EN
3.12.2022, 14:40 Wersja do druku

Teatr był mi przeznaczony

W dzieciństwie założyła z siostrą teatrzyk, w liceum zdobywała nagrody za swoje pierwsze sztuki teatralne, a teraz w Gliwicach właśnie otrzymała nagrodę w konkursie im. Tadeusza Różewicza. - Teatr był mi przeznaczony, to okazja do wspólnego przeżywania - mówi Małgorzata Maciejewska.

Marta Odziomek: Jak się pani znalazła w świecie teatru? Co panią do niego przyciągnęło?

Małgorzata Maciejewska: Miałam chyba 6 czy 7 lat, gdy już uwielbiałam zabawy w teatr. Wychowałam się w Zwierzyńcu, małej miejscowości na wschodzie Polski, gdzie do teatru było bardzo daleko. Razem z siostrą założyłyśmy teatrzyk "Orzeszek" (śmiech). Pokazywałyśmy w nim bajki, robiłyśmy adaptacje, przygotowywałyśmy kostiumy. Do dziś się zastanawiam, skąd tej małej dziewczynce - bez żadnego doświadczenia teatralnego - przyszło do głowy, by bawić się w teatr? Być może był mi przeznaczony. Czuję, że jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, zawsze był moim powołaniem.

W liceum pisałam inspirowane Witkacym sztuki teatralne, które wygrały lokalne edycje konkursu "Szukamy polskiego Szekspira", dzięki czemu dostałam się na warsztaty teatralne do Ogniska Teatralnego "U Machulskich" w Warszawie. Tam doświadczyłam magii teatralnej wspólnoty, tego specyficznego połączenia powagi i zabawy charakterystycznego dla teatru, co bardzo mi się spodobało.

Studia związane z teatrem były więc naturalną koleją rzeczy - ukończyłam teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, potem dramaturgię na wydziale reżyserii na AST w Krakowie, gdyż pisanie zawsze było mi bardzo bliskie i chciałam tę pasję połączyć z pracą na scenie. Tam nauczyłam się pisać w sposób nie literacko zamknięty, a pod kątem sceny.

Ale jest pani także reżyserką.

- Tak - zadebiutowałam jako reżyserka w Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego w Wałbrzychu dwa lata temu własną adaptacją sztuki Czechowa "Iwanow". Było to duże wyzwanie, bo z obszernego dramatu powstał monodram.

Czego sama pani szuka w teatrze, a co proponuje jako twórczyni?

- Myślenie o tym, czego szukam, zmienia się wraz z doświadczeniem, jakie nabywam. W tym momencie szukam wspólnotowości i nowych sposobów dialogu z drugim człowiekiem. Zjawiska te wydają mi się w dzisiejszych internetowych czasach, w których kontakt często jest zapośredniczony, rzadkie. Teatr jest jednym z nielicznych obecnie miejsc, w których jest to możliwe. To właśnie on daje okazję na bliskość aktora z widzem, widzów ze sobą we wspólnym odczuwaniu i przeżywaniu, we wspólnym afekcie.

Taką wspólnotowość, o której mówię, udało mi się osiągnąć w moim ostatnim spektaklu "Chodźcie, chodźcie", także zrealizowanym w Wałbrzychu, którego premiera odbyła się w czerwcu, a który w swojej formie dotyczył bezpośrednio relacji pomiędzy widzem a aktorem. Usiłowałam uruchomić publiczność do porzucenia wygodnej sytuacji widza, do współdziałania z wykonawcami i to mi się udało. Na finał nawet wszyscy zaśpiewaliśmy wspólnie. Bardzo mnie fascynuje możliwość wprowadzenia publiczności w stan, w którym gotowa jest do włączenia się w spektakl. Było to dla mnie niezwykle ważne, bo temat, którym się zajęłam, niejako sam do tego prowadził.

Tekst tej sztuki powstał w ramach rezydencji artystycznych w Wałbrzychu, a dotyczy mieszkańców Ukrainy. Jestem spod ukraińskiej granicy i chciałam zająć się tematem emigracji zarobkowej, Ukraińcami, którzy za pracą przyjeżdżają do Wałbrzycha. Taki początkowo miałam zamysł, ale przyszła wojna, więc musiałam zmodyfikować scenariusz i przeprowadziłam m.in. wiele godzin rozmów z uchodźcami. Punktem wyjścia więc stała się potrzeba zbudowania nowej wspólnoty i już w samym tytule jest zapraszający wobec niej gest.

