Logo
Recenzje

Gwałtu, co się dzieje!

23.06.2025, 14:49 Wersja do druku

„Gwałtu, co się dzieje!” w reż. Tomasza Cymermana w Teatrze Bagatela w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Jeremi Astaszow/mat. teatru

Jak wiadomo nie od dziś, chłop przebrany za babę jest klasyką polskiego kabaretu i humorku, jednak można sobie zadać ważne pytanie – skąd ten trop kulturowy się pojawił. Nie będę w to aż tak wnikał, bo boję się, że kabaret Koń Polski mnie przez to namierzy i poznają mój adres, a chciałbym tego uniknąć dla dobra mojego zdrowia psychicznego. Niemniej pewnym jest, że takie gourmet komedii znane było wielkim Polakom już w XIX wieku, bo wtedy Fredro napisał „Gwałtu, co się dzieje!”. Historię o tym jak w mieście Osieku kobiety dokonały przewrotu i przejęły władzę, zmuszając mężczyzn w miasteczku do ogarnięcia „kobiecych” obowiązków i jednocześnie – dla podbicia tej zmiany – zmuszają ich do noszenia sukien, a same zakładają męskie ubrania. Ta sytuacja prowadzi do uwypuklenia tego, jak często niesprawiedliwe były rządy mężczyzn i równocześnie jak bardzo zepchnięte na margines były kobiety w patriarchalnym świecie. Fredro nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził dodatkowo wątku miłosnego – tutaj pomiędzy młodą dziewczyną, wychowanką burmistrzostwa miasteczka i Dorębą, hultajem, który obiecuje pomóc mężczyznom odzyskać władzę w Osieku, w zamian za rękę swojej ukochanej, a wynika to z niechęci, jaką darzy go opiekun dziewczyny.

Cymerman dość odważnie wybrał sobie tekst do wystawienia, bo „Gwałtu, co się dzieje!” przez poruszaną tematykę bardzo łatwo może zaliczyć spory flop, gdyż mocno bazuje na stereotypach i prześmiewczym przedstawianiu przywar zarówno kobiet, jak i mężczyzn, co w nieumiejętnych rękach mogłoby przypadkowo obrazić wszystkich (mam też z tyłu głowy, że to Teatr Bagatela i jest tutaj spory margines pozwalania sobie na „grażyńskość”, bo takie w dużej mierze są klimaty spektakli proponowanych w repertuarze). Niemniej pomimo zachowania ogólnego klimatu sztuki Fredry i nieingerowania zbytnio w jego materię, reżyserowi udaje się wyjść z tego obronną ręką i nie popadać w narrację wspomnianego kabaretu Koń Polski, i nie skupiać się jedynie na potencjalnym komizmie chłopa w sukience, co dodatkowo podkreśla poprzez obsadzeniu w roli dwóch mężczyzn kobiet i w roli jednej z kobiet mężczyzny, co też było dla mnie jasnym sygnałem wyjęcia poza nawias startowej konwencji tekstu. Dzięki temu wykorzystuje się wyjściową sytuację jako pretekst do przyjrzenia się mechanizmom politycznym, duopolowi władzy i temu jak dobra zmiana może być tak naprawdę jedynie zmianą fasadową, która pomimo ambitnych i dobrych chęci będzie dokładnie taka sama, jak zwalczana propozycja opozycji. Na ogólny odbiór dobrze wpływa również fakt, że spektakl pozbawiono odniesień do współczesnej polityki, co powoduje, że proponowane odczytanie Fredry nie traci uniwersalności bez względu na to, jaką opcję polityczną wyznaje widz i w którym roku będzie ten spektakl grany, za co ciepły uśmiech do twórców, bo nic tak nie boli, jak spektakle przeterminowujące się po jednych wyborach do sejmu.

fot. Jeremi Astaszow/mat. teatru

Ciekawie ogląda się w komediowej otoczce taką polityczną intrygę mądrze podbitą estetyką queerowej rewii. Interesującą perspektywą jest obserwowanie, jak kobiety udające mężczyzn, mimo że przejęły władzę, okazują się być tak samo bezmyślne, jak ich mężowie i popełniają takie same błędy, wikłając się w namiętności i często też arbitralnie podejmując decyzje ograniczające wolność innych – na przykład piekielne dobra scena, gdy Burmistrzowa każe Kasi wyjść za Filipa Grzegotkę bez względu na to, jak bardzo dziewczyna tego nie chce. Wydawałoby się, że powinna zawiązać się jakaś siostrzana solidarność między kobietami, jednak będąc przy władzy, robią dokładnie to samo, co robili mężczyźni. I kolejny raz pokazuje nam to, że tak realnie zmiana władzy to tylko pozory, bo zwykle nowi rządzący tak naprawdę chcą dobrze dla siebie i bardzo często mogą robić rzeczy tak samo podłe, jak obalony przeciwnik polityczny.

Postacią wartą zauważenia jest z pewnością Filip Grzegotka grany pysznie przez Krzysztofa Cybulskiego (fajniutko było go zobaczyć w wydaniu komediowym, bo pamiętam jak bardzo się go bałem w spektaklu „Twin Peaks: do drzwi czerwonych zapukam”, gdzie grał zupełnie na przeciwnym końcu skali). Grzegotka jest o tyle ciekawie rozczytany w tej inscenizacji, bo jest typowym człowiekiem-chorągiewką, a takich jednostek w polityce nie brakuje. Jako mężczyzna czerpał korzyści w czasie, gdy patriarchat był przy sterze, a w momencie gdy kobiety przejęły władzę, stał się największym orędownikiem i wielbicielem proponowanych przez nie reform. W zależności od tego, gdzie wyczuwa większe korzyści, tam skręca.

Muszę wspomnieć także o świetnej roli Makarego w wykonaniu Izabelli Kubrak – potężna energia i doskonały głos, świetne zacięcie komediowe i umiejętne wyczucie slapsticku; rozpoczynała spektakl swoja piosenką i za każdym razem, gdy się pojawiała na scenie, robiło się jakby trochę jaśniej od samem jej obecności. Wybornie obsadzona postać. Pamiętam, jak lata temu oglądałem ją na scenie krakowskiego AST w spektaklu dyplomowym w reżyserii Rafała Dziwisza „Kochanie, zabiłam nasze koty” i już wtedy robiła na mnie spore wrażenie, jednak to spotkanie po latach pokazało mi jak bardzo Kubrak wyrobiła się w tym czasie, bo choć już wtedy była bombą energetyczną, to teraz mam wrażenie okrzepła i świadomiej korzysta ze swojego ogromnego wachlarza umiejętności – brawa i ciepły uśmiech z mojej strony.

Miał w sobie ten spektakl coś z „Króla Ubu” Klaty, jeśli chodzi o poziom samoświadomej i celowej błazenady, a jednocześnie był podlany sokiem z „Płatonowa” Bogomołowa, w którym dzięki zamianie płci bohaterów uwypuklano śmieszność egzaltowanych zachowań każdej ze stron – podobnie działa to tutaj. Nie mam zielonego pojęcia, czy taka mocno polityczna intencja przyświecała twórcom, gdy składali „Gwałtu, co się dzieje!” na scenie, jednak dla mnie prezentowane tropy nieodzownie nasuwały taką właśnie interpretację. Ważne też jest to, żeby pamiętać, że jeśli ktoś nie ma ochoty analizować spektaklu pod takim kątem, to również znajdzie coś dla siebie – a mianowicie lekka komedyjkę wystawioną zgrabnie i bez zadęcia, z typowymi „bagatelowymi” chwytami- troszkę humorku, troszkę pioseneczek. Niemniej z mojej perspektywy, pod tą farsową powierzchnią coś się kotłuje i wystarczy odrobina chęci, żeby to zauważyć. To pierwszy raz od długiego czasu, kiedy nie chciałem sobie wyrwać oczu po wyjściu z Bagateli – spoko robota, nie ma wstydu, ale nie obraziłbym się, gdyby spektakl był krótszy o jakieś 20 minut, bo czasami więcej się działo w mojej głowie niż na scenie.

Źródło:

teatralna-kicia.tumblr.com
Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

21.06.2025

Sprawdź także