Z Zygmuntem poznaliśmy się w szkole. W bardzo dziwnej klasie. Była to druga licealna w humanistycznym Liceum im. Słowackiego przy Wawelskiej w Warszawie. Trzydzieści kilka dziewcząt i sześciu chłopców. Trudne miałyśmy życie. Surowa dyrektorka nie pozwoliła zaprosić na tradycyjną studniówkę gości, skazując nas na stanie w kolejce do nielicznych tancerzy klasowych. Urządziliśmy więc studniówkę poza szkołą, korzystając z gościnności rodziców jednego z kolegów, w ich domu w Radości. Pamiętam miłe zamieszanie, układanie listy gości, transport wiktuałów. Należeliśmy z Zygmuntem do organizatorów eskapady. W tym radosnym, beztroskim rozgardiaszu Zygmunt ogromnie dbał, aby wyglądać poważnie i zachowywać się absolutnie dorośle, od rana do wieczora chodził w kapeluszu i nienagannie wyczyszczonych butach. Mimo świetnego wychowania wyniesionego z rodzinnego domu, mimo pozy człowieka dorosłego był właściwie chłopcem zamkniętym i nieśm
Tytuł oryginalny
Zygmunt Hubner - w dziesiątą rocznicę śmierci
Źródło:
Materiał nadesłany
Gazeta Dolnośląska Nr 198