24.03.2021, 16:16 Wersja do druku

Znajdź mnie

"Stolp. Dzień kobiet" Olgi Żukowicz w reż. Julii Mark w Nowym Teatrze w Słupsku. Pisze Anna Jazgarska, członkini Komisji Artystycznej 27. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. mat. teatru

Adela Sparr (Monika Bubniak) mieszka w Magdeburgu, jest brygadierką w hucie szkła. Od lat bezskutecznie poszukuje zaginionych przed laty rodziców. Udział w telewizyjnym programie ma jej pomóc ich odnaleźć – uporządkować skrawki wspomnień z dzieciństwa, poukładać powidoki minionych zdarzeń. Ma przywrócić jej życiu postaci matki i ojca, wypełnić treścią ich mgliste kontury, nazwać i zdefiniować rozproszone dotąd, niejasne sensy.

Problem jednak w tym, że przekraczając próg telewizyjnego studia i godząc się na te publiczne „ustawienia rodzinne”, Adela oddaje władzę nad swoimi wspomnieniami innym. W „Finde mich”, programie prowadzonym przez demonicznego Prezentera (Igor Chmielnik), to widzowie – za pomocą głosowania – podejmują decyzję, w którą stronę ma pójść opowieść o dzieciństwie Adeli i jej rodzicach, oni rozstrzygają, co jest w tej historii istotne i warte „uratowania”, a co zostanie zignorowane i odrzucone. Tym samym to oni odbudowują pozbawioną niejako fundamentów, a przez to zdekompletowaną tożsamość bohaterki programu. Bo nie mamy wątpliwości, że po to w gruncie rzeczy przyszła do telewizyjnego studia Adela – aby umiejscowić swój początek i dzięki tej wiedzy móc dokonać (w końcu) samorozpoznania.

Stolp. Dzień kobiet Olgi Żukowicz to sztuka zawierająca w sobie intrygujący, ale i poniekąd bardzo przewrotny pomysł, który przeniesiony na scenę powoduje, że dane przedstawienie może mieć kilkadziesiąt różnych wersji. Dzieje się tak, ponieważ do roli telewizyjnych widzów przewidziani jesteśmy my, widzowie teatralni. I to my decydujemy, nawet kilkanaście razy podczas danej prezentacji przedstawienia, jak potoczą się losy jego bohaterów – wybierając jedną z dwóch zaproponowanych opcji. Oczywiście pierwsze obawy, które sceniczna realizacja owego oryginalnego konceptu może budzić, są natury czysto technicznej: czy to się uda na scenie? Czy nie zawiedzie sprzęt? Przedstawienie Julii Mark, która zaadaptowała tekst dla Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku, radzi sobie z logistyczno-technicznym wyzwaniem sztuki bez zarzutu. Mimo niepowodzenia „głosowania testowego” z początku przedstawienia, które po czasie okazuje się być rodzajem ponurego żartu. „Nie rozumiecie” – ironizuje Prezenter, bezlitośnie dając nam do zrozumienia, że nie uda nam się odkryć zapisanej w losach Adeli Sparr tajemnicy. Będziemy jednak na tyle blisko, żeby „się przestraszyć”.

W inicjalnych partiach słupskiego przedstawienia przestrzeń sceny ma kształt i charakter telewizyjnego studia – jasnego wnętrza porażającego wzrok ostrym światłem, z bohaterami usytuowanymi są na tle białej kotary, szczelnie zasłaniającej głębię sceny. Adelę to sztuczne, sterylne miejsce wyraźnie onieśmiela, bohaterka kuli swoje struchlałe ciało, je wzrok nerwowo przebiega przestrzeń w poszukiwaniu bezpiecznego punktu zaczepienia. W opozycji do Adeli znajduje się pewny siebie Prezenter, w błyszczącym garniturze i modnych okularach przechadzający się nonszalancko wokół przestraszonej bohaterki. To on wykłada organizujące czasoprzestrzeń programu reguły gry. Przed nami wystąpi dwójka aktorów, my zaś, a przede wszystkim Adela, nie powinniśmy przywiązywać się do żadnej z prezentowanych przez nich ról. Każda z nich jest umowna, każda – tylko na chwilę. Wszystkie zaś są po to, aby „odżyły” wspomnienia Adeli.

