Miał 70 lat. Należał do tego samego, świetnego pokolenia krytyków filmowych co Rafał Marszałek, Andrzej Werner czy Krzysztof Mętrak.
Od lat 60. był duszą dyskusyjnych klubów filmowych, pisał w tygodnikach kulturalnych, aktywnie uczestniczył w fermencie intelektualnym, który po 1956 roku ogarnął polskie kino, polską kulturę i trwał aż do lat 80. To postać w polskim świecie filmowym ważna dla tych, co tamte lata pamiętają. Od dłuższego czasu był wycofany, mało obecny, schorowany. Swoje "25 lat w kinie" Chołodowski podsumował żarliwym esejem, książką "Kraina niedojrzałości" napisaną tuż przed stanem wojennym. Zamyka ją zastanawiająca myśl, z którą miałbym dziś ochotę przekornie polemizować. "Okres popaździernikowy zapisał się w rocznikach gazet, pamięci świadków, jako czas wielkiego otwarcia. Taką złudą żyła znaczna część kultury daleko, po sierpień 1980. Dzięki złudzie można było tworzyć". Czy była to złuda, czy prawdziwe życie? Odpowiedź zależy od perspektywy, z jakiej się patrzy na tamten zamierzchły, ale wciąż zmistyfikowany okres, kiedy li