ANDRZEJ ZAORSKI w teatrze czy na ekranie rozśmieszał do łez. Nadal to robi, choć już za kulisami. Na przekór chorobie, pomimo problemów z mową. Pełen zadziwienia dla świata i dystansu do samego siebie, śmieje się nawet z dowcipów, które płata mu własny umysł.
Najpierw czas stanął w miejscu. To był udar. Potem Andrzej Zaorski musiał zaczynać wszystko od nowa. Powolne przypominanie, trudna nauka mówienia... i wspomnienie sceny teatralnej, najbardziej dręczące ze wszystkich. Ale życie toczy się dalej. W teatrze czy na ekranie rozśmieszał do łez. Nadal to robi, choć już za kulisami. Na przekór chorobie, pomimo problemów z mową. Pełen zadziwienia dla świata i dystansu do samego siebie, śmieje się nawet z dowcipów, które płata mu własny umysł. - Na początku w ogóle nie mogłem wydobyć żadnego dźwięku - wspomina Andrzej Zaorski. - Nie wiedziałem, gdzie te dźwięki się znajdują. Do tej pory zdarza mi się przekręcać nawet krótkie słowa. Mówię na przykład "fisut" zamiast sufit. Za to, jak się skupię, potrafię już powiedzieć "stół z powyłamywanymi nożycami". Widzę, że dowcip nadal zajmuje poczesne miejsce w Pana życiu? - Wie Pani... Moją pierwszą myślą po odzyskaniu przytomności by