„Królowa Śniegu” Maxa Richtera w choreogr. Małgorzaty Dzierżon w Operze Wrocławskiej. Pisze Benjamin Paschalski na swoim blogu.
Poszerzanie pola – tak można i należy nazwać poszukiwania sfery tańca na świecie. Coraz mocniej eksperyment, oryginalność, a także łączenie z innymi sztukami performatywnymi wpływa na kształt przedstawień. Nie bez powodu dopiero co otwarty nowy dom dla tychże zdarzeń przybrał miano Pawilonu Tańca i Innych Sztuk Performatywnych. Wielkim przebojem, odwiedzającym kolejne miejsca na świecie, są pokazy łączące ruchową precyzję z cyrkową doskonałością. Liczne festiwale oraz domy tańca wzbogacają program o owe wydarzenia święcące triumf powodzenia wśród publiczności. Owym świetnym przykładem może być australijska formacja CIRCA prowadzona przez Yarona Lifchitza. Twórca poszukuje różnorodności, zestawia niemożliwe z możliwym, choćby pokaz akrobatyczny z muzyką symfoniczną. To przekraczanie granic, gdy świat cyrku uznawano za sztukę niższej kategorii, przestało istnieć, gdyż począł on gościć w ekskluzywnych miejscach na całym świecie. Równie ciekawa jest chińska formacja Xi’an Acrobatic Troupe, która coraz częściej w Europie prezentuje swoje spektakle. Dla przykładu Jezioro łabędzie, choć do muzyki Piotra Czajkowskiego, przesiąknięte jest ekwilibrystyką, siłowymi podnoszeniami, a dech w piersiach zapiera, gdy solista na swoim ramieniu osadza pointę tancerki w baletowej pozie. Owszem pełno w owym wydarzeniu tanich chwytów jak kobieta guma, ale nie zmienia to faktu, że ukazuje ono precyzję oraz przekraczanie granic jednorodności sztuki baletowej.
Nie mam pewności czy z owych źródeł czerpała Małgorzata Dzierżon, szefowa baletu Opery Wrocławskiej, a także choreografka zeszłosezonowej produkcji Królowa Śniegu. Nie było mi dane zobaczyć owego spektaklu wcześniej, gdyż zbiegi okoliczności spowodowały przesunięcie oryginalnego terminu premiery, a następnie odwołanie przedstawienia z powodów technicznych. Za trzecim razem udało się. I mogę powiedzieć, że dolnośląski zespół rozwija się prężnie, a poznanie całkowicie nowej produkcji przygotowanej przez polskiego twórcę zawsze napawa optymizmem. I owe doświadczenie, choć trwa zaledwie sześćdziesiąt minut, jest niezwykle wartościowe, dobrze ułożone, ale niestety nie wolne od pewnych uchybień - a największym jest wspomniany czas, bo bajka baletowa winna trwać, aby ukazać piękno i głębię każdego ze wskazanych wątków. A tego niestety zabrakło. I może brak owego rozwinięcia powoduje, że niektóre sekwencje umykają, przelatują jak muśnięcie skrzydełek motyla, a ich urok winien trwać i utrwalić się w pamięci.
Nie jestem zatem przekonany, że jest to w pełni spektakl dedykowany dla dzieci, które mogą odczuwać głód owej pięknej opowieści o przyjaźni Kaja i Gerdy. Traktuję zatem produkcję jako formę baletowej impresji pełnej fascynującego tańca – świetnie go tworzy Dzierżon, choć rozbitego na epizody pór roku. Są one zgodnie z muzycznym tłem „Czterech Pór Roku” Antonio Vivaldiego w reinterpretacji Maxa Richtera, które pewne niepokoju, drżenia, minimalizmu świetnie współbrzmią z opowieścią wywiedzioną z baśni Hansa Christiana Andersena.
