„Złe baśnie” wg braci Grimm w adapt. i reż. Marcina Libera we Wrocławskim Teatrze Pantomimy. Pisze Kamil Pycia na swoim blogu.
Nie wiem, czy wiecie, ale na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga, chodź opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa. Była sobie Baba Jaga, miała chatkę z masła, a potem odcięła ci ręce i nogi i wypadły ci oczy, a na końcu przyszła dżuma i styrta się dopala! NO WŁAŚNIE NIE WIEM KTO PODPALIŁ - LIPINKI ŁUŻYCKIE ULICA ŁĄCZNA.
Mój pierwszy, poważny spektakl w nowym roku postanowiłem spędzić bezpiecznie, w ciepłych objęciach twórcy, którego już znam; można to nazwać niemalże randeczką. Marcin Liber we Wrocławskim Teatrze Pantomimy sięga do baśni braci Grimm, jednak zamiast serwować opowieść opartą o dobrze znane motywy, wybiera bajki mniej znane i w wersji nie tak bardzo ugrzecznionej jak zwykle są pokazywane. Bazując na nowo wydanym przekładzie książki pozwala wybrzmieć zepchniętym w niebyt i wstydliwie ukrytym obrazom tego, jak naprawdę wyglądały te historie i jaki obraz świata budowały dla słuchaczy.
Liber tworzy spektakl w konwencji mozaikowego obrazu przenikających się nawzajem płaszczyzn różnych baśni; w całość spaja je jednak motyw przewodni spektaklu, czyli głośna muzyka zespołu T H V N. Mocne metalowe brzmienia łączą wszystko w jedną opowieść o niekończącej się feerii przemocy i strachu. Dane nam będzie poznać los Sinobrodego i jego żony, dziewczynki bez rąk czy znanej i lubianej księżniczki Wieloskórki, którą chciał posiąść jej własny ojciec, bo uznał, że skoro mamuśka nie żyje to musi mu wystarczyć córka. Na rany Chrystusa.
Używając tych niepokojących opowiastek Grimmów twórca stara się w moim odbiorze poruszyć kilka kwestii nierozerwalnie powiązanych z tym, jak te teksty wyglądają.
Wyjątkowo mocno uderzył mnie obraz niekończącego się kręgu przemocy w rodzinie. Jednostka społeczna, która winna była dawać poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, staje się niemalże w każdej z tych bajek punktem zapalnym do coraz to nowych i nieznanych wymyślnych form przemocy. Rodzicie biją, katują i mordują swoje dzieci, dzieci w odwecie, nie mając sił, żeby się mścić na dorosłych, wyładowują swoją złość na rówieśnikach lub na zwierzętach. Zupełnie nie sposób oderwać tego od współczesnych doniesień o przypadkach przemocy w domu, gdzie często pijani rodzice katują malutkie dzieci. Opowieści tego typu nie wzięły się z próżni - nasuwa mi to jasne i oczywiste wnioski, że przemoc w tej sferze życia musiała towarzyszyć ludziom od zawsze - baśnie towarzyszące ludziom bazują przecież na tym, co znane (oczekuję nagrody Nobla za moje super odkrywcze przemyślenie). Jednak pytanie skąd to się bierze, skąd w człowieku ta niszczycielska i wściekła potrzeba krzywdzenia innych? Teraz wchodzi cały na biało (lub raczej na czarno) drugi wątek o ciągłej niezaspokojonej obecności Złego wśród ludzi. Szatan przyjmuje postać biskupa piekieł, który bezlitośnie podszeptuje, drwi i ciągnie do złego głupiutkich, nieświadomych ludzi. Okazuje się, że zło po prostu jest złem i tak już jest.
