EN
8.11.2021, 16:32 Wersja do druku

Adres Madagaskar

fot. Marek Zimakiewicz / mat. teatru

"Madagaskar" Magdaleny Drab w reż. Gosi Dębskiej w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Pisze Krystyna Gucewicz.

No i jak? Ciekawe? Dobre?

Tym razem wybitne. Tak. „Madagaskar” w Teatrze Żydowskim to lektura obowiązkowa. Zdarzenie sceniczne w błyskotliwy i inteligentny sposób zestawiające ciężar przeszłości z teraźniejszością, żonglujące cytatami kulturowymi i tropami literackimi. Przedstawienie efektowne, mądre i niejednokrotnie zaskakujące, dość skutecznie dekonstruujące przyzwyczajenia teatru i widza.

Punkt wyjścia jest klarowny: skoro w historii wydarzył się mocarstwowy sen o potędze i ulokowaniu europejskich Żydów w polskiej kolonii na Madagaskarze, to w teatrze nie może dziwić pomysł powołania do życia żydowskich zaświatów, kiczowatego raju na wyspie i opresyjnej izolatki w jednym. Na pierwszy rzut oka aura jest jak z „Panny Tutli Putli” Witkacego, operetki, której prapremiera odbyła się w 1975 roku w teatrze Ateneum, z muzyką Stanisława Radwana i niebiańsko surrealną Anną Seniuk.

Powiedzmy od razu, że całe obecne przedstawienie jest Witkacym podszyte. Jego pragnieniem Czystej Formy, poetyką szalonego snu, absurdem jak z „Metafizyki dwugłowego cielęcia” i poetyką „mózgu wariata na scenie” oraz – nie na ostatku - wiarą w sens i człowieczeństwo. To naprawdę boski melanż w wydaniu młodych, zwariowanych ludzi sztuki spod szyldu Teatru Papahema, szczęśliwie po raz drugi przygarniętego przez Teatr Żydowski na warszawski bruk teatralny.

Już po premierze niezwykłego PeKiN-u (2019) poznaliśmy metodę narracji, jaką ci artyści przedkładają nad inne – patchwork, groteska i serio, wczoraj i dziś złączone w jedno, szczera troska o nas, o sens bycia tu i teraz. Poszukajcie wieści o tej niezwykłej gromadzie artystycznej z białostockim rodowodem; są jednym z najciekawszych zjawisk w polskim teatrze. Teraz „Madagaskar”. Raj na niby, membrana czasów, w których żyjemy, smutek i dramat na granicy koszmaru, bezradność i konieczność powracania pamięci, zdziwienie, że to się tak rymuje z dniem dzisiejszym.

Ironia losu polega na tym, że o wszystkim, także o sprawach jątrzących, nieprzepracowanych, ropiejących, niemal wyłącznie mówi się dziś używając schematów medialnych i szablonów pop kultury. Stąd przez ścieżki teatralnej wyspy prowadzi nas głos Krystyny Czubówny. Dlatego na wyimaginowanym Madagaskarze rządzi z ekranów Wielki Brat. Przepraszam: Pramatka, żywa mumia, wyjęta żywcem z Witkacowskiej galerii tyranów (zaskakująco pomyślana w tej roli Gołda Tencer). W tym raju „jest jak w każdym innym kraju” – dyscyplina i żarty, opresja i marzenia, ale nade wszystko poczucie, że coś tu jest „nie hallo”. Skoro nawet pośmiertni zesłańcy dręczą się paranoją inności, wyobcowania, rodowodów innych niż oczekiwane, walczą ze stygmatyzacją oraz fobiami jedynie słusznego pochodzenia.

Niestety, nie milknie melodyjka z katarynki dziejów. W teatrze początkowo szemrze jak w dziecinnej grze w obce języki, za moment staje się już natrętnym rzężeniem, zasłoną dymną dla „niewygodnego” pojęcia: Żyd. Zjawiają się widma (Wyspiański, Wyspiański!), postaci - wspomnienia, ludzie - legendy. Asystentka doktora Freuda, urodzona w Przemyślu Helena Deutsch, caryca urody Helena Rubinstein, Stanisław Lem, który przez całe życie ukrywał żydowskie korzenie (i fakt, że jest bratem Mariana Hemara). Samuel Goldwyn, hollywoodzki producent z kilkunastoma Oscarami (w tej roli brawurowy Marek Węglarski), rozdarty Julian Tuwim (w kreacji Mateusza Trzmiela, fascynującej wrażliwością, dyscypliną i nadekspresją).

Kim są, kim byli? Jakimiś „Euro Ży-Po Kosmopolito”? Nie prowadzą polemik, po prostu istnieją, lawirują pomiędzy rafami obłędu, zaprawionego mieszaniną drwiny, goryczy, pure nonsensu, czarnego humoru. Bo bywa też zabawnie. Aura szaleństwa, a nawet schizofrenii, nie bierze się znikąd. A przecież ponad wszystkim jest smutek, zdziwienie, zdumienie napędzane imperatywem poszukiwania odpowiedzi na pytanie „jak o tym rozmawiać, jak mówić”?

Obraz, jaki rysują widma z Madagaskaru, staje się nadrealny lecz zarazem coraz bardziej tutejszy. Kiedy twórca esperanto (Zamenhof - Piotr Sierecki) najzwyczajniej w świecie przyznaje, że ideą stworzenia języka uniwersalnego było marzenie o świecie pogodzonym, harmonijnym, i sam natychmiast komentuje, że po drugiej stronie jego naiwności tkwi miłość ludzkości do granic, barier i podziałów, to… To między postaci wymyślone w teatrze wciska się brutalna rzeczywistość i dramatyczny los ludzi nękanych, ginących na naszej wschodniej granicy. Dziś, teraz, nie w literackich zaświatach.

Pytanie: ile jeszcze tych Madagaskarów? Ta przerażająca refleksja uderza jak grom.

Jądrem teatru, to wiemy, jest nieustanne poszukiwanie odpowiedzi. Pytania stawia Los. Dopóki chcemy uczestniczyć w tej grze, świat będzie istniał. Szczęście, jeśli wydarza się tak, jak na „Madagaskarze”. Erudycyjny, mądry tekst scenariusza (Magdalena Drab) daje wspaniałą szansę teatrowi (reż. Gosia Dębska). I nam, widzom.

Pytanie: co z tym zrobimy…

Źródło:

Materiał nadesłany