EN
31.10.2022, 09:12 Wersja do druku

Wybrać (nie)życie

„Harold i Maude” Colina Higginsa w reż. Tomasza Mana w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Pisze Magdalena Mikrut-Majeranek w portalu Teatrologia.info

fot. fot. Artur Wacławek / mat. Teatru Rozrywki w Chorzowie

Teatr Rozrywki lubi zaskakiwać. W jego repertuarze często goszczą monumentalne i przygotowane z rozmachem musicale, których mogą mu pozazdrościć inne polskie sceny. Tym razem zaserwował śląskiej widowni niezwykle refleksyjny spektakl o przemijaniu, miłości i niezależności. W dodatku jest to komedia podszyta czarnym humorem. Czy spodoba się publiczności tak jak niedawna inscenizacja legendarnego musicalu „Koty” w reżyserii Jakuba Szydłowskiego? Czas pokaże.

„Harold i Maude” w reżyserii Tomasza Mana to rozrywka, która zmusza do refleksji. Sztuka Colina Higginsa, którą świat poznał dzięki nominowanemu do Złotych Globów filmowi w reżyserii Hala Ashby’ego, zarówno bawi żartobliwymi dialogami i komicznymi postaciami, jak i wprawia w zadumę nad życiem. Elementy te zostały w Chorzowie świetnie zrównoważone dzięki dobrej grze aktorskiej i dramaturgii.

Ona jest niczym ogień, a on – lodowata woda. Dzieli ich 60 lat, ale łączy wiele. Wzajemnie się dopełniają. A wszystko rozpoczęło się od pewnej mszy pogrzebowej… Spektakl „Harold i Maude” ukazuje młodego chłopaka zafascynowanego śmiercią, który prowadzi z nią nieustanny romans. Na koncie ma 17 prób samobójczych, nie stroni też od materiałów wybuchowych, a jego hobby to udział w pogrzebach i wizyty na wysypiskach. Życie Harolda zmienia się diametralnie, gdy poznaje mającą 79 lat Maude. Krzepka seniorka z finezją i delikatnością pokazuje mu powaby życia. Jest niczym kolorowy ptak. Arystokratka nie ma nic, nie przyzwyczaja się do rzeczy ziemskich, a kwestia własności prywatnej jest jej obca. Chętnie „pożycza” sobie cudze samochody, meble, a nawet – niczym squattersi – zajmuje nieswoje mieszkanie. Bliżej jej do epikureizmu niż do egzystencjalizmu Harolda, który zamiast chodzić na aranżowane przez matkę randki, aranżuje swoją śmierć. Harold i Maude powoli zbliżają się do siebie. Ona uczy go admiracji życia, a on zakochuje się w niej bez pamięci, wychodząc z depresji.

Akcja rozgrywa się głównie w domu Pani Chasen (Aleksandra Gajewska), który przypomina nieco ekscentryczną rezydencję rodziny Adamsów. Przyjętą stylistykę, obecną zarówno w scenografii, jak i kostiumach Anetty Piekarskiej-Man, podkreśla upiorny makijaż Pani Chasen i Harolda (który swym zachowaniem przypomina wujka Festera) – oboje mają mocno podkreślone oczy oraz trupio blade twarze. Przestrzeń domu symbolicznie wyznacza kanapa i etażerka z alkoholami, a gospodyni usługuje absolutnie perfekcyjna służąca-baletnica (Zuzanna Marszał). Przeciwieństwem czarno-białego wnętrza domu Chasenów jest eklektycznie umeblowane mieszkanie Maude, w którym pojawiają się wszystkie kolory tęczy. Przestrzeń świątyni i cmentarza z kolei sygnalizują wizualizacje.

Główną rolę gra Maria Meyer – Pierwsza Dama chorzowskiej sceny – która stworzyła całą plejadę znakomitych postaci. Była świetna jako Sally Bowles w „Cabarecie”, Hudel w „Skrzypku na dachu”, Eva Perón w „Evicie”, Magenta w „The Rocky Horror Show”, Norma Desmond w „Bulwarze Zachodzącego Słońca” czy Matka Przełożona w „Zakonnicy w przebraniu”. Teraz dała sceniczne życie kolejnej postaci. Jej Maude jest pełna finezji i niczym nieskrępowanej radości istnienia. Zrywa z konwenansami i obowiązującymi normami prawno-społecznymi. Jest rozbrajająca. Radośnie zajada orzeszki podczas mszy, a po chwili przymierza się do zasadzenia drzewka owocowego na… cmentarzu. Jest też wcieleniem altruizmu. Jednak szybko okazuje się, że pod tą otoczką utkaną z entuzjazmu kryje się zdeterminowana kobieta, która sama chce wybrać datę swojej śmierci. I wybiera… skreślając życiowe plany Harolda.

Rolę samobójcy-piromana Harolda powierzono Jakubowi Wróblewskiemu. Młody człowiek jest zdystansowany do życia, skupiając się na jego mrocznych stronach. Podczas spektaklu przechodzi metamorfozę. Stopniowo odkrywa, że życie może posiadać także inne barwy, a te zmieniają się niczym stroje Maude. Bohaterowie ci są niczym yin i yang. Seniorka staje się przewodniczką dwudziestolatka. Wspólnie wyruszają w podroż przez życie, lecz w jej finale Maude zbacza z ich wspólnej drogi, obierając jako cel Styks.

Świetne komiczne role wykreowała Izabella Malik, która występuje zarówno jako sierżant Doppel, jak i Ogrodniczka. Każda z tych postaci stanowi indywiduum i jest równie błyskotliwie prowadzona. Komizm na scenę wprowadza także obdarzony specyficznym, piskliwym głosem ojciec Finnegan, którego w momentach wzburzenia nęka charakterystyczna czkawka. W tej roli znakomicie wypadł Sławomir Banaś. Talentu komediowego nie można też odmówić Annie Surmie, która wciela się w trzy bohaterki. Jest zarówno zafiksowaną na punkcie swojej pracy Nancy Mersh, arogancką Sylwią Gazel, jak i egzaltowaną aktorką Dorą Sunshine. Aleksandra Gajewska stworzyła z kolei intrygującą rolę zatroskanej matki, która za wszelką cenę chce wyswatać syna. Jedną z najlepszych scen spektaklu jest ta, w której Helena spotyka Maude. Podczas ich pogawędki iskrzy.

„Harold i Maude” to refleksyjny spektakl, który choć posiada komediową formułę, opowiada o imponderabiliach dnia codziennego i rzeczach ostatecznych. Między wierszami i kolejnymi slapstickowymi gagami przemycane są prawdy o życiu i recepty na osiągnięcie doczesnego szczęścia. Maude, której dewiza mogłaby brzmieć „Carpe diem”, przekonuje, że rzeczy nie mają znaczenia. „Dzisiaj masz, jutro tracisz” – mówi. Ta sama Maude rozmyślnie rezygnuje z życia, odchodząc na swoich warunkach. Ma odwagę żyć po swojemu. A my?

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Magdalena Mikrut-Majeranek

Data publikacji oryginału:

27.10.2022