Logo
Recenzje

widz_trębicki (nie)poleca: „Krótki spektakl o matce i córce”

21.09.2026, 12:25 Wersja do druku

„Krótki spektakl o matce i córce” Heleny Urbańskiej w reż. autorki w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie. Pisze Robert Trębicki.

fot. Karolina Jóźwiak

Teoretycznie ma to być opowieść o jednej z najbardziej pierwotnych, a zarazem najbardziej skomplikowanych relacji, więzi matki i córki. O bliskości, która potrafi być źródłem bezpieczeństwa, ale również ciężarem, pretensją i niemożnością wzajemnego zrozumienia. W praktyce „Krótki spektakl o matce i córce” pozostawia przede wszystkim wrażenie, że oglądamy serię luźno powiązanych scen, które nie składają się ani w przekonującą historię, ani w interesującą teatralną wypowiedź.

Tekst Heleny Urbańskiej jest zbudowany z pretensji, deklaracji i banałów. Brakuje w nim napięcia, które pozwoliłoby uwierzyć w tę relację, a przede wszystkim emocjonalnej prawdy. Nie ma tu ani szczególnego ciepła, ani bolesnej bliskości, ani tego rodzaju rodzinnego napięcia, które sprawia, że widz zaczyna rozpoznawać w scenicznych postaciach własne doświadczenia. Zamiast tego dostajemy kolejne sytuacje, które mają zapewne szokować, bawić albo prowokować, ale zbyt często pozostają po prostu efektowne.

Jednym z głównych motywów spektaklu staje się masturbacja. Helena Urbańska odgrywa ją kilkukrotnie, a w pewnym momencie zaczepia publiczność pytaniem, czy powinna się w tej scenie rozebrać. Można oczywiście uznać to za próbę przełamania teatralnej konwencji i sprawdzenia granic komfortu widza. Tyle że prowokacja działa tylko wtedy, kiedy pod spodem znajduje się jakaś treść. Tutaj bardziej przypomina gest w rodzaju: „zobaczcie, mogę was jeszcze czymś zaskoczyć”. Gdyby aktorka rzeczywiście się rozebrała, prawdopodobnie przynajmniej pojawiłby się temat do rozmowy. Seks, nagość, skandal, publiczność dostałaby powód, żeby o przedstawieniu mówić. W obecnej formie trudno natomiast oczekiwać, że sama prowokacja wystarczy, by spektakl zapadł widzowi w pamięć.

Podobnie rzecz ma się z finałem. Podczas skromnych oklasków aktorki wyjmują flagi Ukrainy i Palestyny. Gest polityczny jest czytelny, choć jego związek z wcześniejszym przebiegiem przedstawienia pozostaje dla mnie niejasny. Zamiast domknięcia teatralnej opowieści otrzymujemy manifest, który, sądząc po pomrukach i komentarzach części widowni, wywołał przede wszystkim dezorientację i irytację. Teatr oczywiście może być miejscem politycznej wypowiedzi. Problem w tym, że polityczny gest powinien wynikać z przedstawienia, a nie sprawiać wrażenia dopisanego do niego na końcu.

Aktorsko jest jeszcze trudniej.

Anita Sokołowska wygląda świetnie. Fryzura, makijaż, kostium – wszystko jest dopracowane. Aktorka ma sceniczną swobodę, prezentuje się jak kobieta odprężona, pewna siebie, zadowolona z życia. Problem polega na tym, że ta zewnętrzna charakterystyka pozostaje niemal jedynym wyraźnym elementem jej obecności na scenie. Trudno znaleźć w tej roli rozwój postaci, emocjonalną przemianę czy choćby moment prawdziwego spotkania z partnerką sceniczną. Zresztą słowo „aktorstwo” wydaje się w tym przedstawieniu wyjątkowo problematyczne. Obie panie płaczą, krzyczą, stroją miny, grają w badmintona, jeżdżą na eleganckich, uszatych fotelach po scenie, podglądają sąsiadów przez lornetkę i komentują wybory Miss Polonia. Jest tego dużo. Czasem nawet bardzo dużo. Tyle że intensywność nie zastępuje emocji.

Najbardziej przypominało mi to egzamin w Akademii Teatralnej, na którym młodzi adepci mają udowodnić, że potrafią płakać na zawołanie. Płacz pojawia się więc w odpowiednim momencie, przybiera odpowiednio ekspresyjną formę, chwilami przechodzi w konwulsje. Tylko że widz nadal nie bardzo wie, dlaczego właściwie powinien się tym przejąć. Podobnie jest z krzykiem – jest go sporo, chwilami zdecydowanie za dużo. Krzyk ma być emocją, ale sam w sobie emocji nie tworzy.

Równie problematyczna pozostaje warstwa muzyczna. Ilustracja dźwiękowa: plumkania, plamy, frazy fletu czy gitary, sample sprawiają wrażenie raczej zbioru pomysłów niż świadomie skonstruowanej kompozycji. Muzyka nie buduje napięcia, nie prowadzi emocji, nie tworzy dodatkowego znaczenia. Momentami zagłusza nawet słowa aktorek, a innym razem po prostu niepotrzebnie wydłuża sceny. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dźwięk został potraktowany jako jeden z elementów współczesnego języka teatralnego, choć w tym przedstawieniu nie zawsze wiadomo, czemu właściwie ma służyć.

I właśnie dlatego tym bardziej zwracają uwagę światła. To zdecydowanie najmocniejszy element spektaklu. Pomysłowe, precyzyjnie prowadzone, chwilami naprawdę zaskakujące. Światło porządkuje przestrzeń, rozdziela poszczególne sekwencje i buduje atmosferę, której często brakuje pozostałym elementom przedstawienia. Kilka razy naprawdę pomyślałem: „Jak oni to zrobili?”. To niewiele, ale w przypadku „Krótkiego spektaklu o matce i córce” właśnie te momenty zapamiętam najlepiej.

Nieco więcej uwagi należałoby się również scenografii. Ruchome, uszate fotele są niewątpliwie pomysłem, który daje aktorkom sporo możliwości: pozwala budować dystans między bohaterkami, wyznaczać ich własne terytoria, a potem te granice przekraczać. Problem w tym, że sam pomysł nie wystarcza. To, co mogłoby stać się znaczącym znakiem relacji matki i córki, pozostaje przede wszystkim efektownym rozwiązaniem scenograficznym. W przedstawieniu brakuje bowiem dramaturgii, która pozwoliłaby tym znakom naprawdę wybrzmieć.

Tytuł okazuje się zresztą wyjątkowo trafny. Cieszę się, że spektakl rzeczywiście jest krótki. Gdyby trwał znacznie dłużej, prawdopodobnie zamiast próbować odczytywać kolejne sensy, zacząłbym nerwowo sprawdzać telefon. A przecież teatr nie musi być łatwy ani przyjemny. Może być irytujący, niewygodny, może nawet zanudzać. Powinien jednak dawać widzowi poczucie, że za scenicznym chaosem stoi jakaś myśl, a za krzykiem emocja. Tutaj tego zabrakło.

„Krótki spektakl o matce i córce” miał być zapewne intymną opowieścią o rodzinnej bliskości, cielesności, dojrzewaniu i niemożności porozumienia. Interesującym punktem wyjścia jest również próba pokazania seksualności córki jako czegoś, co nie musi burzyć relacji z matką, lecz może stać się elementem wzajemnej akceptacji. To potencjalnie ciekawy materiał na dramat psychologiczny. Problem w tym, że spektakl zatrzymuje się na poziomie pomysłu. Zamiast tego otrzymujemy przedstawienie, które bardzo chce być prowokacyjne, współczesne i bezkompromisowe, ale zbyt często zatrzymuje się na poziomie teatralnego gestu. Są pomysły, są środki, jest energia. Brakuje natomiast dramaturgicznej konieczności, psychologii postaci, aktorskiej prawdy i  przede wszystkim powodu, dla którego miałbym chcieć przeżyć tę historię razem z bohaterkami.

To produkcja słaba, nużąca i chwilami nieznośnie pretensjonalna. Jedynym elementem, który naprawdę broni się teatralnie, pozostaje światło.

Dobrze więc, że to naprawdę krótki spektakl.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także