EN
24.01.2022, 10:15 Wersja do druku

Zespół

"Rewizor" Nikołaja Gogola w  reż. Jurija Murawieckiego oraz "Sztuka intonacji" Tadeusza Słobodzianka w reż.  Anny Wieczur w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Kalina Zalewska w portalu Teatrologia.info.

fot. Krzysztof Bieliński / mat. teatru

W końcu tego etapu dyrekcji Tadeusza Słobodzianka (w lutym odbędzie się konkurs na nowego dyrektora Teatru Dramatycznego, do którego przystępuje także obecny) kierowany przez niego zespół odniósł spektakularny sukces. Dwie ostatnie premiery – Rewizor Gogola w interpretacji Jurija Murawieckiego oraz Sztuka intonacji Słobodzianka w reżyserii Anny Wieczur, to przedstawienia bardzo dobre.

Dyrektor moskiewskiej Taganki opowiedział dramat Gogola w poetyce filmów Tima Burtona i Rodziny Addamsów, czyli w tonacji grozy i groteski zarazem, operując a to jednym, a to drugim walorem. Chlestakow grany na zmianę przez Jakuba Szyperskiego i Waldemara Barwińskiego, ma nastroszoną fryzurę, jaką w Edwardzie Nożycorękim nosił Johnny Depp, niektóre kostiumy żony Horodniczego (Małgorzata Rożniatowska) i jego córki (Agata Góral) inspirowane są Addamsami. Poprzedzające akcję napisy, wyświetlane na teatralnej kurtynie, naśladują poetykę podobnych introdukcji w Jeźdźcu bez głowy. O wrażeniu, jakie odnosimy, decyduje jednak przede wszystkim utrzymana w ciemnej tonacji scenografia Galiny Sołodownikowej, a zwłaszcza monstrualne, kanciaste sylwetki aktorów, powiększone przez kostiumy i sprawiające, że trudno ich rozpoznać oraz upiorna charakteryzacja. Taka też, wyrazista, ale wyraźnie zdeformowana, jest ich gra. Horodniczy Henryka Niebudka jawi się tu jako gruby, trzęsący miasteczkiem satrapa, pozostający jednak w cieniu dominującej żony, co tworzy ciekawy kontrast (przypominając jednocześnie rodzinny układ Addamsów).

Murawiecki po mistrzowsku operuje formą, pokazując siłę teatru, bo znana historia w jego interpretacji zaskakuje, tym bardziej, że zmienia nieco jej finał. Reżyser podkreśla wszechmoc rosyjskiej władzy, która dogania uciekającego Chlestakowa i „dostarcza” do miasta, by ośmieszeni przezeń mieszkańcy mogli go ukarać. Samosąd odbywa się tu za jej przyzwoleniem, jeśli nie z inspiracji. Zarówno elita, jak mieszkańcy miasteczka, boją się jej zresztą bardziej niż własnego postępku i w końcowej scenie, na wieść, że jedzie prawdziwy rewizor, padają na kolana, niczym poddani Piotra I. Z tym obrazem zostajemy, obserwując w realnym świecie narodziny nowego rosyjskiego imperializmu, świadomi bezwzględności i ambicji Putina, teraz już otwarcie przyznającego, że nie będzie respektował praw innych.

Przedstawienie jest zakomponowane i dopracowane, żaden gest nie jest tu przypadkowy. Ciekawą rolę tworzy Mariusz Drężek jako groteskowy Naczelnik poczty, wyrazisty jest Osip Macieja Wyczańskiego, dobrze wypada para Bobczyński-Dobczyński w wykonaniu Kamila Siegmunda i Mateusza Webera, śmieszny i straszny zarazem jest Łukasz Wójcik w kolejnych wcieleniach. Jak zwykle widać na scenie Annę Gorajską. I kiedy patrzy się na aktorów Dramatycznego, którzy nieczęsto grywali w tak udanych spektaklach, ale grywali dużo – widzimy, że jest to zespół, który dojrzał, potrafi ze sobą współpracować i są w nim wyraźne osobowości. Niemal każdy z nich może zagrać wiodącą rolę.

