"Ślub" w reż. Elmo Nüganena w Teatrze im. Horzycy w Toruniu. Pisze Dorota Jarząbek w Didaskaliach.
Oniryczna podróż Henryka z okopów pierwszej wojny do domu jest równie zaskakująca dla bohatera, jak i widzów znających polską tradycję inscenizacyjną "Ślubu". Pierwsze sceny toruńskiego spektaklu wypełnia bowiem nie tyle soliloquium Henryka, ile tajemnicza i magnetyczna obecność Ojca. Z boku pojawia się najpierw duży stół z ułożonymi do góry nogami krzesłami. Tę solidną konstrukcję niesie na plecach zgięty w pół człowiek. Ojciec-stół postękując obchodzi Henryka i ostrożnie opuszcza ciężar na podłogę. Wszystkie jego ruchy są precyzyjne, a jednocześnie przywiędłe, zgaszone - znużony ojciec kładzie połowę ciała na blacie, głosząc dekalog gospody. Matka ciągnie na powrozie białe żelazne łóżko. W ten sposób wyrasta przed Henrykiem dom - z mozołem i nabożnym skupieniem dźwigany przez rodziców. Para uporczywie milczy, ociąga się, nie zważa na intruza, a jednocześnie każdym gestem nadaje substancję odzyskanemu domowi. Nie jest