Żyjemy w czasach, które żywią się jeśli nie plagiatem, to ponad wszelką wątpliwość powtórzeniem. Nie mamy amunicji, aby z tym walczyć, co więcej, walka wydaje się bezcelowa. Tym bardziej, że patchworki sklecone ze znanych już wcześniej elementów często gęsto bywają frapujące. I nie da się zbyć ich gotową formułą, że to jedynie powtórka z rozrywki - pisze Jacek Wakar w Notesie Wydawniczym.
Dyskusja o plagiacie w sztuce w naszych czasach wydaje się od pierwszych chwil zwodnicza. Można przytaczać definicje prawne, da się przywołać nagłośnione przez media przypadki intelektualnych kradzieży, które owocowały publicznymi burzami albo - przynajmniej - burzami w szklance wody. To stosunkowo łatwe. Warto jednak uświadomić sobie, że żyjemy w czasach, które żywią się jeśli nie plagiatem to ponad wszelką wątpliwość powtórzeniem. Nie mamy amunicji, aby z tym walczyć, co więcej, walka wydaje się bezcelowa. Tym bardziej, że patchworki sklecone ze znanych już wcześniej elementów często gęsto bywają frapujące. I nie da się zbyć ich gotową formułą, że to jedynie powtórka z rozrywki. Rozmawiam z kolegą. Pada hasło "Wyludniacz". Moje skojarzenie jest natychmiastowe, biegnie do genialnego i ciemnego jak piekielna smoła opowiadania Samuela Becketta oraz - co niemniej ważne - wspaniałego spektaklu Serge'a Merlina, oglądanego kilka lat tem