EN
20.09.2022, 14:30 Wersja do druku

W świecie migotliwych znaczeń

„Faraon” wg powieści Bolesława Prusa i opery „Aida” Giuseppe Verdiego w reż.  Cezarego Tomaszewskiego w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pisze Wojciech Lipowski w „Śląsku”.

fot. Joanna Gałuszka/ mat. teatr

Gdy zjawili się wszyscy, jakby nie z tego świata, od razu było oczywiste, że wydarzy się coś wychodzącego poza porządek rzeczy. Na początku dziwność, później ciąg fantazmatycznych obrazów, za nimi cienie, widziadła pełne niepokoju, drgające w blasku świateł. I każdy wiedział, że to widowisko nie będzie jak inne, usadowione w granicach wyznaczonych przez opowiadane historie, tutaj zostaną zawieszone prawa obowiązujące w rzeczywistym świecie. Otrzymamy wziętą w cudzysłów wizję upodobnioną do fantasmagorii. Całość złożoną z pozornie niepasujących do siebie części, trudną do rozróżnienia, która dla większości stanie się złudzeniem, iluzją, pomieszaniem jawy i snu, inspirującą podróżą, może zabawą wypełnioną absurdem, a na pewno współistniejącą całością.

Skąd w bielskim teatrze, na zakończenie sezonu, taki pomysł? Pomysł na „Faraona”, jakiego nikt wcześniej na scenie nie widział. Teatr Polski nie raz już zaskakiwał widzów. Spektakl Cezarego Tomaszewskiego, niepokojący, drażniący, pobudzający wyobraźnię, to przestrzeń ciągłej metamorfozy, sprawiający wrażenie nieustannej tymczasowości, iluzoryczny niczym chwila, nietrwała i zmienna. Skąd to wszystko? Z próby zespolenia dzieł odległych od siebie o mile, a może nieoczekiwanie, niespodziewanie bliskich? Pomieszać wątki wielkiej powieści Bolesława Prusa, inna sprawa czy jeszcze czytanej, z fragmentami opery „Aida” Giuseppe Verdiego, trzeba przyznać zadanie niezwykle odważne. Grzegorz Niziołek, autor adaptacji i dramaturgii tak właśnie wymyślił sobie „Faraona”. Po co w historii młodego Ramzesa topić wątki z dzieła wielkiego Verdiego? Najprościej byłoby powiedzieć, żeby ożywić, rozszerzyć obszar znaczeń obu utworów, parafrazując Kierkegaarda, doświadczyć pełniej, zrozumieć, przeżyć ciężar i powagę rzeczywistości.

Na scenie cały zapomniany świat: chór, wojska przekraczające granice Egiptu, faraon, niewolnicy, kapłani, płomienne uczucia, zdrada, odniesienia do współczesności, konflikty etniczne, wyznaniowe, tygiel naszej wspólnej wrzącej egzystencji w pięknej scenografii i kostiumach Agnieszki Klepackiej i Macieja Chorążego. I zniknie opowieść o mechanizmach władzy, samotnej walce Ramzesa z kapłanami, będzie bardzo aktualnie, a miody władca spróbuje przeciwstawić się temu, co nieuchronne, by okiełznać sytuację, zdemaskować spiskowców czyhających na jego życie. Nośny znaczeniowo stał się wątek miłości faraona do żydówki Sary i kapłanki Karny, ale mocniej wybrzmiały konflikty społeczne, podsycane napięcia narodowościowe, nagonka antysemicka, czy w końcu żądania usunięcia obcych, czystości rasowej.

Tak się złożyło autorom adaptacji, że trafili na moment, gdy ich spektakl nie sposób odczytać inaczej niż poprzez lustro, w którym odbija się spękana codzienność, poobijana przez nacjonalizm, zniewolenie, powracający w różnych miejscach autorytaryzm, ideologiczne skrajności. A jeszcze za naszymi plecami, tak niedaleko wojna. Nie da się czytać Faraona Tomaszewskiego i Niziołka inaczej. Niezwykle ważnym elementem widowiska uczyniono wspomniany chór. Trzynaście mgnień, trzynaście masek, trzynaście instrumentów o różnej tonacji, dobrze zestrojonych. To w zasadzie główny bohater spektaklu, towarzyszący postaciom, wcielający się w różne role: egipski lud, komentatora wydarzeń, figurę populizmu, niespokojny pełen żądań tłum, raz liryczny, innym razem złowieszczy, rozpięty na partyturze arii zaczerpniętych z opery Verdiego, snujący równocześnie opowieść o miłosnym i politycznym dramacie następcy egipskiego tronu, jego dylematach religijnych oraz kulturowych.

Aktorzy tworzący tę pełną znaczeń całość, mistrzowsko prowadzą narrację poszczególnych scen. Wciskają w fotele, gdy w ekspresyjnej, żywiołowej, czasem lirycznej artykulacji, próbują wydobyć na powierzchnię czas popadający powoli w nicość, smutne zapomnienie. Od wezwania egipskich bohaterów Sul Del Nilo poprzez marsz drogą do chwały Chi Mai, ku radosnym hymnom dedykowanym Izydzie „Gloria all’Egitto” płynie opowieść, uważna, pełna przestróg i re-petycji zaduma na losem współczesnego świata targanego niepokojem, Przeżyte zdarzenie - zdaje się dowodzić chór - nie zna granic, towarzyszy mu zawsze nadzieja związana z przyszłością, stanowi możliwy wariant jej odczytania, niesie nadzieję odnowy, nadania sensu temu, co przyjdzie po nas.

