„Sen nocy letniej” w reż. Michała Zadary w Teatrze Komedia w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska w Teatrze dla Wszystkich.
Niewyczerpane źródło inspiracji – zarówno aktorskich, jak i reżyserskich, przewodnik po meandrach ludzkich namiętności i słabości, wiedza o naturze człowieka, która choć pełna subtelności, daje się przyswoić na różnych poziomach – tak można krótko opisać twórczość Williama Szekspira, choć i tak to za mało. W komedii „Sen nocy letniej”, określanej mianem „najbardziej erotycznej ze wszystkich sztuk Szekspira”, genialny dramaturg po mistrzowsku podejmuje motywy snu i jawy, zderza marzenia z rzeczywistością, pokazując tragizm ukryty w subtelnościach ludzkiego serca. Michał Zadara sięga po ten wieloznaczny utwór i obiecuje kolejną interpretację, „rodzaj zanurzenia w czterech, magicznych rzeczywistościach”. Swój spektakl opiera na dramacie Szekspira w przekładzie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Leona Ulricha i Stanisława Koźmiana oraz własnym tłumaczeniu i wyczuciu językowym.
Mistrzowski hymn na cześć miłości, poetycka bajka o sobótkowej nocy, kipiącej od erotyzmu, z igraszkami wyobraźni wśród szyderczego śmiechu – chyba nigdy nie znudzi się publiczności. A jednak. Zadara stara się uśpić widza – podobno nic w tym złego, choć akurat w tym przypadku wolałabym cieszyć się esencją komedii, w której mieszają się elementy liryki, groteski i fantastyki. U Zadary wszystko grzęźnie w domysłach – folklor, świat wyobraźni i mitologii oraz elementy arcykomiczne, które pokazuje amatorska trupa teatralna, próbująca wystawić sztukę o Pyramie i Tyzbe. Aby wydobyć w szczególny, momentami dosadny, momentami wdzięczny sposób niuanse humoru, trzeba chcieć i umieć. Szekspir nie napisał rozpędzonej farsy (choć z pewnością doceniłby ten gatunek, bo stworzyć dobrą farsę nie jest łatwo). W jego komedii dostrzec można także gorzkie i ponure komentarze, nieco groteskowe, kpiarskie i cyniczne. Mroczny erotyzm może przecież wieść na manowce…
Zadara wyjaśnił swoją koncepcję, zapowiedział ją, ale jej nie pokazał. Wszystko spoczywa na wyobraźni widza, bez żadnych konkretów – tani chwyt i efektowne zagranie. Rekwizyty i ascetyczna scenografia Roberta Rumasa oraz kostiumy Poli Gomółki wyraźnie sugerują współczesność – telefon komórkowy, białe, otwierane, rozpadające się kanapy, księżyc w tle i grube kotary. Śmigający aktorzy zadziwiają głównie umiejętnością zmiany kostiumów. Olga Bołądź, Paulina Holtz, Barbara Wysocka, Bartosz Porczyk, Arkadiusz Brykalski, Mariusz Zaniewski i Michał Czernecki wcielają się na scenie w ponad dwadzieścia postaci! Doceniam ich wysiłki, gdy dwoją się i troją, by sprostać wizjom twórców spektaklu.
Reżyser bezwzględnie realizuje swoje indywidualne pomysły, nie bacząc ani na czytelność spektaklu, ani na autora czy aktorów. Może następnym razem będzie lepiej?