EN
8.12.2021, 09:27 Wersja do druku

Żydowska tęcza, której nie ma

"Jentl" Isaaca Bashevisa Singera w reż. Roberta Talarczyka w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Pisze Maria Sławińska z Nowej Siły Krytycznej.

fot. Przemysław Jendroska

„Kim ja właściwie jestem?” – takie pytanie zadaje samej sobie główna bohaterka spektaklu wyreżyserowanego przez Roberta Talarczyka w Teatrze Żydowskim. Opowiada on historię kobiety, która chce być mężczyzną tylko po to, by mieć prawo do nauki. Obserwując swobodę Jentl w roli męskiej, pojawia się jednak pytanie, czy aby na pewno chodzi tylko o zdobywanie wiedzy. Czy twórcy przedstawienia nie każą nam się zastanowić, do jakiego momentu mogę być sobą, gdzie jest granica akceptacji ograniczeń, które funduje społeczeństwo? Czy nie pytają nas o wolność?

Robert Talarczyk sięgnął po musicalową wersję opowiadania Izaaka Baszewisa Singera, którą rozsławiła filmowa realizacja Barbry Streisand z 1983 roku (z nią w roli tytułowej), dopisując do adaptacji Leah Napolin własne teksty piosenek. Singer ukazał życie żydowskiej społeczności korygowane przez określone zasady. Jentl łamie te prawa i po śmierci pierwszego nauczyciela – ojca – decyduje się podjąć stanowcze kroki, przebiera się za mężczyznę i rusza w drogę jako Anszel. W świat nauki wprowadza ją młody mężczyzna – Awigdor. Bohaterka wydaje się być zauroczona męskim światem, ale również przewodnikiem. Jednak on jest zakochany w Hadas, nieszczęśliwie, ponieważ jego podejrzana przeszłość uniemożliwia ich ślub. Jentl-Anszel decyduje się poślubić Hadas, aby niejako „zatrzymać” ją dla przyjaciela. Okazuje się jednak, że połączy je rodzaj uczucia, które nie będzie ułatwiać rozstania. 

Rozgrywając specyficzne relacje kobiet i mężczyzn, reżyser delikatnie sygnalizuje złożoność tożsamości płciowej głównej bohaterki. Talarczyk nie wykorzystuje politycznego potencjału opowiadania w sposób publicystyczny. Postać Jentl w wykonaniu Aleksandry Idkowskiej jest subtelną w teatralnych znakach historią człowieka. I może właśnie dlatego większość widzów wychodzi z teatru poruszona. Objawia się moc opowieści, bez dopisywania znaczeń. To ogromna zasługa także scenografii Katarzyny Borkowskiej, w której złoto przeplata się ze srebrem, ściana luster odbija światła i wizerunki bohaterów. Buduje to efekt – tak charakterystyczny dla jej dekoracji – przestrzeni bez kresu. Ale przecież to tylko ułuda. Poczucie braku granic odzwierciedla tożsamość bohaterki, która ma odwagę przekraczać bariery.

Robert Talarczyk proponuje typowy dla swojej twórczości teatr obyczajowy, w którym muzyka stanowi istotny element. Realistyczne sceny, budowane zaledwie na kilku rekwizytach, przeplatają się z sekwencjami muzycznymi. Ich lekko kiczowata estetyka nawiązuje do amerykańskich musicali. Aktorzy świetnie sobie radzą wokalnie. Sceny dramatyczne prowadzące akcję, zazwyczaj toczą się w głębi sceny, w domowym wnętrzu rozbłyskującym złotem, gdzie kobiety są najważniejsze. Przód sceny, zaaranżowany w ciemnych, srebrnoszarych barwach, staje się gruntem mężczyzn, którzy rozmawiają o kobietach, dobijają targów, oddają się nauce. Te dwa rejony oddziela ciemna kurtyna. Tylko Jentl-Anszel migruje między nimi, łamiąc prawo jednej i drugiej grupy, zadając w ten sposób pytanie, czy warto żyć według podziałów, a może nawet ważniejsze, dlaczego musimy się do nich stosować.  

Teatr Żydowski po raz kolejny prezentuje moc swego zespołu aktorskiego, przede wszystkim w muzyczno-choreograficznych fragmentach (ruch sceniczny: Jakub Lewandowski). To zespół, który jednocześnie potrafi stwarzać przestrzeń dla odtwórcy głównej postaci. Efekt jest taki, jakby wszyscy podświadomie rozumieli Jentl, nikt nie zadaje jej zbędnych pytań. Kiedy ojciec Hadas – Reb Alter – nabiera podejrzeń co do fizyczności zięcia, nie namawia go na łaźnię. 

Hadas z wiadomych względów nie może zajść w ciążę, Jentl nie pozostaje nic innego, jak przyznać się do tożsamości i swych pobudek. Mogłoby się wydawać, że relacja Jentl i Awdigora jest na tyle bliska, że to tych dwoje połączy miłość, ale to się nie wydarza. Jentl-Anszel rezygnuje z jakichkolwiek form miłości. Więc kim ona jest? Kobietą, która zmieniając swój świat, pomogła przyjacielowi, czy kobietą, która zakochała się w drugiej kobiecie i chce dla niej jak najlepiej? Czy mężczyzną w skórze kobiety? Odpowiedź należy do widzów. Aleksandra Idkowska z łatwością gra przemianę Jentl w mężczyznę – krótka scena przed lustrem wystarcza. Zapominamy o jej kobiecości, wraca dopiero wtedy, kiedy Jentl wyjawia swą tajemnicę. 

Spektakularności przedstawieniu dodaje muzyka wykonywana na żywo przez Mario Jeka i Martę Maślankę na klarnecie i cymbałach. Kompozycje Hadriana Filipa Tąbeckiego odsyłają do żydowskiej tradycji. Reżyser celebruje szczegóły żydowskiego obyczaju, ślub Anszela i Hadas to piękna wizualnie scena. Nic, co cenne w utworze Singera nie zostaje pominięte. Robert Talarczyk w tekście programowym na pytanie „Kim jesteś Jentl?” odpowiada, iż jest ona kobietą nieuchwytną, można ją minąć na ulicach Berlina, ubraną w tęczowy t-shirt. Chociaż tęczy na scenie nie ma, to zaangażowana publiczność na pewno ją ujrzy. 

***

Maria Sławińska – studentka IV roku Wiedzy o teatrze, miłośniczka teatralnych festiwali, często wybiera się na wojaże w poszukiwaniu dobrej sztuki.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne