„Śmierć komiwojażera” Arthura Millera w reż. Radosława Rychcika z Teatru Powszechnego im. Jana Kochanowskiego w Radomiu. Pisze Marta Żelazowska na swoim koncie instagramowym.
„Śmierć komiwojażera”, historia objazdowego sprzedawcy, zwykle odczytywana jako studium bezwzględności systemu kapitalistycznego, który zużyte, a w konsekwencji zbędne jednostki bezceremonialnie wyrzuca poza obieg – w interpretacji Radosława Rychcika nabiera nieco innego znaczenia. Willy (Jarosław Rabenda) wprawdzie głęboko wierzy, że jego rzekomo nadzwyczajne cechy osobowości i charyzma są gwarantem sukcesu, a także że nieprzeciętnie — jak mniema — uposażeni synowie staną się beneficjentami tego mitu. Przysłowiowy american dream, będący na wyciągnięcie ręki, w radomskiej inscenizacji pozostaje jednak jedynie mrzonką. Podaje się w wątpliwość dawne sukcesy sprzedażowe protagonisty, jego popularność oraz rzekomą możliwość awansu. Wierzy się natomiast w pieczołowicie przezeń konstruowaną ułudę.
Willy to książkowy narcyz uformowany z kompleksów. Drażni jego megalomania, drażni stosunek do ludzi. Choć — zwłaszcza w pierwszej części przedstawienia — wyraźnie zaznaczone zostają symptomy demencji (zaburzenia pamięci, dezorientacja w czasie i przestrzeni, rozchwianie emocjonalne), trudno zdobyć się wobec niego na choćby odrobinę współczucia. Jarosław Rabenda znakomicie kreuje postać na wskroś antypatyczną i nierefleksyjną. Pozór, nazwany wprost przez Biffa (świetny Adam Majewski), nie zostaje jednak przez bohatera podważony. Lęk przed konsekwencjami ujawnienia prawdy okazuje się zbyt silny, a rekonstrukcja obrazu samego siebie i wizji idealnego życia rodzinnego — niemożliwa. Dlatego Linda (Anna Podolak) tak uporczywie dąży do zachowania status quo, pielęgnując mechanizm wyparcia, a Happy (Alan Bochnak) uspokaja otoczenie deklaracjami o planach małżeńskich.
Biff jako jedyny zderza się z prawdą (znakomita scena w hotelu), co zasadniczo zmienia jego percepcję rzeczywistości. Ma bolesną świadomość, że z jednej strony nie jest zdolny sprostać oczekiwaniom ojca i zasłużyć na jego akceptację, z drugiej — że wpompowana weń wygórowana samoocena nie sprzyjała ani zaradności, ani sukcesom zawodowym. Rychcik czyni tym samym bohaterów, a nie kapitalistyczne mechanizmy, odpowiedzialnymi za własny los. Źródła destrukcji i upadku upatruje w międzypokoleniowo przekazywanej presji wyjątkowości. W tym kontekście radomskie przedstawienie okazuje się wyjątkowo aktualne.