fot. Krzysztof Bieliński / mat. teatru

Druga premiera, na Małej Scenie, jest triumfem autora i aktorów, choć trzeba podkreślić, że Anna Wieczur, reżyserka bardzo udanego Człowieka z La Manchy, z powodzeniem granego na dużej scenie, wniosła w ten sukces spory wkład. Wybrała z tomu właśnie wydanych Kwartetów otwockich Słobodzianka dwa najlepsze teksty i połączyła je, dzieląc Sztukę intonacji, w naturalny sposób rozpadającą się na dwie rozmowy i wkładając w środek Powrót Orfeusza, czym zapewniła logiczny układ i żywą dramaturgię całości. Bohaterem przedstawienia jest Jerzy Grotowski. Poznajemy go podczas reżyserskich studiów w Moskwie, widzimy w momencie, kiedy obejmuje dyrekcję Teatru 13 Rzędów, oraz po latach, gdy odnosi światowy sukces.

Grotowskiego gra Łukasz Lewandowski. Początkowo to przyczajony student, dopytujący o Meyerholda swojego profesora, Jurija Zawadskiego. Do krakowskiej kawiarni przybywa jako początkujący reżyser, w szarym garniturze i okularach przeciwsłonecznych, by spotkać się z Tadeuszem Kantorem i Ludwikiem Flaszenem. W latach siedemdziesiątych Grotowski, już po sławnej przemianie, odwiedza Zawadskiego jako znany w świecie guru teatru otwartego, w sandałach i luźnej tunice, z brodą i długimi włosami. W tej części Lewandowski jawnie bawi się rolą, układając się na scenie w wystudiowanych pozach, w trakcie rozmowy niczym fakir chowając coś pod tuniką, i popalając, sądząc po zapachu, niestandardowe papieroski. Ale, pomimo tego luzu, jest bezbłędny.

Modest Ruciński z talentem wciela się w Kantora, z jego charakterystyczną gestykulacją i stylem wypowiedzi. Aktor niemal każdą z nich rozpoczyna od wybuchu, który potem piętrzy się i narasta, a opada kaskadowo. Długie, emocjonalne tyrady Kantora – ekspresja, którą mogliśmy obserwować podczas jego spektakli – towarzyszy teraz rozprawom o istocie teatru, które powracają w rozmaitych odmianach w całym spektaklu, bo to jego temat. Ludwik Flaszen, do którego Sławomir Grzymkowski jest dzięki charakteryzacji bardzo podobny, jest w tym starciu impetycznym intelektualistą, niezwykle bystrym i czujnie reagującym w rozmowie. Aktor miał być może najtrudniejsze zadanie, ale poradził sobie znakomicie. Dzięki klasycznym trzem jednościom, świetnie napisanemu tekstowi, aktorom, bohaterom i reżyserce – sceniczne spotkanie ma potencjał, dramaturgię i nerw.

Zawadski zdobywa kolejne, coraz młodsze kobiety i coraz więcej orderów. Anna Moskal buduje sugestywny portret notorycznie zdradzanej, zżeranej przez niepokój Iriny. Barbara Garstka za silnie akcentuje swoją obecność jako uwodzona przez Zawadskiego Pielęgniarka, znakomita jest za to jako krakowska kelnerka. Czołowy aktor Wachtangowa, z latami zostaje uznanym artystą ZSRR i dyrektorem kolejnych scen. Po wizycie na Łubiance zmienia stosunek do życia, mimo że nadal pozostaje pasjonatem teatru, a wobec Grotowskiego – także jego obrońcą. Adam Ferency gra to pęknięcie. Spokój i panowanie nad sytuacją kogoś, kto ma na biurku telefon łączący go z Kremlem i czerpie z życia garściami, ale zna cenę, jaką za to zapłacił. Pytanie czy Słobodzianek przypisał Zawadskiemu ten los, czy też tak było faktycznie, jest bardzo ważne (otwiera to osobny temat, zwłaszcza że autor Kwartetów otwockich dokonuje innych nadużyć), ale sztuka na tym zyskała.

Tytuł oryginalny

Zespół

Źródło:


Link do źródła