Znane doskonale widzom arie z „Aidy” zaadaptowane przez Karola Nepelskiego, także autora muzyki do spektaklu, wykonują z powodzeniem także inni artyści. Powstaje pytanie o proporcje, chociaż nie jest możliwe ich zachowanie w tak żywiołowej, czasem nieprzewidywalnej, jak zaznaczono w podtytule, fantasmagorycznej całości. Pamiętajmy, że to założenie dopuszcza pewien chaos, transgresje, niedopowiedzenia, burzy ramy, wręcz domaga się od widza podjęcia gry pomiędzy jawa i snem, rzeczywistością i fantastyką. Na styku tych przestrzeni mogą rodzić się ciekawe poznawczo znaczenia.

„Faraon” w Teatrze Polskim to także inscenizacyjna gra i zabawa, co ucieszy być może tych, którzy obawiają się patosu, powagi, znużenia ciężarem gatunkowym poruszanych spraw. Nic bardziej mylnego. Autorzy widowiska zadbali o jego atrakcyjność proponując w swojej wizji różne konwencje tak, aby z rzeczy znanych składać ciągle na nowo inny kształt. Zatem jak wiemy spotkała się tutaj opera z dramatem, proza powieściowa z muzycznym librettem, wzniosłość ze śmiesznością, humorem, język polski z włoskim. Dotyczy to również obszaru narracji. W płynącym przed naszymi oczami, mieniącym się barwami korowodzie zdarzeń mieszczą się wszelkie możliwe w obu dziełach intrygi, zdarzenia, paleta uczuć, od miłości do zdrady, namiętność, czułość, troska, ale też pożądanie, zbrodnia, modlitwa, rozpacz, wszystko w konwencji wizualnej czerpanej dowolnie, pełnymi garściami z epoki.

Fantasmagoryczna jest także scenografia spektaklu. Starożytny Egipt kipi złotem, rzecz jasna, czasem jest go wręcz za dużo. Są także inne atrybuty tamtego, minionego świata: mocne, wędrujące po niebie słońce czasem oślepiające wszystkich, dostojne mury świątyni, gdzieś w perspektywie pustynia, nie brakuje znaków bóstw, nieco kiczowatych palm - wszystko wzięte w nawias konwencji, niezbędne w przyjętym sposobie narracji. Podobnie jak zjawiskowe kostiumy noszone przez wykonawców. Widz w tym wszystkim może przyjąć rolę kolekcjonera osobliwości, jakie oferują mu twórcy. Oczywiście, nie będzie on w stanie wprowadzić w tym wszystkim porządku, usystematyzować tej wymykającej się podobnym zabiegom przestrzeni, ale będzie mógł, poruszając się po niej, dokonać próby zrównania znaczeń i rzeczy, nadać osobom i rzeczom nowej kompozycyjnej wartości. Dużo to i mało, ale zestawiając takie byty jak powieść Prusa i operę Verdiego należy się liczyć z konsekwencjami zaproponowanego widzowi szoku interpretacyjnego. W końcu wyobraźnia odbiorcy jest także sceną, miejscem, gdzie może ulec odwróceniu logika przedstawienia fantazmatycznego.

Tego wszystkiego nie byłoby bez znakomitych aktorów bielskiej sceny. Ramzes grany bardzo dojrzale przez Mateusza Wojtasińskiego to przyszły władca, który rozumie znaczenie własnych decyzji oraz błędów, ulegający żądzom, miotający się między brakiem doświadczenia i zgubnym uczuciem. Sara w kostiumie rozpaczy, tragizmu, niezwykle uczuciowo, podkreślmy przejmująco, została pokazana przez perfekcyjną do bólu Martę Gzowską-Sawicką. Jej protagonistka, kapłanka Karna to byt osobny, wygrany na szerokiej palecie namiętności, chęci posiadania przez zaskakującą możliwościami interpretacyjnymi w każdej z ról Orianę Soikę. W końcu Lykon Karola Pruciaka, to postać nie tyle tajemnicza, co demoniczna, przyciągająca uwagę, skryta we własnej niebezpiecznej nieprzewidywalności. Michał Czaderna w roli Tutmozisa, to próba zagrania cienia, sprawienia, że plan drugi jest ważniejszy od pierwszego, nie wszystkie możliwości pokazał nam w tym spektaklu, ale pokazał wiele. No i last but not least chór, bohater zbiorowy, niezwykłe współbrzmienie, gry, gestów, spojrzeń, ale też choreografii. To oni, długo nie pozwolili o sobie zapomnieć, gdy na początku zjawili się wszyscy: Izabela Czyżycka, Piotr Gajos, Anita Jancia-Prokopowicz, Jagoda Krzywicka, Tomasz Lorek, Flaunnette Macha, Grzegorz Margas, Sławomir Miska, Adam Myrczek, Rafał Sawicki, Grzegorz Sikora, Marta Suprun, Wiktoria Węgrzyn-Lichosyt.

Kiedy opowieść dobiegła końca, wybrzmiały jej ostatnie akordy. Co zabraliśmy ze sobą jako pamiątkę tego wieloznaczeniowego spektaklu, jakie skojarzenia wywołał w pamięci? Czy nieoczywiste zestawienie dwóch dzieł, jakie dokonało się na scenie w sposób istotny wzbogaciło przeżycia? Być może w nowym porządku znaczeń, jaki wyłonił się z widowiska jest miejsce na przekonanie, że przeszłe historie są równie rzeczywiste jak współczesność.

Tytuł oryginalny

W świecie migotliwych znaczeń

Źródło:

„Śląsk” nr 8/2022