Co istotne, „Złe baśnie” z Wrocławskiego Teatru Pantomimy konfrontują nas z kwestią czy jest sens chronić dzieci przed złem zawartym w takich bajkach, jeśli są one postawione twarzą w twarz ze złem świata, które jest tysiąckrotnie większe i mniej przerysowane niż to proponowane przez znanych braci bajarzy. To, że zamkniemy oczy i będziemy udawali, że nie ma krzywdy na około nas nie znaczy, że ona zniknie i prędzej czy później nas dojedzie.
Od strony inscenizacyjnej - odetchnąłem z ulgą, bo Liber nie postawił ciężaru całości jedynie na pantomimie (z całym szacunkiem dla tej dziedziny sztuki, ale nie zdzierżyłbym 1,5 godziny mimowych spraw). Całej ciężkiej pracy, którą wykonuje na scenie zespół teatru Pantomimy dopełnia głos z offu, który opowiada spore fragmenty baśni, żebyśmy nie musieli jedynie zgadywać co się dzieje. Jest to mega fajny zabieg, bo ma się poczucie, jak byśmy siedzieli sobie u babci na kolankach i słuchali czytanej do poduszki książki. Robi to na początku paraliżujące wrażenie, kiedy turbo przemoc zderza się ze słodkimi głosikami opowiadającymi co się wyczynia.
Aktorzy dają z siebie wszystko i czuć to w ich popisach na scenie. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Jan Kochanowski w roli Szatana przemykającego cały czas w tle, podszeptującego coraz to gorsze pomysły na ucho pozostałym bohaterom. Jest diaboliczny, ale też jednocześnie troszkę śmieszny, przepiękna robota.
Ujęła mnie też Karolina Pewińska w roli dziewczynki, której stary odrąbał siekierą ręce. Zgrabnie przewija się przez kolejne segmenty tej opowieści pokazując ogromny bagaż doświadczenia swojej postaci, ale też uwypukla w przyjemny sposób to, jak fortuna kołem się toczy (toczy się owocem - okej); udaje się jej zostać żoną króla, ale z powodu podszeptów Złego musi uciekać do lasu. Mega dobra rola, poprowadzona z przyjemnym błyskiem w oku.
Poza wcześniej wspomnianymi elementami dorzucę na szczyt tej wieży scenografię Mirka Kaczmarka - obrzydliwie świetna robota. Cała scena jest unurzana we krwi, fragmentach ciał, powykręcanych drzew, ścian prosektorium czy też rzeźni. Dobrze dopełnia całość spektaklu - to jest dokładnie świat, w którym żyją bohaterowie, zlany krwią i ohydą. Kaczmarek odpowiadał też za reżyserię świateł, która jest bardzo dobra: agresywna i podbija kolejne ekscesy na scenie w odrobinę kreskówkowej formie.
Cóż tu dużo mówić - moim ulubionym momentem „Złych baśni” jest scena, w której dziewczynka bez rąk dostaje od męża srebrne protezy i wygląda jak Loreen na Eurowizji w 2023 roku ze swoimi pazurami. Liber wraz z zespołem Teatru Pantomimy ugotował bardzo smaczny spektakl. Zajmujący, przyciągający uwagę, ale też momentami mega zabawny, jednocześnie niesiony muzyką T H V N. Cieszę się, że nie widzimy kolejny raz Nagrobków (mimo mojej sympatii do nich), tylko świeże postaci w uniwersum teatralnym Libera. Może miałem odrobinkę niedosyt i pod koniec miałem poczucie, że Liber ostatnio robi bardziej super koncerty niż spektakle, niemniej i tak jest to duża zwyżka względem ostatniego „Polish Horror Story” z Teatru Słowackiego. Ale nie marudzę, czarownie spędzony czas na naprawdę solidnym przedstawieniu. Tak czułem, że to będzie dobry start w nowym roku. Oby więcej tego twórcy w takiej formie, bo nie ukrywam, że od lat lubię to, co reżyseruje i mam słabość do jego przedstawień, ale słabość krytyczną, bo od tych, których lubię, wymagam więcej - jak ta szalona nauczycielka w szkole.
A, i najważniejsze: Szatan to szmata, kurwa garbata.