- Nie ma co się zarzekać, że nie będzie się grało w telenowelach. Telenowele też są dla ludzi i są jak widać potrzebne. Nie mam złudzeń, wiem, że nie są to bardzo ambitne przedsięwzięcia, ale nie o to przecież w nich chodzi. Jestem aktorką, wykonuje swój zawód dla publiczności i nie uważam, żeby występowanie w serialach było czymś uwłaczającym - mówi RENATA DANCEWICZ, aktorka Teatru Kwadrat w Warszawie.
MAREK PALKA: Utrzymujesz, że nie jesteś aktorką z powołania. Dlaczego? RENATA DANCEWICZ: Jak do tej pory nie jestem pewna, czy powinnam nią zostać. Nie należę do osób, które bardzo chcą występować i czerpią ogromną przyjemność z tego, że się na nie patrzy... Trochę się wstydzę i nie zawsze się z tym dobrze czuję. Aktorką zostałam trochę na przekór, kiedy po trzecim semestrze zostałam relegowana z łódzkiej szkoły teatralnej przez ówczesnego dziekana Jana Machulskiego. Stwierdziłam, że nie on będzie decydował o moim życiu i o tym, czy się do tego zawodu nadaję. Pojechałam więc do teatru w Wałbrzychu, prowadzonego wówczas przez Wowo Bielickiego, gdzie spędziłam urocze dwa lata, grając główne role m.in. w "Dwojgu na huśtawce" i w "Smaku miodu". A następnie zdałam egzamin eksternistyczny przed komisją, której przewodniczył Kazimierz Kaczor. MP: A kiedy narodził się pomysł, żeby wybrać ten, a nie inny zawód? RD: W liceum,