Małgorzata Dzierżon jest wierna opowieści Duńczyka. Nie eksperymentuje w narracji oddając pole bohaterom znanej bajki. I to może walor, że młoda widownia odnajduje konteksty i sensy owej tanecznej opowieści. Całość rozpoczyna pęknięcie lustra, którego dokonują trzy diabły. I tu pierwsza innowacja – są one zawieszone nad sceną, gdzie wykonują ewolucje akrobatyczne. Tylko ten sam pomysł zasługuje na uznanie, gdyż artystka, chyba jako pierwsza w Polsce na publicznej scenie, nie mówię o formacji Ocelot, wprowadza tego typu działania sceniczne. Zostaną one rozwinięte w sekwencji rozbójniczek, a także Kruka, towarzysza dziewczynki w podróży aby odzyskać chłopca z mroźnych szpon Królowej Śniegu. Jednak nim do tego dojdzie poznajemy główną parę: Gerda (Carola Minardo) i Kaj (Duarte Barros), którzy są sobie przeznaczeni. Nie tylko w codziennej zabawie, ale również młodzieńczym uczuciu sympatii i bijącego mocniej serca. Tym, co konstruuje ów świat jest zabawa, wspólne spędzanie czasu razem z innymi młodymi bohaterami. Tu króluje zespół pełen zapału i sprawności akrobatycznej – podnoszenia, siłowe mocowania to wyznaczniki owej sceny.
Pojawia się Pani pory zimowej i porywa Kaja. A za nim wyrusza Gerda. Odkrywa świat płynącej rzeki skonstruowanej z tancerzy jak falującego węża, ogród pięknych kwiatów z bardzo udanym pas de trois, a także pałac Księcia i Księżniczki, aby trafić do obozu rozbójniczek. W owym kalejdoskopie różnorodności pojawia się Kruk (Andrzej Malinowski), który świetnie partneruje dziewczynce, a także ukazuje paletę swoich możliwości technicznych. Opiekuńczość i dojrzałość kontrastuje z niewinnością i niepewnością młodej bohaterki. Zwieńczeniem owej drogi jest pałac Królowej Śniegu (Shiho Ishizu), niezwykle dobrze prezentującej się w klasycznej formie dominującej swoją odmiennością innych bohaterów. Łzy dziewczynki topią obojętność chłopca, który powraca do świata własnej młodości.
Niesłychaną wartością owego spotkania baletowego jest sprawna opowieść w pełni wyrażona tańcem. Choreografka przeplata indywidualne układy z grupowymi sekwencjami wykorzystując figury gimnastyczne i akrobatyczne. Widać dobrą komunikację pomiędzy artystami, którzy świetnie odnajdują się w zaproponowanej konwencji. Ale pozostaje pewien niedosyt pisany ograniczeniami muzycznej kompozycji. Widz chciałby więcej, dalej, głębiej. A niestety tak szybko jak rozpoczyna się dany epizod niknie wraz z zakończeniem fragmentu muzyki Richtera.
Z owej opowieści bije również pustka emocjonalna. Można odnieść wrażenie, że to perfekcyjny układ różnorodnego i oryginalnego tańca, ale wydestylowany z uczuć. Możliwe, że na nie również nie starczyło miejsca. Nie ma również ukazanego świata krainy lodu. Ostatnie sceny nie rysują owej tajemnicy. Sekwencja sopli lodu jest przepiękna również za sprawą srebrnych kostiumów, ale nie ukazuje pełnego świata zimna i mrozu. Choć wiemy, że Gerda tęskni i płacze, jednak nie zobaczymy tego na scenie. A przecież emocje to niebagatelny element widowiska baletowego.
Walorem strony muzycznej jest obecność orkiestry pod kierunkiem Benjamina Bayla, świetnego specjalisty od muzyki baroku, który świetnie poradził sobie z przetworzeniem Richtera. Jednak solista – Adam Czermak, koncertmistrz orkiestry, nie podołał owemu wyzwaniu. Specyfika koncepcji przerosła artystę, który nie wykończył poszczególnych fragmentów pozostawiając niedosyt w owym wykonaniu.
Powstał zatem spektakl oryginalny i tańczony, w którym wygrywa cały, różnorodny zespół. Świetnie wypadają wspólne fragmenty wzbogacone popisami indywidualnymi, duetami i triami. Jednak ułomnością pozostaje niepogłębianie scen, które chciałoby się oglądać dłużej, aby zrozumieć sensy, zależności i relacje pomiędzy postaciami. Niedobór materiału muzycznego zgubił ciekawy pomysł zasługujący na rozwinięcie. A skorzystałaby na tym narracja i komunikatywność opowieści. Zatem otrzymaliśmy ciekawe, oryginalne widowisko, po którym pozostaje przekonanie o dobrym tańcu i zespole, z niedosytem pogłębionej bajkowej historii.