Przychodzi się tu z nadzieją zobaczenia czegoś wyjątkowego, a potem z trudem ukrywa rozczarowanie, że takie to wszystko nieefektowne, zwyczajne. Efekt jest na scenie - w blasku świateł oglądamy inny świat, podziwiamy aktorów, oklaskujemy reżysera. Zapamiętujemy kilka nazwisk i kształt widowiska - dzieło scenografa i zespołu ludzi, którzy pozostają zawsze bezimienni, ukryci w pracowniach teatralnego zaplecza.
ONI na ogół mówić o sobie nie lubią. Przywykli do anonimowości wśród gwiazd, a w swoim zajęciu nie widzą niczego szczególnego, co mogłoby kogokolwiek za interesować. Tak przynajmniej twierdzą, lecz jest to tylko unik. W głębi duszy każdy "techniczny" czuje się artystą, kreatorem. I to go w teatrze trzyma, chociaż praca tu na pozór mało atrakcyjna, także pod względem finansowym. Ponieważ teatr "od kuchni" zdarzało mi się podpatrywać już nie jeden raz, więc nie dziwię się, że pracownia perukarska Teatru "Wybrzeże" bardziej przypomina pomieszczenie biurowe niż "gabinet cudów". Wysokie szafy, długie stoły, pod oknem kilka peruk. To te, które są te raz w użyciu należą do bohaterów "Balladyny". Tę postrzępioną, rudą nosi na scenie Grabiec, siwe, długie potargane włosy - to część kostiumu Wdowy warkocz ze wstążkami - Balladyny. Za chwilę rozpocznie się przedpołudniowy spektakl i peruki wrócą do swych scenicznych właścicieli. Spra