"Wprost" zaliczył ją do 25 Polaków, którzy wprowadzą nas w nowy wiek, a "Polityka" wyróżniła swym paszportem. Nazwisko Agnieszki Glińskiej wymienia się dziś jednym tchem z innymi gwiazdami tzw. młodego teatru - Grzegorzem Jarzyną, Krzysztofem Warlikowskim, Anną Augustynowicz - ale artystka konsekwentnie kroczy własną drogą. Jednak i jej zdarzają się wpadki.
Debiutowała bez rozgłosu "Arlekinadą" Terrence'a Rattigana w Teatrze im. Kochanowskiego w Opolu. Później przyszły propozycje pracy na najbardziej renomowanych polskich scenach - w Starym Teatrze w Krakowie, w Warszawie - w Ateneum, Powszechnym, a ostatnio Współczesnym, we wrocławskim Teatrze Polskim. Reżyseruje dużo, daje po kilka premier w sezonie. Ma już w dorobku spektakle wybitne. Dwa teatry Mam wrażenie, że są dwa teatry Agnieszki Glińskiej. Pierwszy jest skromny, konstruowany na podstawie małych, nieco zapomnianych tekstów z pełnym szacunkiem dla widza, aktorów i literatury. Drugi wyznaczają kolejne próby mierzenia się z dramatycznymi arcydziełami. Wtedy dochodzą do głosu ogromne ambicje autorki, jej chęć okiełznania scenicznych żywiołów innymi niż dotychczas metodami. Tu jednak Glińska ponosiła klęskę. Próbując zaskoczyć nowatorskimi interpretacjami, trafiała w próżnię. Stąd porażki jej "Trzech sióstr" i teraz "Barbarzyńców". N