09.11.2007 Wersja do druku

Trącanie kijem, przesuwanie znaczeń...

Klata to nie tylko przedstawienia, ale osobowość, zjawisko, które przez kilka lat elektryzowało krytykę. Zjawisko oswojone i uszeregowane za pomocą tych kilku słów-kluczy. Niektóre z nich, zresztą, podpowiedział sam reżyser - pisze Marcin Kościelniak w Tygodniku Powszechnym.

Pisanie o Janie Klacie nie jest wdzięcznym zadaniem. Nie tylko dlatego, że Klata sam pisze o sobie kilka stron dalej. I nie dlatego, żeby jego teatr był niewdzięcznym tematem. W tym właśnie problem - jest tematem na tyle wdzięcznym, podejmowanym tak chętnie, że trudno doprawdy coś tu dodać. Gorzej, trzeba bowiem sporej determinacji, aby o Klacie mówić swoim językiem. Istnieje stały zespół określeń, które wracają, gdy tylko padnie nazwisko reżysera; cały "słownik Klatowski", a w nim: irokez, różaniec w kieszeni, sample, skrecze mentalne, dać w mordę. I jeszcze, nie mniej ważny, zestaw odwołań i przypisów: teatr nowy i teatr stary, teatr zaangażowany i oderwany, popkultura i kultura wysoka... Miałem ochotę wrzucić cały ten słownik do pożyczonej od konkurencji rubryki "W tym tygodniu nie piszemy o...". Ajednak nie jest to takie łatwe. Mówiąc wprost: nie da się przedstawić sylwetki Klaty, przemilczając jego irokeza. Irokez Klata to bowiem ni

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Trącanie kijem, przesuwanie znaczeń...

Źródło:

Materiał nadesłany

Tygodnik Powszechny nr 45/11.11

Autor:

Marcin Kościelniak

Data:

09.11.2007