Media obiegła sensacyjna wiadomość, że polska śpiewaczka Ewa Płonka kilkakrotnie wystąpi w kwietniu br. w mediolańskiej La Scali (ostatni występ 24 kwietnia) w operze Giacoma Pucciniego w tytułowej roli księżniczki Turandot. Znawcy opery wiedzą, że dla głosu sopranowego jest to pokonanie co najmniej dwóch potężnych barier. Pisze Bronisław Tumiłowicz w „Przeglądzie”.
Po pierwsze, w teatrze operowym La Scala, który uchodzi za świątynię włoskich śpiewaków, publiczność, a także krytycy reagują niezwykle żywiołowo, zwłaszcza na obcokrajowców, ponieważ od pokoleń perfekcyjnie znają się na sztuce belcanta. W samym teatrze nawet garderobiane przygotowujące solistki do występu doskonale śpiewają. Znane są przypadki wybuczenia lub wygwizdywania nawet renomowanych solistów, jeśli w ich głosie dało się wychwycić zmęczenie, jakiś lekki przydźwięk czy deformację. Zdobycie uznania słuchaczy jest więc ogromnym sukcesem.
Drugą potężną barierą, którą śpiewaczka musi pokonać, jest sama rola Turandot, ekstremalnie trudna i dająca się przyzwoicie wykonać tylko sopranom o specyficznym gatunku głosu. Musi on mieć wielką siłę, a przy tym ciemną, a nie jasną (piskliwą), barwę. Musi wytrzymać na jednym oddechu całą przewidzianą przez kompozytora frazę, która wspina się po dźwiękach aż do legendarnego wysokiego c. Zwyczajowo taki typ głosu nazywa się sopranem dramatycznym, bo w odróżnieniu od sopranu lirycznego musi epatować, praktycznie powalać siłą. W roli Turandot występują czasami soprany mniej dynamiczne, ale wtedy cała ta partia nie robi tak ogromnego wrażenia.
Księżniczka bowiem jest właśnie okrutną, bezwzględną władczynią, która każdego zalotnika po prostu pozbawia głowy, gdyż nienawidzi mężczyzn. Kluczową sceną opery jest zatem mordercza aria „In questa Reggia" i następująca po niej sesja zagadek, które księżniczka, za zgodą ojca, chińskiego cesarza, zadaje kolejnemu kandydatowi. Każda zagadka musi brzmieć maksymalnie dramatycznie, być czymś na granicy życia i śmierci.
I tu pojawia się właśnie nasza solistka Ewa Płonka, urodzona w Prudniku na Śląsku, wspinająca się po szczeblach kariery na świecie. Jak czytamy z jej życiorysu, początkowo doskonaliła się w sztuce pianistycznej. Pracowała nawet w Akademii Muzycznej w Poznaniu jako pianistka korepetytorka i za granicą, na uniwersytecie w Salt Lakę City, obroniła doktorat z tej dziedziny. Dopiero
później podjęta lekcje śpiewu operowego i ukończyła renomowaną Juil-liard School of Musie w Nowym Jorku. To otworzyło przed nią, wcześniej uważaną za mezzosopran, a więc wolumen niższy, sceny różnych teatrów operowych - głos ludzki potrafi jednak się doskonalić i rozwijać, a dzięki ćwiczeniom wspinać.
Ewa Płonka zaczęła wykonywać czołowe partie sopranowe na różnych scenach Niemiec, Austrii, Wtoch, USA i Kanady. Stąd do mediolańskiej La Scali był już tylko krok, ale partia Turandot, najtrudniejsza, jeszcze w jej repertuarze się nie pojawiała. Artystka w warszawskim Teatrze Wielkim-Operze Narodowej wystąpiła rok temu jako Aida i takie samo zadanie czekało ją w Operze Krakowskiej. Tutaj z niejasnych przyczyn doszło do zamieszania i na premierze zamiast Ewy Płonki wystąpiła w tej roli bardzo dobra Ukrainka Oksana Nosatova. Czy to był skandal, czy raczej umiejętne budowanie napięcia i zaznaczenie własnej pozycji w świecie sztuki? Być może też powiedzenie: „Sami nie wiecie, co posiadacie".
Po wykluczeniu z premierowej obsady Ewa Płonka napisała w mediach społecznościowych: „Jestem zdrowa, nic mi nie jest, wczoraj śpiewałam próbę generalną z orkiestrą z udziałem Publiczności - z wielką radością, że wreszcie mam okazję śpiewać w mojej Ojczyźnie, dla Rodaków. Dziś też chciałam śpiewać, dla Was, przecież tak miało być. A jednak, zamiast na scenie, jestem w hotelu...".
Podobno zdarzenia na granicy konfliktu pojawiały się też w Warszawie, co wytłumaczyć można zapewne specyficznym podejściem w końcu światowej już gwiazdy do quasidemokratycznych obyczajów w samym teatrze, gdzie formalnie „wszyscy są równi". Artystka zdecydowała się nawet wysłać sprostowanie do redakcji „Ruchu Muzycznego", dementując uwagi dziennikarza, że robiła jakieś „dąsy" albo „strzelała focha".
Pozostaje nam tylko cieszyć się, że Polka, mimo drobnych niedogodności w kraju, dosięga śpiewaczego szczytu, i czekać na pierwsze recenzje z Mediolanu. Jej występ w La Scali potwierdza, że polscy artyści należą dziś do ścisłej światowej czołówki śpiewaków.
Warto również zauważyć, że w roli Turandot Ewa Płonka ma już silne konkurentki. A w każdym razie inną Ewę - Vesin z Wrocławia, która jedno przedstawienie za drugim obsadza a to w La Monnaie w Brukseli, a to w Narodni divadlo w Pradze, a to w Opera di Roma, a to w Teatro Massimo w Palermo na Sycylii.