Kiedy trzeciego dnia po śmierci Waldka w rozmowie z siostrą łkałam wciąż w słuchawkę telefoniczną i powtarzałam, że nie mogę tej śmierci przyjąć do wiadomości, usłyszałam coś, co było pocieszeniem. "Ciesz się, dziewczyno, że ktoś taki w twoim życiu zaistniał i był ci przyjacielem". To były święte słowa, bo łkałam przecież nad sobą, że już nigdy nie doznam tych radosnych różnego rodzaju uniesień i emocji, jakie wnosił w moje życie Waldek Wróblewski. Ponieważ Waldek był wyjątkowy. Był "rajskim ptakiem", człowiekiem "namiętnie szerokim", ceniącym wszelkie uroki życia, ale też głęboko duchowym. Miał w sobie zawsze jakąś radosną witalność, która promieniowała przede wszystkim z jego uśmiechu, ale też wyrażała się w niezwykłej bezpośredniości i serdeczności. Obdarowywał świat swoją osobowością i swoją sztuką. Znaliśmy się z Waldkiem ponad 20 lat. W końcówce lat 70. spotykaliśmy się w twórczym gronie teatru
Źródło:
Materiał nadesłany
Gazeta Wyborcza - Stołeczna nr 261