„Ronja, córka zbójnika” Astrid Lindgren w reż. Tomasza Kaczorowskiego w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy. Pisze Anita Nowak.
Nieprzypadkowo, jak sądzę, w tytułowej roli Tomasz Kaczorowski obsadził Zhenię Doliak. I to nie wyłącznie dlatego, że dostrzegł w niej ogromny potencjał talentu komediowego, którego do tej pory bydgoscy widzowie nie mieli okazji oglądać. Spektakl może bowiem stanowić aluzję do sytuacji młodych ludzi wplątanych w konflikty dorosłych. Nie tylko zresztą w Ukrainie, ale i na całym świecie.
Książka Astrid Lindgren porusza wiele uniwersalnych problemów. A wątek zwaśnionych ze sobą dorosłych przeszkadzających serdecznym relacjom ich dzieci, znany jest w literaturze od wieków. Czasem, jak u Szekspira, kończy się tragicznie, a czasem jak u Fredry, czy właśnie Astrid Lindgren szczęśliwie.
Autor scenariusza i reżyser w jednej osobie, Tomasz Kaczorowski pozostaje całkowicie wierny szwedzkiej pisarce. Nawet w klimacie, który buduje narracja prologu i wciąganie przez Zbójów małej publiczności w ponurą atmosferę skandynawskich lasów. Na mroczny nastrój otoczenia wpływa też oszczędne operowanie przez reżysera światłem, pogrążające scenę w lekkim półmroku, zasnuwanym chwilami delikatną mgłą. No i utrzymana w tym samym tonie muzyka Piotra Osaka.
Jak na mroczną baśń o ponadczasowej wymowie przystało oprawa plastyczna Agnieszki Wielewskiej jest w ogromnej części symboliczna. Chwilami jak w dziecięcej zabawie, gdy rozwinięty sznur oznacza przepaść, kolorowa kompozycja z rur drzewo, a wygięte metalowe płaszczyzny mury zamku albo kryjące jaskinie skały.
Ponadczasowość problemów podkreślają też kostiumy. Ronja w modnych sizalowych spodniach na szelkach, z licznymi drobno zaplecionymi warkoczykami na głowie i tatuażami na rękach idealnie przystaje do wizerunku współczesnej dziewczynki, natomiast jej ojciec w kostiumie z futrzanych skór i mającymi budzić grozę bawolimi rogami na hełmie stanowią nawias czasu, w jakim rozgrywa się akcja.
W spektaklu, choć prezentowanym na scenie dramatycznej, nie zabrakło też zabiegów rodem z teatru animacji, np. ciekawie ogrywanych masek na głowach Wietrzydeł czy zastosowanych u postaci Pupiszonków dłoni poruszanych na długich kijach.
Przedstawienie znakomicie prezentuje się też od strony aktorskiej. Wspomniana już Zhenia Doliak nie tylko bawi subtelną mimiką i komicznie jak na dziewczynkę zamaszystymi ruchami, ale też urzeka figlarnymi spojrzeniami i emanującym z jej wnętrza w kierunku dzieci ciepłem, urzekając publiczność w każdej sekundzie spektaklu.
Ciekawą postać groźnego zbójcy, który w miarę rozwoju akcji zdaje się powoli zatracać hardość, by wreszcie odsłonić swą głęboko skrywaną wrażliwość, doskonale kreuje Marcin Zawodziński.
Nie na darmo zaproszono też do roli Łysego Perta poznańską aktorkę, wykładowczynię Akademii Muzycznej, Katarzynę Węglicką. Artystka znakomicie prowadzi postać starego sługi zbójeckiego herszta, który przed odejściem z tego świata stara się doprowadzić do pogodzenia się dwóch skłóconych band. Aktorka posługując się delikatnymi środkami bardzo wiarygodnie uosabia mądrość i dobro. Bo w dużej mierze i dzięki tym cechom granej przez nią postaci rzecz kończy się happy endem.