Laureatką I Nagrody Dramaturgicznej im. Tadeusza Różewicza w Gliwicach została pani dzięki sztuce "Feblik", która jednak nie dotyczy tej aktualnej tematyki, choć jest to sztuka uniwersalna, a więc dotycząca człowieka właśnie, jego tożsamości.

- Można powiedzieć, że niejako na odtrutkę wobec atakującej mnie trudnej rzeczywistości postanowiłam zająć się nią na poziomie meta, takim, który odnosi się do sfery naszej podświadomości, a niekoniecznie jest nazywaniem wprost swoich obserwacji. W tekście „Feblika" pochylam się nad tematyką młodości, dojrzewania, wchodzenia w dorosłość nastoletniej dziewczyny, która żyje w pewnej zamkniętej małej społeczności. Pars pro toto świata. Mała społeczność ukazuje jaśniej mechanizmy tej większej, miejskiej, czy państwowej. Opisałam to, co było kiedyś także moim doświadczeniem, gdyż wychowywałam się w niewielkiej miejscowości.

W "Febliku" jednak chodzi mi nie tylko o kwestie związane z dojrzewaniem, dojrzewająca dziewczyna jest Innym, wobec którego ta społeczność się opowiada. Relacje nabierają jakichś dziwnych kształtów, są podszyte lękiem, jak przed wszystkim, co Inne. Dzięki figurze młodej dziewczyny możemy spojrzeć na wspólnotę jej oczami i dojrzeć być może niewidoczne dotąd problemy, które umykają w obiektywnym opisie socjologicznym czy publicystycznym.

Do przedstawienia tych obserwacji wybrałam formę pewnego rodzaju baśni po to, żeby dotrzeć do pierwotnych i podświadomych mechanizmów. Baśniowość pozwala opisać kwestie, o których niełatwo jest mówić "jeden do jednego". Wydaje mi się, że taka formuła jest pojemniejsza, bardziej otwierająca wobec odbiorcy. Koresponduje z nienazwanym, które każdy z nas ma gdzieś z tyłu głowy.

Czy zależało pani też na opisaniu polskości tego społeczeństwa? Czym się ona charakteryzuje?

- Zależy mi na tym, by opisana przeze mnie historia nie była kojarzona tylko z wiejskim środowiskiem, ale w ogóle ze społecznością. Wydaje mi się, że część opisanych przeze mnie mechanizmów jest na pewno uniwersalna. Ale to prawda, my jako Polacy mamy tendencję do zamykania się na nowe, inne, obce, nieznane.

Motorem tej sztuki, emocją przewodnią i słowem powtarzającym się wielokrotnie jest strach, jakiś rodzaj ciągłego zagrożenia. Nie ma w bohaterach "Feblika" pełnej akceptacji rzeczywistości, przyjaznego do niej nastawienia, tylko wciąż wszystko jest podszyte strachem, zaś strach rodzi agresję, przemoc, ale i zabobony. Pod tym kątem wydaje mi się, że dotknęłam jednej z polskich bolączek. Dzięki temu, że nie nazywam jednak tych emocji i zachowań wprost, lecz metaforycznie, to być może sens "Feblika" trafi do odbiorców głębiej. Zarezonuje na jakimś głębszym poziomie niż publicystyka, do której wiele osób w dzisiejszych czasach czuje odruchową niechęć.

Uważam, że mamy potrzebę stworzenia takiej współczesnej mitologii. Również, by lepiej zrozumieć siebie samych.

W tym tekście rzuca się w oczy brak czułości ludzi wobec siebie i właściwie nawet brak zainteresowania jednego człowieka drugim.

- Tak. Obawiam się, że - mimo takiego retro i baśniowego sztafażu - jednak opisałam rzeczywistość, która nas otacza i którą tak po prostu gdzieś podświadomie odbieram. Ten rodzaj chłodu pochodzi z pewnego umysłowego ograniczenia opisywanej przeze mnie społeczności, ograniczenie to wynika zaś bezpośrednio z lęku. Lęka się społeczność zamknięta na inność, na trudne pytania i trudne odpowiedzi, w których przecież tkwi piękno tego świata. Metaforą tych ograniczeń są tutaj kury, które pojawiają się na końcu "Feblika" - w przeciwieństwie do głównej bohaterki, mimo że machają skrzydłami, nie są w stanie się wznieść, nigdzie nie polecą, zostaną na ziemi. Muszę przyznać, że ten tekst jest moim wyrazem rozczarowania naszym społeczeństwem. Ale też krzykiem o potrzebie zmiany.

