Swoboda, niezłe tempo i ciekawe pomysły inscenizacyjne. To razem wzięte i muzycznie dopięte, sprawia że półtorej godziny w Teatrze Polskim w Bydgoszczy przeminęło szybciutko. Publika zadowolona klaskała i klaskała. "Teatrzyk Zielona Gęś" zagrał byczo i bez aberracji artystyczno-organizacyjnych.
Tym razem żadna metafizyka (vide: poprzednia premiera sztuki według powieści Manueli Gretkowskiej) nie wypędziła części publiczności z sali - ale o tym już cicho i sza. Przede wszystkim miłe rozczarowanie. "Teatrzyk Zielona Gęś" na wszelakich scenach polskich grany był niejednokrotnie, nie mówiąc o wielu adaptacjach telewizyjnych. Po "Zieloną Gęś" sięgają dosłownie wszyscy: od szkolnych, studenckich teatrzyków po Olgę Lipińską. Toteż dla jednych "Gęś" trąci mychą (jak Kabaret Starszych Panów, dajmy na to), innych sentymentalnie bawi. Idzie się więc na to z nastawieniem sceptycznym i pytaniem: co tu nowego będzie można zobaczyć? Okazuje się, że można i to przy całkiem oszczędnych środkach. Na scenie stanęła jakby atrapa bulwarowego teatrzyku; kurtyna z abstrakcyjnym wzorem. Jej każda odsłona to nowa kreacja purnonsensu i nadrealnego humoru kolejnych przedstawień "Zielonej Gęsi". Zaczyna się jednak śmiesznie i lirycznie, ciepło za