"Traviata" w reż. Gerlinde Pelkowski w Operze na Zamku w Szczecinie. Pisze Krzysztof Skwierczyński w Ruchu Muzycznym.
Inscenizacja opery należącej do żelaznego repertuaru jest zawsze ryzykowna. Realizatorzy muszą brać pod uwagę nie tylko fakt, że publiczność jest przyzwyczajona do klasycznej, tradycyjnej wersji dzieła, ale również to, że włączają się swoim przedstawieniem w pewną serię, która dla bardziej wyrobionych odbiorców stanowić będzie ważny punkt odniesienia. Balansować więc muszą między przyzwyczajeniem do określonego kształtu scenicznego a chęcią znalezienia pomysłu, dzięki któremu dzieło uzyska nową interpretację, pozwalającą wydobyć jego ukryte sensy lub też opowiedzieć nową, równoległą bądź konkurencyjną historię. Wolno przypuszczać, że reżyserka szczecińskiej "Traviaty" Gerlinde Pelkowski za punkt wyjścia dla swego przedstawienia przyjęła fakt, że w operowej praktyce niekiedy pomija się ostatnie kwestie opery, w których postaci sceniczne stwierdzają śmierć Violetty i wyrażają swą rozpacz. Niewątpliwie rozwiązanie takie