Żaden spektakl w ostatnim czasie nie został tak schlastany, jak "Wiarołomni" w TR. W recenzjach pojawiały się właściwie same epitety: "tandeta", "telenowelowy kicz", "dłużyzny", "sceniczna grafomania", "spektakl - pełzające samobójstwo" Wszyscy koledzy jakby oglądali przedstawienie ze śmierdzącą skarpetką pod nosem. Nawet Jacek Zembrzuski, który zwykle myśli inaczej, wpisał się w ten chór malkontentów. (Wyłamał się z niego tylko Jacek Wakar.) - pisze Wojciech Majcherek w swoim blogu w portalu onet.pl.
Osikowym kołkiem, który dobił wampira, było stwierdzenie p. Derkaczew, czy raczej wyrażone zdziwienie, że jak to możliwe, aby na scenie TR, w najnowocześniejszym do niedawna naszym teatrze, powstało takie coś Właściwie w tym grajdole recenzenckim nie powinno mnie już nic dziwić, a jednak trochę się dziwię. Bo obejrzałem "Wiarołomnych" wczoraj, trzy dni po premierze i nie podzielam tego wybrzydzania. Widziałem gorsze przedstawienia, także w TR. Owszem, spektakl ma mankamenty, przede wszystkim słabo określona została relacja między starym reżyserem, którego gra Władysław Kowalski a główną bohaterką Marianną. Ta relacja jest enigmatyczna, gdy zastanowić się nad jej znaczeniami, ale też ma feler czysto teatralny. Zdecydowaną część spektaklu Kowalski siedzi w pierwszym rzędzie, więc go nie widać, tylko od czasu do czasu słychać (powiedziałbym, że jest to oszczędne szafowanie umiejętnościami wybitnego aktora), a w pewnym momencie nie bar