fot. Tomasz Schaefer/mat. teatru

Obrazy z przeszłości bohaterki uruchamiają się pod wpływem wyciągniętego z szuflady bibelotu, o kształcie którego decydujemy w pierwszym, jeszcze niewinnym głosowaniu – widelec czy serwetka? Ukochanego, czczonego niczym relikwia, ze znakiem swastyki wypieranym przez wzrok i świadomość. Pamiątka odsłania głębię sceny i wprowadza do studia postać Ojca (Wojciech Marcinkowski), który w perfekcyjnie ułożonej fryzurze i wypolerowanych oficerkach przynosi ulubione danie dziewczynki, bo nią na powrót staje się Adela Sparr. Albo inaczej – bo nią w gruncie rzeczy bohaterka nigdy nie przestała być. Od tego momentu Adela (nosząca zresztą strój małej dziewczynki – błękitne kokardki we włosach, pastelowy sweter i spódnicę) zaczyna swój spacer po przedwojennym Słupsku, a my wraz z nią błądzimy po zakamarkach obozu przejściowego przy ulicy Deotymy, odwracamy wzrok na widok szubienic przy Hitlerstrasse, uciekamy przed ogniem, którym radzieccy żołnierze trawili miasto. Z nią wreszcie poznajemy dom Leo Schulza, Ojca, który okazał się oprawcą.

Słupska adaptacja sztuki Olgi Żukowicz swoim nadrzędnym tematem czyni przemoc, rozumianą tu przede wszystkim jako uwikłanie: w historię zbiorową i intymną, w międzyludzkie zależności, w pułapkę subiektywizującej rzeczywistość pamięci. Przemoc znaczy Stolp na każdym jego poziomie, od semantycznego po estetyczny, nie omijając oczywiście pomysłu z głosowaniem – jego celem jest, jak się domyślamy, wpisanie nas w nieznośnie podwójną rolę oprawcy i ofiary, dawcy okrucieństwa i jego biorcy, obserwatora i uczestnika wojennej Apokalipsy.

Zdekonstruowane, rozproszone losy Adeli, jej Ojca i matki Heleny (Claudia Kucharski) rodzą się z tej Apokalipsy i porządkowane są przemocą nieustanną, która często ma wymiar niezwykle bolesny, dotykający sfer tabuizowanych przez historię, jak konformizm w obliczu egzystencjalnej klęski czy dojmująca chęć przeżycia za wszelką cenę. Reżyserka udanie szkicuje pełne niuansów relacje trojga bohaterów – tu nic nie jest osadzone w pewności, nic nie jest możliwe do pełnego zdefiniowania. Skrawek za skrawkiem odkrywa się przed nami porażająca opowieść rodzinna, której jednak w pełni nie poznamy. Przyjrzymy się jej jedynie na tyle blisko, aby nas dogłębnie przeraziła.

Narzucona przez tekst Olgi Żukowicz forma nie odciąga uwagi od tego, co w opowieści o Adeli Sparr najistotniejsze. Julia Mark wyraźnie istotę losów bohaterki formułuje, wyraźnie też punktuje uniwersalizm tej historii – osadzonej w czasoprzestrzeni (około)wojennego Słupska, ale nie przywiązanej do niej nierozerwalnie. Tak zbudowany spektakl ma kształt w większości spójny treściowo i semantycznie, bardzo interesujący wizualnie. Julia Mark bardzo umiejętnie sięga tu po narzędzia i pomysły rodem z kina grozy, budując za ich pomocą przestrzeń przesiąkniętą tajemnicą i głęboką traumą. Tę metodę zdają się w większości dobrze czytać i stosować aktorzy słupskiej sceny, ze szczególnym wskazaniem na rolę (role) Wojciecha Marcinkowskiego, który postać Ojca czyni zaskakująco, w kontekście banalności zła, dwuznaczną i ambiwalentną moralnie.

Olga Żukowicz STOLP. DZIEŃ KOBIET. Reżyseria: Julia Mark, scenografia: Katarzyna Sobolewska, muzyka: Tom Leonhardt. Premiera w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku 11 marca 2021.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne