„Sublokatorka” na podstawie prozy Hanny Krall w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Szymon Białobrzeski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 7/10
Szafy naszych dziadków są nawiedzone. Nic dziwnego – trudno przegonić z nich widmo żywego człowieka, tego, który w szafie rysował, sikał, modlił się i myślał. Obecność ukrywanego pozostaje w powietrzu jeszcze długo po jego odejściu.
(nie)obecni
Hanna Krall doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Pisząc o wojennym sublokatorstwie, opisywała stan (nie)obecności. Fałszywe papiery, wiara, tlenione włosy i drzwiczki od szafy dawały życie, a jednocześnie zamykały człowieka w trumnie.
Wbrew powszechnej opinii krytyków cieszy mnie widmowa natura spektaklu Kleczewskiej. Tożsamości wojennych „sublokatorów” rozmywają się, przybierając różne narracje – w zależności od tego, czy podaje je cyniczny klaun, paranoiczne dziecko, rozdygotana Hanna Krall, czy zagubiony Marek Edelman.
„Sublokatorka” mówi głosami ludzi z przeszłości, ale osadza je w pustej przestrzeni, pozbawionej znaków czasu. Nie zgadzam się więc ze stwierdzeniem, że to spektakl o tym, co było. To raczej mozaika głosów, których echo słyszymy do dziś – przy zgaszonym świetle, a może jeszcze bardziej przy zapalonym telewizorze.
(nie)głośni
Mówi się, że spektakl nowej dyrektorki Teatru Powszechnego nie gryzie. Może to prawda – nie gryzie, ale umiejętnie kąsa. I nie uznaję tego za wadę. Zbyt wiele widziałem dzieł o podobnej tematyce, które bez opamiętania rzucały się na widza, zachwycając twardoskóre elity – a jednak pozostawały tępe.
„Sublokatorka”, choć chwilami zbyt oschła, ożywa w kapitalnych monologach – szczególnie Wiktorii Kruszczyńskiej i Jerzego Walczaka. Jęk spektaklu nie wypływa z obrazoburstwa, prostych analogii czy wulgarności, lecz właśnie z rozproszonych po scenie bohaterów. Całość wspomaga nieznośna powtarzalność, stopniowo odbierająca nadzieję na przepracowanie wojennej traumy.
Poza indywidualnymi występami w pamięć zapadają też sceny zbiorowe – szczególnie finałowa. To tam wszystkie niedopowiedzenia znajdują upust. Duchy, którym na początku odbierano głos, w końcu mają prawo wyć.
(nie)pewni
Niektóre elementy sprawiają, że rozumiem zastrzeżenia krytyków. Choć formalnie „Sublokatorka” stoi na bardzo wysokim poziomie – zwłaszcza pod względem oświetlenia i kostiumów – kilka zabiegów ociera się o tanią efektowność. Rażą wyświetlane wizerunki bohaterów, które, choć teoretycznie pasują do widmowej estetyki, w praktyce odciągają uwagę od głównego wątku. Sceny taneczne początkowo dezorientują, a potem nużą.
Scenariusz również nie jest wolny od wad. Kleczewska rewelacyjnie radzi sobie tam, gdzie potrzebna jest empatia wobec bohaterów, lecz gubi się przy skrótowych oskarżeniach – przez co sekwencje z Edelmanem czy Kieślowskim wypadają blado. Narracja, choć ciekawa, na początku bywa zawiła i dekoncentrująca.
(nie)docenieni
A jednak „Sublokatorka” to nadal teatr przekraczający granice – tyle że na terytorium znacznie mniej widocznym, w sposób bardziej skromny niż dotychczas. Posługując się estetyką pustki i mglistą narracją, Kleczewska pokazała status obcego subtelnie, a zarazem z pełnym zaangażowaniem.
To nie jest premiera idealna, ale bez wątpienia dobra. Choć widma nie mają ciała – w teatrze Kleczewskiej wciąż mają głos – należy to docenić.