemii dla mnie nie są te napięcia, lęki, tylko zwątpienie, zniechęcenie. Przyszedł moment powiedzenia sobie: no trudno, walka nic nie da i może trzeba będzie pójść w zupełnie inną stronę niż bym chciał.
Na Facebooku napisał pan, że "od jakiegoś czasu przygotowuje alternatywny scenariusz na życie - bez fundacji, bez prowadzenia teatru w Łodzi".

- Ten wpis był efektem pogodzenia się z tym, że końca pandemii jako teatr, grupa, możemy nie doczekać. Pożegnałem się już z jedną osobą z fundacji, musiałem z nią rozwiązać umowę. Dla małej ekipy, jaką jesteśmy, to są bolesne decyzje. Nie mamy już rezerw finansowych i żadnego przychodu. Utrzymujemy się głównie z biletów, więc sytuacja jest trudna, właściwie beznadzieja.

Dla mnie Łódź to mój teatr, przyjaciele i widownia, która przyszła za mną z Teatru im. Jaracza, doszli też kolejni widzowie. To mój kapitał. Jeśli tego teatru nie będzie, to mam alternatywę, czyli Warszawę, gdzie jest największy rynek pracy dla aktora. Do tej pory byłem skoncentrowany na teatrze, więc moja agencja z Warszawy wiedziała, że wiele propozycji odrzucam, bo nie miałem na to czasu, teraz zacząłem je przyjmować.
Trudno żyć w rozkroku, bo można się przewrócić.

- Prowadzę teatr w Łodzi i czasem dojeżdżam na plan, do serialu do Warszawy - to jest możliwe. Nie wyobrażam sobie jednak mieszkać w Warszawie i prowadzić teatr w Łodzi, bo prowadzenie teatru to nie tylko granie spektaklu, ale to zarządzanie całą firmą, to wymaga zaangażowania, obecności.

Jeśli zdecyduję się na przeprowadzkę „za chlebem”, to nie obrażę się na Łódź, może jeszcze kiedyś w Łodzi coś zagram, ale z pewnością musiałbym się zdystansować, przynajmniej na jakiś czas, bo pewnie pękałoby mi serce, patrząc na miejsce, które musiałem zostawić. To tak jak po rozstaniu, człowiek nie chce się widywać z partnerem czy partnerką, nawet jeśli mają dobre relacje, musi się trochę z tego wyleczyć. I tego się boję.

Dopóki mogłem grać w teatrze, czy dla połowy widowni, czy dla jednej czwartej, to nie narzekałem. Mimo, że te dwa warianty były nieopłacalne. Efektem tego grania jest jednak teraz brak dofinansowania z Funduszu Kultury.

5 tys., które dostaliśmy, wynika z algorytmu. W zeszłym roku nie graliśmy przez czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, bo to zazwyczaj w teatrze sezon ogórkowy. W tym roku przez te miesiące graliśmy, mimo że byliśmy stratni ze względu na obostrzenia dotyczące liczby widowni. Chcieliśmy utrzymać kontakt z widzem, chcieliśmy, żeby teatr w Monopolis nadal żył. Niestety, według nieszczęsnego algorytmu mieliśmy przychód. To absurd, bardzo mnie to zniechęciło, lepiej było nic nie robić i dostać pieniądze, niż działać, starać się.

Mimo wszystko nie żałuję, że grałem od czerwca do października, chociaż z rachunku ekonomicznego było to nieopłacalne. Widzowie byli spragnieni teatru. W październiku grałem dla jednej czwartej sali "Diva Show", która jest spektaklem interakcyjnym. Ludzie bardzo się starali, byli szczęśliwi, że mogli przyjść do teatru, miałem wrażenie, że ta interakcja była wręcz silniejsza, energia była niesamowita, potrzeba ogromna. Tylko nie przeskoczę tego, że są stałe koszty, które muszę pokryć: siedziba, rachunki, etaty, ubezpieczenia.

Najgorsze jest to, że gdyby to się zdarzyło w zeszłym roku, mój stosunek do tej sytuacji byłby inny.
Dlaczego?

- Bo nie było Monopolis. Mam poczucie, że tracę spełnienie marzenia, którego dopiero dotknąłem. Nie rozumiem, dlaczego człowiek w maseczce w teatrze jest bardziej narażony na ryzyko niż w samolocie, w którym 100 proc. miejsc może być zajętych, dlaczego niektórzy mogą pracować, a my nie, dlaczego nasza praca jest bagatelizowana. Dużo jest pytań i wątpliwości.

Dla kultury, teatru takiego jak my – niezależnego, bez stałej dotacji każdy miesiąc bez grania, jest beznadziejny. Co gorsza, sztuka według decydentów jest tym ostatnim elementem, o który trzeba zadbać.

    Jesteśmy grupą, która się nie skrzyknie, nie zrobi protestów, bo one do nikogo nie przemówią. Przebijają się ci, którzy krzyczą, rozumiem ich krzyk i go popieram, ale my z naszym kwileniem umierającej kultury jesteśmy niezauważalni.

Poza tym jesteśmy zbiorem indywidualistów, którym kiepsko wychodzi współpraca. Cieszę się, że powstała Unia Teatrów Niezależnych, do której mój teatr należy i jest jednym z założycieli. Szukamy pewnych rozwiązań, ale zderzamy się z tym, że potrzeby wszystkich innych są bardziej priorytetowe.

Jest pan łodzianinem z wyboru. Czuje się pan w ogóle łodzianinem?

- Tak, myślę o sobie łodzianin, dlatego mi zależy, żeby jeszcze walczyć, przetrwać i zostać w Łodzi. Tutaj trzy lata temu ściągnąłem tatę po śmierci mamy, od razu podjęliśmy też decyzję, że pochowamy mamę w Łodzi. Do czasu pandemii nie miałem wątpliwości, że Łódź będzie na pierwszym miejscu, że będzie domem, nawet jeśli trochę więcej będę pracować w Warszawie i te proporcje będą różne, to Łódź będzie numerem jeden. Z tymi myślami biję się codziennie, siedząc nad Excelem, szukając jakiś rozwiązań.
Dlaczego Łódź stała się domem, co miała takiego w sobie?

- Na przestrzeni dwóch dekad, czyli od kiedy tu jestem, widzę, jak to miasto wypiękniało. Niezmiennie się nim zachwycam, zwłaszcza gdy oprowadzam kogoś, opowiadam, co było kiedyś i co jest teraz.

Przyjechałem tu z Gdyni. Gdy na pierwszym roku studiów szukałem mieszkania do wynajęcia, w agencjach nieruchomości pytano mnie, czy mieszkanie ma być z łazienką. Jako 19-latek z Gdyni nie rozumiałem, co się do mnie mówi.

Na początku, co jest dla mnie symboliczne, mieszkałem przy Przędzalnianej. Miałem okna na Polmos, czyli na miejsce, w którym dziś jest Monopolis. Widziałem je z okien codziennie. Dwie dekady później jestem dyrektorem artystycznym teatru w tym miejscu, tu spełniło się wielkie marzenie o własnym teatrze. Dziś myślę, że szedłem - mimo błędów - konsekwentnie drogą do tego celu. Pewne decyzje podejmowałem już 15 lat temu, kiedy np. równolegle do "Niżyńskiego" zaproponowano mi rolę w serialu, który kręcony jest zresztą do dziś. Odmówiłem, bo teatr był zawsze najważniejszy i w końcu dostałem miejsce, w którym mogę go tworzyć, realizować marzenia wraz z grupą pasjonatów, którzy są ze mną. Myślę, że od siedmiu lat udało nam się stworzyć rozpoznawalną w Łodzi markę, mamy wiernych widzów, wyprodukowaliśmy 12 premier. To naturalne, że myśl o utracie takiego dorobku jest paraliżująca.

Takie miejsce jak Monopolis pokazuje też, jak pięknie Łódź można zrewitalizować, połączyć przeszłość z nowoczesnością. Tata też spojrzał na Łódź w sposób mniej powierzchowny. Kiedy jeszcze odwiedzali mnie z mamą, w porównaniach do Gdyni, Gdańska, Łódź wypadała słabo. Teraz ma tu dużo swoich miejsc, wiele wspomnień związanych z Łodzią, a to tworzy relacje z miastem.
"Pandemia oprócz złości, potem bierności, finalnie wyzwoliła we mnie kolejne pokłady pokory". Tak napisał pan ostatnio na Facebooku. Wydawało mi się, że tej pokory miał pan całkiem sporo.

- Pokora pojawiła się wraz z moim teatrem. Wcześniej byłem niepokorny, uważałem, że coś mi się należy, nie do końca doceniałem pracę innych ludzi, a teraz, kiedy sam zacząłem zarządzać instytucją, zwróciłem uwagę na tych, których wcześniej nie zauważałem. Potrzebowałem dojrzeć, przestać być sfrustrowany, roszczeniowy, dzięki pracy od podstaw, czyli budowaniu swojej firmy, to mi się udało.

Największym sukcesem nie są spektakle, nagrody, tylko to, że się zmieniłem.

Dlatego któregoś dnia usiadłem w domu i stwierdziłem, że jestem szczęśliwym człowiekiem, mimo że na zewnątrz wszystko się wali, w ostatecznym rozrachunku liczy się to, kto jest zdrowy i to zmieniła mi pandemia.
Zazwyczaj przy okazji takich rozmów świąteczno-noworocznych pytam o plany na przyszły rok.

- W zawieszeniu mam premierę spektaklu "Idiota" z Agnieszką Skrzypczak w reż. Waldemara Zawodzińskiego, która miała się odbyć w listopadzie. Przełożyliśmy ją na styczeń, teraz widzę, że to pewnie też nie będzie możliwe.

Pomysłów na kolejne realizacje mam wiele, brakuje tylko budżetu. Nie jestem celebrytą, gwiazdą, często mówię, że na co dzień jestem teatralnym robotnikiem, który idzie do pracy jak w kopalni, czy w sklepie z tą różnicą, że ja wychodzę na scenę i daję ludziom emocje. Chciałbym do tego rytmu, do tej codzienności wrócić.

Nie robię planów na przyszły rok, marzę o tym, żeby przetrwać, żeby marzenie mojego życia - teatr, który stworzyliśmy - nie stał się kolejną ofiarą pandemii. Jedynym plusem tego smutnego czasu jest fakt, że doceniłem to, co miałem.

Tytuł oryginalny

Aktor Kamil Maćkowiak: To nie artysta we mnie jest zgnębiony, tylko przedsiębiorca. On już nie daje rady

Źródło:

„Gazeta Wyborcza - Łódź” online

Link do źródła

Wszystkie teksty Gazety Wyborczej od 1998 roku są dostępne w internetowym Archiwum Gazety Wyborczej - największej bazie tekstów w języku polskim w sieci. Skorzystaj z prenumeraty Gazety Wyborczej.

Autor:

Aleksandra Pucułek

Data publikacji oryginału:

28.12.2020

Wątki tematyczne