Nawet sposób mówienia: niedopowiedzenia, półsłówka, ucinane w połowie zdania, świadczą o ich ograniczonych horyzontach. A wracając do baśniowości - chyba niełatwo będzie przełożyć ją na język teatru. Pisała pani z myślą o wystawieniu tego tekstu?

- Swoją pracę rozróżniam na pisanie scenariuszy scenicznych oraz tzw. całości dramatycznych, czyli właśnie sztuk. I rzeczywiście, w tej pierwszej kategorii tekstów jest mnóstwo didaskaliów, całe wyobrażenie przestrzeni. Czytając je, ma się wrażenie, że świat staje przed oczami. W "Febliku" nie ma żadnych didaskaliów, jest to rzeczywiście tekst trudny do wyreżyserowania, ale mam nadzieję, że znajdzie się reżyser/reżyserka, który/która się na niego zdecyduje, "dołoży" do tego stworzonego przeze mnie świata, swój świat. Myślę, że jest to inspirujący tekst i wierzę, że można z nim zrobić w teatrze coś fajnego. Być może Teatr Miejski w Gliwicach zdecyduje się go wystawić, na razie wyraził zainteresowanie…

A co znaczy tytuł "Feblik"? Skąd pani wzięła to słowo?

- Zimą odświeżałam sobie klasykę, chciałam sprawdzić, czy jeszcze mi się spodoba. Przeczytałam "Lalkę" - nota bene bardzo ciekawa lektura - i tam właśnie zauważyłam to słówko. A że temat zakochania był mi zawsze bliski, i poza tym wydaje mi się wspaniałym nośnikiem także innych tematów, znacznie bardziej pojemnych, to postanowiłam je wykorzystać. Znaczy ono po prostu słabość do kogoś, początek fascynacji, która może przerodzić się w wielką lawinę. Wydało mi się ponadto ciekawą ramą organizacyjną dla całego tekstu.

Czy jest jakiś już oddźwięk przyznanej pani w Gliwicach nagrody w środowisku?

- Prywatnie ogromny, otrzymałam bardzo dużo gratulacji od ludzi, o których myślałam, że już o mnie zapomnieli. Dostałam też kilka propozycji współpracy. Czuję się niesamowicie zbudowana zwycięstwem w tym konkursie i jestem w tym momencie bardzo szczęśliwa.

Takie nagrody są potrzebne, cieszę się więc, że powstał kolejny konkurs dramaturgiczny, w szczególności pod tak zacnym patronatem. On wyraża podziw dla mistrza, którym bez wątpienia był Tadeusz Różewicz, sprawia, że nie odcinamy się od tradycji teatralnej, której był pomysłodawcą, i że wciąż czytamy jego sztuki, pokazujemy tym gestem, że nadal jest ważny dla naszej literatury i teatru. Różewicz jest przecież niesamowicie nowoczesny, wcale się nie zestarzał.

Ma pani jakieś konkretne teatralne plany na najbliższy czas?

- Jestem w trakcie różnych rozmów, więcej wolę nie zdradzać. Bardzo trudno dziś jest się przebić w środowisku teatralnym, nawet już z jakimś dorobkiem. To niełatwa praca, dyrektorzy teatrów otrzymują mnóstwo propozycji, trzeba więc zabiegać o ich uwagę. Nie powiem, jest to trochę zniechęcające. Realizuję też kilka niezależnych projektów artystycznych z przyjaciółmi, tutaj znów problematyczne jest pozyskanie funduszy na działalność.

Bardzo bym chciała znów pracować w teatrze, kocham to szalenie i mam nadzieję, że szybko uda mi się wrócić do prób nad kolejnym spektaklem.

Małgorzata Maciejewska za sztukę "Feblik" została laureatką pierwszej edycji Konkursu o Nagrodę Dramaturgiczną im. Tadeusza Różewicza, której pomysłodawcą jest Teatr Miejski w Gliwicach, a fundatorem miasto Gliwice.

Więcej o nagrodzie i laudacja kapituły tutaj.

Tytuł oryginalny

Małgorzata Maciejewska zdobyła nagrodę Tadeusza Różewicza: Teatr był mi przeznaczony

Źródło:

„Gazeta Wyborcza - Katowice” online

Link do źródła

Wszystkie teksty Gazety Wyborczej od 1998 roku są dostępne w internetowym Archiwum Gazety Wyborczej - największej bazie tekstów w języku polskim w sieci. Skorzystaj z prenumeraty Gazety Wyborczej.

Autor:

Marta Odziomek

Data publikacji oryginału:

02.12.2022

Wątki tematyczne