Tak jak to często bywa z odgrzewaną miłością, tak i powrót "Oceanu Niespokojnego" na deski chorzowskiego teatru okazał się żenującym nieporozumieniem
Szaloma miłość wymaga dość specyficznych zabiegów i zachowań. Z pewnością nie letnich uczuć i bezbarwnych kochanków. I o ile w życiu (być może!) udałoby się oszukać sąsiadów, o tyle w teatrze każdy fałszywy ton, niestety, jest widoczny jak na dłoni. Jest dokładnie tak, jak wykrzyczał kiedyś zdenerwowany Leon Schiller, gdy na próbie generalnej karabin nie wypalił: "Zacinać ma się prawo na wojnie, a nie w teatrze!". Bóg raczy wiedzieć, co zadecydowało o takim, a nie innym obsadzeniu głównych ról. Chociaż, jak plotkowało się podczas premiery w kuluarach, podobno dyrektor Teatru Rozrywki, a zarazem reżyser "Oceanu Niespokojnego", Dariusz Miłkowski obiecał wcześniej Adamowi Szymurze rolę Króla Ubu, którą jak wiadomo zagrał (zresztą z niemałym powodzeniem) Robert Talarczyk. Rola Rezanowa miała być... rekompensatą. Wierzyć, nie wierzyć? W każdym razie, tak Rezanow w interpretacji Szymury, jak i Conchita-Matka Boska w wykonaniu Barbary